thumb_245_okladka_duzy

Bo to jest wojna, rzeź i rąbanka

Romuald Pawlak

Bo to jest wojna, rzeź i rąbanka

Ściągnij opowiadanie „Most demonów”!

Ściągnij opowiadanie „Bo to jest wojna, rzeź, rąbanka”!

Most demonów

(opowiadanie z tomu „Bo to jest wojna, rzeź i rąbanka”,

Fabryka Słów 2006)

Rzece wyraźnie trudno było przyjąć do wiadomości, że w tym miejscu jej koryto zwęża się do marnych stu pięćdziesięciu kroków. To, co traciła na rozmiarze, nadrabiała zajadłością. Na przewężeniu nurt rwał niczym diabeł opryskany święconą wodą, zaś wysokie brzegi gadaninę fal wzmacniały do gniewnego pomruku. Było go słychać aż tu, ze ćwierć mili dalej, gdzie na przysadzistej skarpie koło płaskiego kamienia przysiedli dwaj ludzie.

W skupieniu przyglądali się kamiennemu mostowi. Ten śmiałym łukiem spinał oba brzegi Tamizy, opadając pomiędzy pagórki na drogę wiodącą do Balisbury, małego, sennego miasteczko, jakich wiele w Anglii. Przez bramy w szarych, przysadzistych, kwadratowych wieżach, wzniesionych na obu krańcach mostu, niespiesznie ciurkał strumień podróżnych: pieszych, konnych i wozaków na furach pełnych różnorakiego dobra. W promieniach zachodzącego słońca całą konstrukcję spowijał czerwony, magiczny blask płynący z karbunkułów wielkich niby pięść, osadzonych na balustradach i ścianach wież.

– A więc to jest ten wasz ósmy cud świata – stwierdził niedbale Fillegan z Wake, przyglądając się rubinowej poświacie. – Zaiste, robi wrażenie.

Z uprzejmości nie dodał, że most przypomina mu odwrócony do góry nogami i podświetlony podnóżek albo niewygodną ławę.

Proboszcz Doe ponuro skinął głową. Na jego usta wypłynął grymas zniechęcenia i zawodu. Wstał, zrobił parę kroków w tył, wreszcie zasępiony zaczął wiercić butem dziurę w ziemi.

– Same z nim kłopoty, panie. Spójrz, ilu strażników potrzeba do pobierania myta i pilnowania tego cudu. A nikt za darmo pracować nie będzie. Jakbym wiedział, w co się pakuję, nigdy bym się nie zdecydował…

* * *

To miał być krótki rekonesans do Wake. Pozostawiwszy Perdigana i jego dziewczynę na francuskim brzegu Kanału, Fillegan ze swoim giermkiem przybyli na angielską ziemię.

Rycerz nie był jeszcze gotów na starcie z Ayerminem, który wciąż twardą łapą trzymał rodową siedzibę naszego bohatera. By odebrać mu swe włości, Fillegan musiał lepiej rozeznać się w terenie, poczynając od rozplątania sieci wpływów, jakim podlegał lub jakie posiadał przebrzydły kupiec. Rycerz miał dziką ochotę nasłać na niego paskudnego demona czy inną zaświatową poczwarę, jednak rozsądek podpowiadał, że powinien okiełznać żądze. Bo cóż pocznie, jeżeli Ayermine uczynił – dajmy na to – zapis testamentowy na rzecz kogoś możnego, dobrze ustosunkowanego, a przez to znacznie trudniejszego do usunięcia? Fillegan mógł walczyć z kupcem, ale wolał nie ściągać sobie na głowę zemsty tutejszej arystokracji.

Zbliżała się pora spoczynku, gdy na horyzoncie zamajaczyły opłotki Londynu. Nie dojechaliby jednak za dnia, a nocnej eskapady rycerz nie chciał ryzykować. Zginąć z ręki jakichś rzezimieszków niemal na progu swego domu, no, to by była piramidalna głupota. Zatrzymali się więc w jedynej przyzwoitej gospodzie w Balisbury, którą od dwóch podłych zajazdów odróżniała głównie cena i brak żebraków w środku. Właściciela stać było bowiem na zatrudnienie wysokiego na siedem stóp wykidajły ostentacyjnie dłubiącego czubkiem sztyletu w zębach. Fillegan od razu podążył do izby na pięterku, Duendainowi zlecając zadbanie o wierzchowce i wieczerzę dla pryncypała.

Zamierzał pomedytować chwilę nad Pax magica, dokładniej zaś nad passusem poświęconym odbieraniu rozumu i woli wrogom, by można ich było owinąć sobie wokół palca. Niby nic wielkiego, trzeba tylko zdobyć substancję zwaną przez autora „kaczanus cucurydzus”… Trudność zrozumienia tego fragmentu potęgował pewien istotny drobiazg: poza autorem nikt o takim składniku magicznych mikstur nawet nie słyszał. Skąd więc go wziąć? A może nie należało tego brać dosłownie? Może był to jakiś szyfr dla wtajemniczonych?

Nie zdążył jednak choćby wyjąć oprawionej w czerwone płótno książeczki, kiedy do izby, niby jesienny wicher niosący zeschłe liście, wpadł Duendain. Za nim nieśmiało wsunął się przyodziany na czarno… duchowny! Minę miał mroczną, wyglądał, jakby właśnie wysłuchał grzechów seryjnego mordercy i borykał się z tajemnicą spowiedzi.

Fillegan powitał go skrzywioną miną. Długi język giermka jak zwykle sprowadził na nich kłopoty. Nie mógł to proboszcz sam się upić z rozpaczy, Duendain musiał kłapać dziobem na prawo i lewo? „Co to ja, biskup jestem, żeby go po bratersku pocieszać?” – myślał ze złością rycerz.

Mylił się jednak. Duchowny wcale nie przyszedł po pocieszenie. A jego późniejsza opowieść wyjaśniła przynajmniej tę krwawą łunę, jaką widzieli na horyzoncie i mylnie wzięli za światła Londynu. I którą Fillegan obserwował teraz, bo Doe nie chciał gadać po próżnicy, wolał zaciągnąć rycerza w miejsce, skąd najlepiej było widać skalę jego problemu.

– Tak, panie, naprawdę wyprodukowałem złoto. – Wyrywając rycerza z rozmyślań, Doe stuknął w płaski kamień, przy którym usiedli. – Biskup, mój protektor, pchał mnie na medycynę, bo zdradzałem odpowiednie talenta, ale wszystko na nic, opierałem się z całych sił. Nie wiedział, że zamiast dzieł patrologicznych nocami, ukradkiem studiuję księgi alchemiczne. A dlaczego? – Doe podszedł do Fillegana. – Bo mi się most, jasna cholera, zamarzył! Rewolucja społeczna mi we łbie zaświtała!…

Rycerz uśmiechnął się nieznacznie. Spojrzał na most coraz wyraźniej płonący krwawą łuną w miarę przechodzenia zmierzchu w pogodną noc.

– No i zbudowałeś… Cacko prawdziwe, sam król pewnie ci zazdrości.

Doe niechętnie skinął głową.

– No, nie tak od razu, mości Filleganie. Długo mieli mnie za wariata, gdy twierdziłem, że tu, w Balisbury, przerzucę most przez Tamizę. Że odtąd nie trzeba będzie drogi nadkładać, jadąc do Londynu, albo brodu szukać, zwłaszcza kiedy rzeka wzbierze po deszczach. Szacunku nabrali dopiero wtedy, kiedy dowiodłem, że potrafię leczyć, choć stosownych nauk nie pobierałem. Choć gadać nie przestali…

Uśmiechnął się smutno.

– Cóż, talenty talentami, alchemia alchemią, a długo zamiast złota i szlachetnych kamieni udawało mi się uzyskiwać tylko jakieś paskudztwa. Jakieś gleje i zaschnięte bobki… Sądziłem, że są niezdatne do niczego, póki nie odkryłem, że część nadaje się na leki. Oj, nie pochwaliłby mnie święty Franciszek za to, że dokonywałem prawdziwej hekatomby tutejszych kur i królików, marnując dobre mięso, próbując przypisać daną maź czy kamień do konkretnej przypadłości…

Westchnął ciężko.

– No i tak czas leciał, aż wreszcie wiosną ubiegłego roku udało mi się wyprodukować złoto. Nie jestem zachłanny, zrobiłem go tyle, żeby starczyło na most, i zbastowałem. Rozpocząłem budowę i pokonując równie wiele trudności, choć w krótszym czasie, stworzyłem te kamienie, co to oświetlają całe dzieło na chwałę Bożą. A niedawno wynajęci ludzie skończyli stawiać most. Tydzień właśnie minął, jak przejechał po nim pierwszy wóz.

Coś jakby łkanie wydobyło się z jego gardła, ale zaraz znów podjął opowieść:

– Prawda, most jak malowanie. Działa we dnie i w noce, jak sobie umyśliłem. Oświetlają go najpierw słońce, później księżyc. Trzeba naprawdę pochmurnego dnia, żeby te moje kamienie przestały się jarzyć niby latarnie. Ale to właśnie z tymi karbunkułami jeden wielki kłopot, panie…

– Kradną? – spytał domyślnie Fillegan. Nietrudno było dojść do takiego wniosku. Imponująca łuna musiała przyciągać uwagę złodziei. Na razie to pewnie miejscowi wykazywali inicjatywę, ale niech no się tylko dowie przestępcze podziemie Londynu, łodziami zaczną tu spływać całe wycieczki.

Proboszcz ponuro skinął głową, choć zapewne nie do myśli rycerza.

– A jakże! Trzy już ukradli, choć strażnicy mają ciągłe baczenie. A może to oni sami zwędzili? Nie wiem, przecież ich wciąż nie pilnuję. – Doe skubnął w irytacji wargę. – I co, mam kolejnych strażników najmować, żeby pilnowali tych pierwszych?

– A jakiegoś magicznego rozwiązania nie próbowałeś? – podsunął Fillegan. – Związać most i kamienie z miejscem, na ten przykład.

Doe pokręcił głową. Spochmurniał jeszcze bardziej, zaklął pod nosem.

– Przecież mówię, że mi z nieba spadliście. Na czarach się nie znam. Boga prosiłem o radę, ale… Przecież mówię, że trzy kamienie już mi wydłubali, a żadnemu z tych przeklętych złodziei nawet ręka nie uschła! – Zamruczał coś i uściślił: – A przynajmniej ja nic o tym nie wiem.

– I uważacie, że ja tu mogę coś poradzić? – Rycerz wstał.

Proboszcz zebrał się w sobie, ważąc słowa na końcu języka, nim wreszcie wyjaśnił, o co mu konkretnie chodzi.

– Jak twierdzi wasz giermek, paracie się magią. Więc może by jakimś magicznym sposobem odstręczyć złodziei? Popatrzcie na most, pomyślcie, a ja hojnie zapłacę, jeśli rozwiążecie mój problem. Jeszcze parę modlitw do Najwyższego dołożę.

Fillegan udał, że namyśla się głęboko.

– Mogę zrobić małe trzęsienie ziemi – zaproponował po odczekaniu stosownej chwili. – A potem rozpowiecie, że jak kto co ukradnie, to tak samo wielka siła łbem mu zatelepie. Wywróci głowę na nice i tak ją zostawi, mózgiem na zewnątrz.

Mina proboszcza świadczyła, że nie jest to chyba dobry pomysł.

– A jak most runie? – wydusił z siebie Doe.

– No, gwarancji nie daję – zreflektował się rycerz z Wake, bo trzęsienie ziemi, na wywołanie którego od dawna miał chrapkę, mogło zadziałać jak wystrzał z bombardy w stronę komara. – Wasz most wygląda solidnie, ale trzęsienie umiem wywołać niezgorsze.

Doe puścił pod nosem wiązankę, której nie powstydziłby się najpaskudniejszy parobek z królewskich stajni, gdzie od wieków kwitła intensywna twórczość językowa.

– A duch, panie, jakiś duch? Przecie żeście mag. Wezwijcie jakiegoś ducha, zwiążcie czarami z mostem…

Fillegan zaśmiał się szczerze i serdecznie. Cóż, nie co dzień duchowny namawiał go do wywołania ducha.

– A jak ludzie nie będą chcieli mostu używać?

Proboszcz szeroko otworzył oczy. Widać taka możliwość nie przyszła mu wcześniej do głowy.

Tymczasem rycerz udał, że ziewa.

– Muszę się w izbie zastanowić, z problemem przespać.

W rzeczywistości od pierwszej chwili doskonale wiedział, co trzeba zrobić. Most był nieważny, liczyły się alchemiczne receptury na złoto i kamienie. Karbunkuł wielkości pięści! Czy w tym kraju nie rządzi już król? Na Boga, klechę zaraz zamkną, wezmą na męki – i receptura przepadnie w lochach na zawsze!

* * *

Rankiem Fillegan dowiedział się od gospodyni proboszcza, że Doe w pilnej sprawie musiał wyjechać na parę godzin do jednej wioski pod Balisbury. Rycerz pokręcił się więc po mieście, z uwagą obejrzał kościół dominujący nad rynkiem, ze trzy razy przeszedł most, przekonując się, że marzenie proboszcza przybrało naprawdę konkretne wymiary.

Wreszcie nadszedł wieczór i wysłany chłopak zawiadomił Fillegana, że Doe oczekuje go na plebanii.

Proboszcz mył ręce w miednicy, nacierając je proszkiem zalatującym tatarakiem. Kręciło w nosie tak przeraźliwie, że rycerz tego nie zdzierżył i solidnie kichnął.

– Zaraza… – mruknął znad miski Doe.

Zaniepokojony Fillegan cofnął się prawie pod ścianę. Zbladł.

– Zaraza, panie, z tymi młódkami – ciągnął proboszcz, nie zauważając nagłego zmieszania rycerza. – Żeby duchowny porody odbierał… No, ale się zmarło nie w porę położnej, starej Gaithan, a dziecku pilno było na świat, nie baczyło, że przed terminem… I co wymyśliliście? – otrząsnął ręce z kropel wody i spojrzał bystro na Fillegana.

– No, jest pewien sposób – zaczął rycerz. – Można by uaktywnić kwantyfikator fluktuacji nieoznaczoności chaosu.

Proboszcz wytrzeszczył na niego oczy.

– Że niby co? – stęknął. Po chwili dodał z powątpiewaniem: – A to pomoże? – Sięgnął po ręcznik i w skupieniu zaczął się wycierać.

Fillegan wzruszył ramionami. Termin magiczny zaczerpnął z dziełka jakiegoś Einsteinusa von Zurich, żeby zbić klechę z tropu. A zamiary miał proste jak konstrukcja strzały. Tyle że zamiast grotu, zamierzał użyć granitusa.

– Wybór jakiś macie?

Doe westchnął smętnie. Niemal można było zobaczyć w jego myślach wędrujący mostem strumień złodziei: przeszłych, teraźniejszych i przyszłych.

– Co mi tam… Czyńcie swoją powinność, panie, aby szybko i skutecznie.

Rycerz uśmiechnął się łagodnie. Omiótł spojrzeniem izbę proboszcza, z uznaniem zauważając, że Doe chyba rzeczywiście nie produkował złota dla siebie. Ani żadnych cennych kolekcji na ścianach widać nie było, ani w ogóle żadnego przepychu. Raczej ubóstwo.

– Nie tak zaraz, wiśta wio i chopaj chwat, proboszczu. A zapłata?

Ksiądz zachmurzył się nieco.

– Ile? Dziesięć funtów w złocie wystarczy? Więcej i tak nie dam, bo nie mam. – Podszedł do skrzynki stojącej w rogu izby, otworzył i sięgnął po mieszek. Z rozmachem rzucił go na stół.

Fillegan przyglądał się temu z nikłym uśmiechem.

– Nie, proboszczu, nie „ile”. Powinno być „co”. Otóż i owszem, uaktywnię kwantyfikator, ale to ciężka, żmudna robota, ponadto niebezpieczna. Drogich składników, w rodzaju szerszeni karmionych koszoną o poranku koszenilą będę musiał użyć. Spiszecie mi w zamian receptury na wyrób złota i kamieni, wtedy będziemy kwita.

W klechę jakby piorun wstąpił. Gniewnym ruchem zabrał mieszek ze stołu.

– Po moim trupie!

– Receptury – powtórzył rycerz, ostentacyjnie wzruszywszy ramionami. – Godziwa zapłata za ciężką i niebezpieczną robotę.

– Dwie takie receptury za zwykłą ochronę mostu to grube zdzierstwo! – Doe podniósł głos, na jego szyi nabrzmiały grube węzły żył. – Taniej mi wyjdzie jeszcze z tuzin strażników wynająć.

Na to Fillegan uśmiechnął się niby niedźwiedź, który wypatrzył barć ze słodkim miodem i już wie, jak do niej wsadzić łapę.

– Jeżeli tak uważacie… Cóż, szkoda. Miło było was poznać.

* * *

– Popatrz, jaki ten most piękny – stwierdził rycerz. – Tutejszy proboszcz to naprawdę tęga głowa…

Strażnicy przypatrywali się dwóm spacerującym po moście mężczyznom, przezornie milcząc. Doe płacił im sumiennie, więc nie obchodziły ich fanaberie gości czy współpracowników pryncypała. Choć po prawdzie takich dziwaków, którzy łaziliby przez godzinę w tę i w tamtą nikt w Balisbury jeszcze nie widział.

Duendain nic nie mówił, tylko uważnie przyglądał się konstrukcji, a rycerz hałasował dla odwrócenia uwagi. Był pewien, że strażnicy szybko się znudzą i będą woleli wbijać wzrok we własne buty niż w gadającego wciąż to samo przybysza.

Nagle giermek trącił Fillegana lekko w bok.

– Spójrz, panie! – szepnął. – Ktoś nas śledzi! – Wbił wzrok w skarpę z płaskim kamieniem, skąd niedawno rycerz z proboszczem oglądali most. Teraz przykucnięty za głazem przyglądał się im jakiś ryży młodzian.

Fillegan odmruknął półgębkiem:

– Teraz to zauważyłeś? Nie wiadomo jednak, czy obserwuje nas, czy most.

Gdy już zeszli na brzeg i znaleźli się poza zasięgiem słuchu strażników, wyjaśnił:

– Może interesują go kamienie. Ale to nie nasza sprawa.

* * *

Cień niemal bezszelestnie wślizgnął się do izby przez otwarte okno. Stukając butami, położył coś na stole, potem przymknął okiennice, pozostawiając jedynie wąską szparkę dla świeżego powietrza.

– Masz? – rozległ się w izbie senny głos Fillegana.

W odpowiedzi izbę wypełnił triumfalny chichot.

– Panie, jak mogłeś we mnie zwątpić?!

* * *

Proboszcz okazał się twardym człowiekiem. Jeżeli nawet kradzież czwartego kamienia wzburzyła go, na zewnątrz zupełnie tego nie okazał. Podobnie jak zdziwienia, że Fillegan i jego giermek wciąż siedzą w Balisbury, zamiast ruszyć w drogę.

Co więcej, z wystudiowaną radością zaprosił ich na wieczerzę.

Rycerz zgodził się natychmiast. Miło jest czasem porozmawiać o filozofii, szczególnie wiedząc, że w tle dysputy o ubóstwie kryje się karbunkuł wielki jak pięść i góra złota wysoka jak najwyższe maszty okrętu, którym płynęli przez Kanał.

Wracali z Duendainem w dobrych nastrojach. A już w zajeździe, otworzywszy drzwi, Fillegan stwierdził, że zakończenie dnia jest jeszcze lepsze niż jego początek i środek.

Magiczna pułapka, którą zastawił w izbie, zadziałała. A podejrzenia rycerza potwierdziły się w pełni.

Przynętą, można rzec: serem dla gryzonia, były tu kamienie i księgi, bo rycerz zakładał, że ubrania nikogo nie skuszą, no chyba jakiegoś mola. A myszą okazał się ryży młodzian, ten sam, który obserwował ich podczas oględzin mostu. Został pochwycony z najważniejszą magiczną księga Fillegana w ręku.

Zwolniwszy blokadę, nasz litościwy rycerz złapał zdrętwiałego przestępcę, żeby ten nie upadł. Odstawił go pod ścianę, opierając jak belę sukna.

– Masz jakieś imię? – spytał.

Ryży wzruszył ramionami. W milczeniu splunął Filleganowi pod nogi.

– Ciekawy zbieg okoliczności, prawda? – mówił rycerz sam do siebie. – My na wieczerzy u proboszcza, ty w naszym pokoju. I szukałeś ksiąg. Fascynujące! – Bystro spojrzał na złodzieja. – Włamywacz-erudyta się nam trafił…

Wspólnie z giermkiem związali ryżego, wcześniej wepchnąwszy mu szmatę do gęby.

– A spróbuj hałasować, to na baleron przerobię – zapowiedział mściwie Fillegan, patrząc złodziejowi prosto w oczy. – W nocy się śpi, czy to jasne?

* * *

Rankiem zaciągnęli swoją zdobycz na plebanię.

Na ich widok Doe przybladł lekko.

– Znalazłem w swojej komnacie – wyjaśnił Fillegan. – Nie wasza to zguba?

– Nie moja – burknął proboszcz.

Rycerz popatrzył ponuro na złodzieja. Ten aż skulił się pod jego wzrokiem.

– Trudno, skoroś niczyj, to do rzeki – westchnął teatralnie Fillegan. – Albo zalepimy tobą dziury po kamieniach.

I wtedy wreszcie Doe pękł.

– Przygarnę i naprostuję. Mam wprawę w nawracaniu grzeszników – zaproponował.

– No jak tak, to chętnie oddam. – Rycerz życzliwie skinął głową. – Tylko jeszcze słóweczko z nim zamienię. – I odprowadziwszy ryżego na bok, oznajmił mu półgłosem: – Jak mi wejdziesz w drogę drugi raz, flaki na wierzch wypruję, rozumiesz? – A widząc, że złodziej strzela oczyma na bok i wcale nie słucha, dodał: – A do tego nos utnę.

Potem pchnął włamywacza w stronę proboszcza.

– A w sprawie mostu zdania nie zmieniliście? – zainteresował się, spoglądając na duchownego.

Klecha zaprzeczył ruchem głowy.

– No trudno – podsumował Fillegan. – Duendain, wracamy.

W połowie drogi do zajazdu stwierdził:

– Trzeba będzie powiercić w ranie grubszym patykiem.

Na co giermek tylko oblizał się z ukontentowaniem. Balisbury nie było jednak tak senną mieściną, jak wcześniej myślał.

* * *

Spożywali właśnie śniadanie w głównej izbie zajazdu, z racji płacenia uczciwym złotem zajmując honorowe miejsce pod rozłożystymi rogami jelenia, kiedy do środka wpadł proboszcz Doe we własnej potarganej i wzburzonej osobie.

– Te szubieniczniki znowu cztery kamienie mi ukradły! – krzyknął od wejścia.

Fillegan rzucił Duendainowi szybkie spojrzenie. Ten dyskretnie wzruszył ramionami i w nagłym przypływie zainteresowania zajął się polewką z mięsem.

– Czyżbyście przystali na moje warunki, księże? – rzekł słodko rycerz, zamaszystym ruchem ręki zapraszając duchownego do stołu. – Aż trudno uwierzyć, ile to się może zmienić w tak krótkim czasie…

Doe ciężko przysiadł obok na ławie.

– Już mnie tak nie katujcie! Zgoda, mówię! Zgoda, no zgoda, co mam jeszcze powiedzieć?

– Niech mi proboszcz rękę poda – mruknął pod nosem Fillegan.

Klecha z wahaniem wyciągnął prawicę. Na to rycerz tylko uśmiechnął się szeroko.

– Ech, wy tak dosłownie… Ale skoro zgoda, to wy idźcie po receptury, a ja przygotuję wszystko co trzeba i wieczorem, gdy słońce i księżyc zaczną mieszać swe światło, spotkamy się przy moście.

Po chwili dodał do pleców duchownego, który już pędził, aby wykonać rozkazy:

– Aha, tylko most trzeba będzie zamknąć, ludzi na bok, najlepiej aż za wzgórze odepchnąć, żeby nie przeszkadzali. Niech burmistrz wyda strażnikom rozkaz, aby mi nikt nie przeszkadzał. Chcę mieć wolną rękę. Dacie radę?

Proboszcz ponuro skinął głową.

– Co mam nie dać, jak burmistrz Towney z brudnych butów mi jada – burknął. – Jak i wszyscy tutaj, poza tymi złodziejami, daj Boże miłosierny, niech ich robaki żrą żywcem!

* * *

Fillegan dłuższą chwilę przyglądał się marnemu i źle wyprawionemu pergaminowi o nieregularnych kształtach, na którym zostały spisane interesujące go receptury. Wreszcie skrobnął palcem jeden szczególnie malowniczy kleks i przyjrzał mu się pod gasnące słońce.

– Psie kapki? – rzekł, a w jego tonie zabrzmiało zdumienie. – Ćwierć kiltu szczodrego Szkota? Ech, nie wiem… Co do psa, rasowy czy kundel? A ten kilt to ma być ćwiartka przednia czy tylna?

Doe ponuro przyglądał się oględzinom. Jeszcze bardziej ponurym spojrzeniem wodził po moście.

– Pies musi być myśliwski – burknął. – A ćwiartka jest bez znaczenia, może być i zachodnia, jak wam odpowiada.

Rycerz w zdumieniu uniósł brew. Oderwał wzrok od pergaminu, spojrzał na twarz proboszcza.

– Jakże to tak „bez znaczenia”? – prychnął, a w jego oczach dało się wyczuć pogardę dla amatorów tylko psujących obraz profesji i rynek zamówień. – I złoto wychodziło wam tej samej próby przy kundlu i królewskim wyżle?!

– Szlag! – warknął Doe. – Most zamknięty, a wy śledczego odgrywacie, panie! Do roboty!

Fillegan wyprostował się na całą swoją mikrą wysokość. Nadął policzki, poczerwieniał na twarzy… i wypuścił powietrze, bo go zakłuło w dołku. Ach, to niezdrowe angielskie powietrze, od którego już się odzwyczaił!

– Idę – rzekł. Zabrzmiało to jednak niepewnie, mimo że rycerz z Wake nigdy nie miał problemów z przekraczaniem rzek. A odkąd poznał parę sztuczek magicznych, nie miał nawet problemów z mytem.

Most z obu stron został oczyszczony z podróżnych, co dało efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego: chyba całe Balisbury zbiegło się, jakby przyjechali komedianci albo wóz z piwem wpadł do rowu i zawartość z wolna wyciekała z beczek. Fillegan najchętniej rzuciłby w tej chwili na wszystkich gapiów urok ślepoty – jednak w żadnej z ksiąg nie znalazł objaśnienia, jak należy to czynić. Mógłby użyć czaru snu, ale to by dopiero było gadania…

Na szczęście był przygotowany na takie okazje: wiózł ze sobą kolisty składany parawan z cienkich i lekkich deszczułek oklejonych jeszcze cieńszą, niemal pajęczą czarną materią. Dał bandycką cenę kupcowi powracającemu z Jedwabnego Szlaku, za to mógł się teraz odgrodzić od widzów. Najważniejsza była jednak nie sama intymność czarowania, lecz wymalowane na jedwabiu smoki. Robiły wrażenie nawet wtedy, gdy Fillegan tylko udawał, że używa magii.

„Właściwie wtedy robią największe wrażenie” – westchnął z żalem.

Zamierzał wywołać granitusa, demona skalnego. Grudkę najtwardszej alpejskiej skały woził w bagażu, pozostałe składniki także. Spojrzał w niebo – księżyc wspiął się już na nieboskłon, ale słońce jeszcze nie opadło poza widnokrąg. To była magiczna pora, kiedy można wykorzystać świetlne nici obu ciał niebieskich i związać granitusa z mostem i kamieniami.

Ułożył grudkę pod czterema szczapkami dębu, rzucił trzy liście kosoliny zajęczystej, skropił makabrencją soczystą, a wreszcie dał nasienie z niezakwitłej dzięcieliny.

– Kurkum – zaczął. – Urrum chrum pakum mach!

Błysnęło i spod czterech patyków wypełznął warkocz dymu. Z wolna formował się w spiralę skręconą z czterech włókien…

* * *

Słodki jest sen strudzonego maga. Pasma mocy owijają się w kołyskę fascynujących wizji, haremowe dziewczęta nie zadają głupich pytań, a smok usłużnie przypala świeczkę w izbie, kiedy zmierzch zaczyna zacierać litery na stronicach…

Okropne jest przebudzenie strudzonego maga, niebezpieczne i mocno ryzykowne dla wszystkich znajdujących się w pobliżu. Na wpół rozbudzony znawca czarów może klątwę rzucić od niechcenia, w robaka kogoś zamienić albo w proch, który zdepcze potem bosymi stopami, zmierzając do wiadra w kącie…

Ale najstraszniejsze przebudzenie maga to takie, jakie przydarzyło się tej nocy Filleganowi. Dostał w bok mocną sójkę, aż prawie pękło mu żebro i rycerzowi zabrakło tchu, by plunąć żywym ogniem na zdrajcę i zbrodniarza, który go tak potraktował. Skręcił się z bólu, przysięgając sobie, że osobiście, oso-biś-cie posieka Duendaina na kawałki i każdy członek nabije na wi…

Gdy rozkleił powieki, zobaczył nad sobą szarą z przerażenia twarz proboszcza. Ten znów go szarpnął i tchnął chrapliwie:

– Obudźże się, człowieku! Tam się coś dzieje!

Fillegan powoli dochodził do siebie. Ból w boku przygasł do przykrego ćmienia. Przypomniał też sobie, że dał Duendainowi wolne na tę noc. „I proszę! – pomyślał z goryczą. – Tylko go spuścić z oczu, od razu kłopoty”.

– Na moście! – gorączkowo powtórzył Doe. – Spapraliście robotę, panie!

Teraz dopiero rycerz oprzytomniał całkowicie. Słowa duchownego dotarły do niego z całą mocą, a słodkie sny uciekły z wrzaskiem.

– Przecież wszystko było dobrze – stęknął i usiadł na łóżku, masując bok. Przemyśliwał, jakim sposobem proboszcz dostał się do izby, póki nie przypomniał sobie, że ze względu na Duendaina nie założył magicznej blokady na drzwiach i okiennicach.

Ksiądz z goryczą pokiwał głową.

– A tak mnie coś tknęło, żeby ludzi nocą po moście nie puszczać, poczekać do rana – zaczął, przysuwając sobie drewniany zydel. Usiadł naprzeciw Fillegana. – Postanowiłem popatrzeć, co też ów demon mostowy będzie robić.

Rycerz potarł szorstki policzek i pytająco zerknął na klechę. Ten wzruszył ramionami.

– Długo nic się nie działo, aż nagle most spowiła czarna mgła wypływająca z punktu położonego jakąś stopę ponad lustrem wody. Nigdy takiej nie widziałem. Jest gęsta, nawet światło rubinów z trudem się przez nią przedziera. A ze środka zaczęły dobiegać wrzaski, jakby sam diabeł tam siedział i wycinał bolesne odciski. No to przybiegłem, bo gwarantowaliście spokój! Demon miał być niewidzialny, a tu taki pasztet!

Nasz bohater w miarę opowieści proboszcza zdumiewał się coraz bardziej. Wreszcie tak był tym osłupieniem napchany, że już więcej by nie weszło, nawet gdyby dopychać nogą jak podróżny kufer.

– Granitusy nie wrzeszczą – stwierdził wreszcie z frasunkiem.

Doe roześmiał się nieprzyjemnie.

– A co to, ja nie wiem? Tłumaczyliście, to i pamiętam, że niewidzialny i niesłyszalny miał być, na kamieniach mostu i karbunkułach skupiony. Tyle że czarną mgłę widziałem, krzyki słyszałem. Pijany nie jestem, a samemu na most wracać ochoty nie mam. Zresztą w ogóle na nic nie mam ochoty, chętnie bym się pod ziemię zapadł, taka mnie sromota spotyka. Ot, karze Bóg moją pychę, ciężko karze… – Proboszcz podszedł do okiennic i otworzył je, wpuszczając do środka nocny ziąb. Widać już było granatowiejące niebo, pierwszą zapowiedź świtu. – Zbierajcie się, panie, trzeba coś zaradzić, zanim gawiedź obu nas uzna za pomocników diabła.

* * *

Na pół mili od mostu nie zaśpiewał ptak, nie zagrały nawet pasikoniki. Trawa rosła w napiętej ciszy. Ani jeden powiew wiatru nie poruszył liśćmi. Natura przyczajona w ostępach i matecznikach czekała na dalszy rozwój wydarzeń. Fillegan także miał ochotę gdzieś skrycie zalec. To pragnienie bardzo się nasiliło, kiedy znad rzeki dobiegły ochrypłe wrzaski wibrujące w uszach niby jęki ranionego łosia, czasem bulgotliwe i przytłumione, jakby zwierz wsadził głowę w bagienne błocko.

– Sami słyszycie, panie – ponuro stwierdził Doe, nie przerywając marszu w stronę mostu wciąż spowitego ciemnym oparem, choć brzask począł już rozjaśniać okolicę. – Zdycha ten wasz granitus albo co?

„A żebym to ja wiedział” – pomyślał z nagłą rozpaczą nasz mag. Przecież po raz pierwszy posiłkował się skalnym duchem. Zasadniczo jego zastosowanie było niewielkie, w demonologii uchodził za bydlę o niskiej inteligencji, zdolne wykonać jedynie proste prace. Siedzieć i naprawiać pęknięcia w budowli proboszcza, odtrącać łapy wyciągające się po kamienie – to tak. Ale już wznieść taki porządny most – nie. Za głupi. Tu trzeba by wynająć prawdziwego dżina, najlepiej zaś nie takiego zwykłego dżina lampowego, tylko Dżinusa breslausa, przez niektórych badaczy zwanego też dżinksem, dinksem albo dynxem, mylonego w literaturze ze sfinxem.

No i żeby chorował? W swojej praktyce Fillegan nigdy się nie zetknął z najmniejszą choćby wzmianką, że duch może chorować. Duchy były albo zdrowe, albo ubite. Ewentualnie nabite w butelkę.

„Cóż – pomyślał – zawsze musi być ten pierwszy raz…”

Tymczasem minęli kordon strażników, którzy w świetle pochodni wypatrywali z nietęgimi minami, czy z mostu nie sfrunie na nich jakieś straszydło. Proboszcz i rycerz również stanęli w bezpiecznej odległości.

Opar koncentrował się pośrodku konstrukcji. Tam był najgęstszy, a wyraźnie rzedł na brzegach. Wrzaski z wnętrza ciemnej chmury dobiegały ich teraz bez przeszkód i powiedzmy to sobie wprost: były to odgłosy przerażające, porażające i prowokujące (do natychmiastowej ucieczki).

– No, czyńcie swą powinność – grobowym głosem stwierdził ksiądz. – Albo cokolwiek, byle zlikwidować ten… tę… to paskudztwo!

Może i rycerz by coś uczynił, gdyby naraz z wnętrza obłoku nie dobiegł odgłos przypominający chrupanie kości czy też mielenie twardych kamieni. To nieco speszyło rycerza. Zatrzymał się w pół kroku.

– A może by tak użyć wody święconej? – spytał niepewnie.

Doe roześmiał się strasznym głosem, od którego Filleganowi przeszły ciarki po grzbiecie.

– Zawsze noszę ze sobą buteleczkę wody święconej, ot tak, na wszelki wypadek. I co sobie myślicie, nie użyłem? A diabła tam, nic nie pomogło! Modlitwa też. – Goryczą proboszcza dałoby się kroić deski, takie twarde nuty w niej pobrzmiewały. – Ciekawą moc wywołaliście, nie ma co… A teraz ją odwołajcie tam, skąd przyszła. Ja już wolę przepłacać strażników, panie…

Rycerz popatrzył na most. Chmura wisiała jak przedtem. Ale… zdało mu się naraz, że słońce zaczyna przebijać przez ten ponury opar. Dostrzegał jakieś kształty… zarysy kończyn…

Nagle ponad chmurę wychynął ni to kobold, ni to gnom. Szary na twarzy, nieforemny, rzekłbyś, kanciasto-brylasty, iście podobny do wizerunków przedstawiających dojrzałego granitusa.

– Może miał zły sen? Albo przejadł się kamieniami? – westchnął z nadzieją Fillegan. – Bo to skalny duch jak malowanie, proboszczu.

Duchowny spojrzał na niego z nadzieją. I wtedy stało się to, co w takich przypadkach zwykle bywa: miłe złudzenia ustąpiły pod naporem brutalnej rzeczywistości. Z oparu obok granitusa wyłonił się… człowiek. O ile uznacie za przedstawiciela tego gatunku chudego, wysokiego na sto stóp kolosa o rysach kanciastych, ponurych, wyciągającego długie łapska w stronę biednego ducha skalnego. Granitus ze świdrującym w uszach piskiem przypominającym wodzenie diamentu po szkle, usiłował się od niego odsunąć.

Stanowczo należało coś zrobić i to właśnie rycerz z Wake uczynił.

– Umma gumma durna est! – krzyknął, splatając dłonie do znaku Apfi. – Fruta safuta bimba dong!

Chmura z cmoknięciem wessała się sama w siebie, zniknęła z wilgotnym „pluff”. Nic już nie paskudziło proboszczowego mostu, nawet karbunkuły rozbłysły żywym, krwistym blaskiem.

– C-co t-to było? – stęknął Doe.

– Ja go znam – ponuro stwierdził Fillegan. – To duch Marcusa Vinietusa, rzymskiego inżyniera, który próbował bić drogi przez alpejskie lodowce. Wszyscy pukali się w głowy, ale on nie ustawał w wysiłkach. No i się zmarło biedakowi na jakiejś przełęczy. A teraz straszy na drogach całej Europy. Zaraza jakaś, sam się pojawia, a niczym go spacyfikować nie można. Chyba żeby drogi i mosty przestać budować.

Proboszcz nadal z niedowierzaniem spoglądał na swoją budowlę, jakby spodziewając się najgorszego, czyli zstąpienia samego Szatana.

– Odesłałem go do diabła, czyli tam, skąd przybył – mruknął rycerz. – Według ksiąg, na jakiś czas mamy spokój. Problem w tym, że jak mi się wydaje, pociągnął za sobą granitusa. I teraz mój skalniak mostu nie strzeże, trzeba by wywołać następnego…

Doe rozjaśnił się cały. Na jego nalanym obliczu widać było wyraźną ulgę.

– Niech już tak zostanie! – zawołał. – To i tak lepiej niż było… przed chwilą. A ludzie bać się będą, już moja w tym głowa! Co jakiś czas w kazaniu przypomnę, postraszę… i wystarczy.

Fillegan z aprobatą skinął głową. Recepturę miał, skalniaka przywołał – i choć ani się domyślał, po jaką cholerę granitus ściągnął Vinietusa, to per saldo rycerz wyszedł na swoje. Pora było rozwinąć żagle, wziąć kurs na Wake. I tak za dużo czasu tu zmitrężyli.

– Zgoda, jeśli tak wam pasuje. To cóż, wracajmy – rzekł. Tym chętniej, że zapasowej skały odpowiedniej do wywołania granitusa nie posiadał.

Doe pogrążył się w myślach. Pewnie nawet nie dotarły do niego słowa Fillegana. Naraz odwrócił się gwałtownie ku rycerzowi.

– Wypada chyba sprawdzić, czy… no, bo skoro to mój most… – zaczął z wahaniem, jakby poszukując potwierdzenia słuszności tego pomysłu.

Spojrzawszy na proboszcza z ukosa, Fillegan uśmiechnął się chytrze.

– Wiary pełniście, to i słusznie czynicie. Przecież kogo jak kogo, ale was Bóg w łasce trzyma – stwierdził pogodnie. – Bez obaw, granitus niegroźny, ludzi nie jada. A zresztą obaj z Vinietusem zniknęli przecież.

Te pozornie życzliwe słowa przyniosły zamierzony efekt: Doe oklapł jak przekłuty rybi pęcherz.

– A może jednak konnego puszczę? – westchnął. – Szybciej będzie, prawda? – I nie czekając na odpowiedź rycerza, pobiegł w stronę gromady strażników broniących wstępu na most. To znaczy mających bronić, bo oba duchy skutecznie odstraszyły wszystkich gapiów i chętnych do przeprawy. Ochrona stała się więc zbędna.

Nie w ciemię bici strażnicy długo negocjowali warunki dalszej współpracy. Ostatecznie jeden z nich galopem ruszył do Balisbury. Po kilku dłużących się chwilach przywiózł stamtąd… złodzieja, którego wcześniej rycerz oddał proboszczowi pod opiekę.

Ten rozpaczliwie szukał wzrokiem drogi ucieczki, kwiczał, ale gdy podszedł do niego Doe, zmartwiał. Wysłuchał jego krótkiej przemowy księdza, w końcu dał się wsadzić na spokojnie skubiącego trawę gniadosza, marną chabetę. Proboszcz pobłogosławił ryżego rzezimieszka niezdarnym znakiem krzyża, który przypominał opędzanie się od much, po czym jeździec galopem ruszył przez most, rozpędzając się coraz bardziej. Fillegan zszedł mu z drogi, bo zostać stratowanym to naprawdę nie jest śmierć warta eposu, a taki właśnie zamierzył sobie kupić u jakiegoś wierszoklety na zwieńczenie żywota.

Złodziej był już na moście. Gnał niby wicher straszący jesienne liście, walił piętami w boki konia. Ten widać wyczuł lęk jeźdźca, bo chrapnął i jeszcze przyśpieszył. Po kilku susach już nie widziało się człowieka i wierzchowca. Zdało się, że to rączy centaur śmignął na drugą stronę.

Wybuchła wrzawa wiwatów, a sam jeździec, uszczęśliwiony do granic wytrzymałości serca, krzyczał chyba najgłośniej. Rwał trawę garściami i wyrzucał w powietrze, pozwalając jej opaść na twarz i pierś.

Filleganowi przyszło na myśl, że tak zwykle postępują zbójcy, gdy po udanym napadzie z dzikim rechotem kąpią się w dukatach i drogich kamieniach. Ale widać dla ryżego rzezimieszka widok trawy był wystarczającym skarbem. Więc i rycerz odetchnął głęboko. Przynajmniej pozbycie się demonów poszło dobrze.

Tymczasem złodziej już powracał stępa, majestatycznie, napawając się własną odwagą i triumfem. Na samym środku mostu przystanął, jakby chciał wszystkim unaocznić wielkość odniesionego zwycięstwa.

Naraz za jego plecami z nicości wyrosła łapa. Właściwie była to dłoń, ludzka w dodatku, tyle że wielka jak trzy woły. Złapała wierzchowca za zadnie nogi i uniosła ku górze, strząsając jeźdźca na most. Rzezimieszek zerwał się na równe nogi i począł uciekać tak szybko, że zapewne pobił wszystkie olimpijskie rekordy ustanowione w zamierzchłej przeszłości przez Greków.

Tymczasem Vinietus, który ujawnił się już w całej okazałości, podniósł gniadosza na wysokość swych wielkich oczu. Po kolei wyrywał biednemu wierzchowcowi wszystkie nogi, wreszcie zacisnął dłoń i wypuścił końskie wnętrzności do rzeki.

Dopiero gdy pędzący co sił złodziej minął sparaliżowanego rycerza, ten ocknął się ze stuporu i ruszył za nim. Gonił ich skrzekliwy chichot demona, który słychać było chyba aż w Londynie.

Dobiegając do grupy bladych ze strachu strażników, zauważyli, że proboszcz zasłabł. Vinietus nadal się naśmiewał, ale nie przekroczył granicy mostu, zaczęli więc cucić klechę.

Pierwszych słów, jakie ten wypowiedział po ocknięciu się, nie powstydziłby się najczarniejszy sługa Jego Piekielności.

Druga sekwencja, skierowana w stronę niejakiego Fillegana z Wake, brzmiała jeszcze paskudniej. Wręcz plugawie, jakby duchowny terminował nie w seminarium, tylko w londyńskich dokach.

* * *

Cały dzień Fillegan spędził na rozważaniach, co poszło nie tak. Przeglądał formuły, spoglądał w gwiazdy. Raz nawet postanowił zasięgnąć rady prostego ludu, czyli w tym przypadku Duendaina, który za nic sobie mając kłopoty pryncypała, zwinął się na swojej części łóżka i bezczelnie chrapał.

– A gdyby tak jednak trzęsienie ziemi, co? – zapytał rycerz, budząc niewdzięcznika. Kiedy jednak w mętnych jeszcze od snu oczach giermka wyczytał odpowiedź, skinął głową i wzdychając ciężko, podszedł do okna.

Może było to tylko wytworem chorej wyobraźni, ale wydało mu się, że słyszy dobiegający znad rzeki ironiczny chichot Vinietusa.

Księgi twierdziły, że odesłany przy pomocy odpowiedniego znaku demon nie powracał nigdy w to samo miejsce przed upływem wielu lat. Jednak teoria teorią, a eksperiencja dowiodła czego innego.

* * *

Dopiero następnego dnia rankiem nasz bohater zebrał w sobie odwagę i poszedł sprawdzić, czy Doe czuje się lepiej. Gospodyni zaprowadziła gościa do pokoju, w którym leżał proboszcz. Pół głowy miał obłożone zimnym kompresem.

– Wy mi tu zdrowia nie życzcie – burknął niechętnie w odpowiedzi Filleganowi – tylko pomyślcie, jak sprawę wyprostować.

Rycerz z namysłem przechadzał się po pomieszczeniu, w skupieniu oglądając krzyż i licząc plamy na ścianach.

– Skoro znak Apfi nie pomógł, to ja już właściwie niewiele mogę zrobić – wyznał wreszcie. – My, magowie, też podlegamy ograniczeniom.

Duchowny prychnął. Wyraźnie dało się w tym odgłosie słyszeć sarkazm. Wstał z łóżka, odrzucił kompres, który z mokrym cmoknięciem wylądował w kącie obok komody.

– Jak nie wierzycie – ze złością warknął Fillegan – to spróbujcie modlitwą zmusić pełny pęcherz, żeby się sam opróżnił bez potrzeby zajścia do wychodka. Pono Bóg potrafi czynić cuda, jeżeli go dobrze poprosić, czyż nie tak mówicie wiernym na kazaniach?

Doe wzruszył ramionami. Sięgnął do komody, wyciągnął stamtąd wino i naczynia. Nalał.

– Powiedzieliście, że niewiele możecie zrobić. Niewiele, a nie, że nic, prawda? – zauważył, posuwając jeden z pucharów w stronę rycerza. – Z czego wnioskuję, że coś jednak uczynić można, tylko wam nie w smak.

Fillegan z wahaniem – czy aby klecha nie uraczył go cykutą? – upił łyk wina. Skinął głową w uznaniu dla jakości mszalnego, wreszcie splótł dłonie, które zaczęły drżeć.

– Komu to nie w smak, to jeszcze zobaczymy, proboszczu. Mogę pozbyć się Vinietusa – zawiesił głos. – To znaczy spróbować – uściślił zaraz. – Ale jest ryzyko, że razem z mostem. Tego nie sposób całkiem wykluczyć.

Mina duchownego właściwie mówiła wszystko: dziesięć plag egipskich i jeszcze trzęsienie ziemi na dodatek. Na końcu zaś biskup-kretyn, który naukę ma w głębokim poważaniu, więcej łożąc na astrologusów niż na medyków i prawdziwych alchemików.

– Czyli chcecie most zniszczyć – stwierdził sucho, czując nagłe drapanie w gardle. Zalał dolegliwość resztką wina. – Sprawić, że zniknie, powiadacie. A dokąd?

Rycerz nadal pilnował swoich palców, żeby żaden mu nie uciekł.

– Całkiem zniknie, proboszczu. Do nigdzie.

Nie przyznał się księdzu, że w ogóle nie zamierza celować zaklęciem w Vinietusa. Cóż, na obecnym etapie zaawansowania technologicznego magia dalekosiężna miała sporo wspólnego z artylerią: dawała dużo huku i dymu, a potem zarówno czar, jak i pocisk z bombardy lądował, gdzie Bóg dał. W księgach magicznych Fillegan znalazł tylko jedną wzmiankę o precyzyjnym trafieniu zaklęciem znikania. Dotyczyła obiektu potocznie zwanego jabłkiem, i to bynajmniej nie tym kojarzonym z koronowaną głową, tylko owocu zwykłej kwaśnej dziczki, na płodach której – i tak już dostatecznie poronionych – nie żal było eksperymentować. Jednak autor nie chwalił się niezwykłym osiągnięciem na trzydziestu trzech stronach, tylko podsumował je kilkoma suchymi zdaniami. Co oznaczało, że krył się w tej sprawie jakiś haczyk.

Ale most z grasującym na nim Vinietusem to nie był mały haczyk, o którym autor zapomniał skreślić komentarza albo mu inkaust wysechł nie w porę. Marcus Vinietus to było haczysko wielkie na sto stóp, o krzyku donośnym, gotowe wkrótce ściągnąć na głowę rycerza równie wielkie kłopoty, gdy tylko o całej sprawie dowie się król.

– Wyboru nie ma – podsumował Fillegan. – Ja tam mogę w każdej chwili odjechać, ale wy zostaniecie, most też pewnie będzie stał, jak stoi… Niech się ktoś zapomni albo w porę nie zostanie ostrzeżony… A jak demon zlezie z mostu i ruszy do miasteczka, żeby, dajmy na to, napić się wina? Potraficie to sobie wyobrazić?

Oblicze proboszcza świadczyło, że Doe dysponuje dostatecznie bogatą imaginacją, aby odmalować sobie ewentualne skutki takiej wycieczki.

– Jeszcze jedno – zaznaczył rycerz. – To eksperymentalna technika, księże, jeszcze nieuklepana stuletnią tradycją. To dla mnie sprawa ambicji oraz honoru, ale różnie przecież może być. Jak mi się nie uda i Vinietus zostanie, gdzie jest, nie życzę sobie żadnych pretensji, znaczących chrząknięć i takich tam. Jasne?

W izbie gwałtownie się ochłodziło.

– A co, ja biskupa nie mam nad sobą? – stęknął klecha. – Nawet jak most zniknie, to będę mógł iść w zaparte, że ludziom się zwidziało albo diabeł coś zamieszał, jak to bywa… omamił podlec… Ale jak mi biskup na wizytację przyjedzie i zobaczy tego waszego Vinietusa, to nawracanie Maurów pewne. Musicie coś z tym fantem zrobić. Cokolwiek. Byle skutecznie.

* * *

Intuicja podpowiadała Filleganowi, że należy jak najszybciej opuścić Balisbury, wziąć nogi za pas albo i sromotnie uciec – tu każdy może sobie niepotrzebne skreślić, bo o jedno tej intuicji chodziło. Gdyby rycerz mógł to uczynić, natychmiast zacząłby biec i zatrzymałby się dopiero w Diederton na przedmieściach Londynu.

Rozum jednak nie pozwalał mu na pozostawienie kwestii Vinietusa do rozwiązania samej sobie albo proboszczowi. Była to sprawa reputacji i nie mógł jej zlekceważyć. Ledwie z trzaskiem zamknęły się za nim drzwi plebani, skinieniem palca przywołał wyrostka kręcącego się wokół kościelnych zabudowań. Nakazał mu powiadomić swego giermka, aby ten przyniósł zaraz na most kuferek pana. Potem zaczął się zastanawiać, czy Duendain nie przywlecze zamiast magicznych artefaktów jakiegoś pudła z ubraniami. Ale że ulicznik już pobiegł, Fillegan spróbował wzbudzić w sobie zaufanie do rozumu giermka. No i nadzieję, że w jakimś błysku natchnienia dostrzeże rozwiązanie lepsze niż czar zniknięcia.

Wierzchowca nie wziął, bo po ostatnich wydarzeniach na moście jakoś stracił zaufanie do jazdy konnej. Nie dało się wykluczyć, że Vinietus większą urazę żywi do czterokopytnych niż do ludzi. W końcu jeździec zdołał uciec, a wnętrzności konia pewnie już dopłynęły do morza, chyba że wcześniej zostały pożarte przez ryby.

Aby skrócić drogę boskiemu natchnieniu, rycerz wybrał wędrówkę nie traktem wijącym się pośród pagórków, tylko powędrował na skróty, przez zarośla. Czoło oblewał mu pot, jednak genialna myśl jakoś nie chciała się pojawić. W takim stanie ducha dotarł do ostatniego wzgórza i przysiadł na zboczu sięgającym brzegu rzeki, na wprost mostu.

Niemal w tej samej chwili rozległ się dziki tętent i nieco z boku, gdzie na drodze czuwali strażnicy mostu, pojawił się jeździec. W rozwianych połach czarnego płaszcza wyglądał jak demon pędzący na doroczny zjazd pobratymców. Prawie stratował zbrojnych. Ci w ostatniej chwili odsunęli się mu z drogi, jednak ku zdumieniu Fillegana nawet nie próbowali go zatrzymać!

Tymczasem jeździec zbliżał się ku wieżom, jakby nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które tam czyhało. W powietrzu rozedrganym południowym żarem Fillegan dostrzegał już zarysy Vinietusa wyciągającego ręce ku konnemu. Dzieliło ich jeszcze ze czterdzieści kroków, cóż to dla śmigłego wierzchowca…

I wtedy w zagadkowej postaci rycerz rozpoznał… proboszcza Doe!

Rycerz odruchowo skreślił prawą dłonią czar Fetty zamrażający atakowany obiekt. Wolną lewą ręką wymachał efekt spowalniający, równocześnie wyzgrzytując zębami sen dla strażników. Biegł, czując, jak ogarnia go najpierw osłabienie spowodowane zużytą energią magiczną, później zaś pod ciemieniem zaczyna pulsować potężniejący ból. Przypomniał sobie, dlaczego starzy magowie powiadają, że lepiej głód cierpieć, niż magii używać.

Zdążył dobiec, nim końskie kopyta znów sięgnęły ziemi. Równo z uderzeniem podków o trakt złapał proboszcza za połę płaszcza i szarpnięciem zrzucił z wierzchowca.

Vinietus, na którego czary nie podziałały, przegarnął ręką powietrze, jednak nie zdołał chwycić konia, który zamarł na drodze niby posąg chyżości.

Fillegan odciągnął klechę nieporęcznego jak kłoda drewna. I dopiero wtedy krótką frazą rekapitulacyjną unieważnił wszystkie czary.

– Co mnie szarpiesz?! – stęknął Doe, odpychając ręce rycerza, strząsając je z siebie jak wściekły niedźwiedź. – A w ogóle skąd się tu wziąłeś? – Zrobił krok w stronę konia, w którego oczach widać było zastygłe, całkiem ludzkie zdumienie. Wierzchowiec niemrawo grzebnął kopytem, jakby konstatując, że znów może grać rolę pięknego zwierzęcia słynącego z gracji.

– Przechodziłem. – Fillegan roześmiał się ochryple i przytrzymał proboszcza za połę. – Gdzie idziecie? Tam Vinietus was zagryzie, księże.

Doe nadal mu się wyrywał, jednak dosyć słabo, gdyż efekt zamrożenia nie minął jeszcze całkowicie. Najbardziej zaś działał na głowę – pewnie stąd brało się mamrotanie klechy o ukrytym skarbie.

Tymczasem do strażników, budzących się właśnie z nagłej drzemki, dołączył giermek rycerza. Taszczył właściwy kufer, ten z magicznymi przyborami.

– O, nadchodzi Duendain – radośnie rzekł Fillegan. – No gdzie mi, kurna, uciekacie! – krzyknął, bo proboszcz wykorzystał moment nieuwagi rycerza i przysunął się do swego konia. Ten trącił go pytająco łbem. Doe już sięgnął po wodze…

– A, psiakrew! – zdenerwował się Fillegan. Nie bacząc, że takie stężenie czaru może klesze zaszkodzić, poczekał, aż ten wesprze się na koniu, i wtedy zamroził ich niczym Degliano Pomponi bryłę czarnego marmuru. Tyle że sławny rzeźbiarz jak raz zamroził, to na wieki światu pozostawił, a rycerzowi biło w piersi gołębie serce. I jak już będzie po wszystkim, zamierzał rozdzielić tego maszkarona, po czym pozwolić żyć proboszczowi po proboszczowsku, a koniowi po końsku.

Tymczasem Duendain minął strażników i szybkim truchtem podbiegł do pryncypała. Oddał Filleganowi kufer. Podczas kiedy rycerz zajął się wyjmowaniem przedmiotów niezbędnych do rzucenia czaru na most, giermek podszedł do parującej mrozem rzeźby konno-duchownej i zaczął ją obmacywać.

– Tego jeszcze nie widziałem – stwierdził z podziwem. – Tak na śmierć zamrozić…

– Nie na śmierć, tylko na trochę – odparował Fillegan, nie odwracając głowy. – Jak mi będziesz przeszkadzać, dorzucę cię tam do kompletu, akurat będzie. Trzy stworzenia, no wiesz, trzy gracje. Tak właśnie nazwę tę kompozycję. Może się jakieś bestuarium skusi?

Duendain szybko wciągnął z powrotem do gęby słowa, które już zsuwały mu się z języka. Rycerz tymczasem wziął co trzeba i zrobił ze dwadzieścia kroków w stronę mostu, tam gdzie zatrzymał proboszczo-konia. Ustawił na utwardzonej drodze małą klepsydrę, chwilę patrzył na przesypujący się piasek, później zaczerpnął z zielonego naczynka sproszkowanej lawendy zmieszanej z kredą węglową. Zaczął sypać w poprzek drogi figurę najbardziej przypominającą ślimaka. Oczywiście jeżeli przyjąć, że ślimak może mieć czułki zawijające się akurat w symbole kabały.

Wreszcie Fillegan spojrzał na klepsydrę. Tak, wciąż mieścił się w czasie. Zaczął wypowiadać zaklęcie.

Później spokojnie odszedł w stronę giermka, który obserwował go z zainteresowaniem.

– Zaraz się zacznie – zapowiedział rycerz. – Raz, dwa, trzy… teraz – efektownie pstryknął palcami.

Nic się nie wydarzyło. Słońce paliło coraz bardziej, a Duendain udawał coraz mniej, że jest poważnie zainteresowany przebiegiem eksperymentu…

– Trzy i pół… – warknął rozzłoszczony Fillegan.

W odpowiedzi niespodziewanie odwarknęła mu ziemia. Wrzasnęła. Zagrzmiała. Huknęła. Krzyknęła rozdzierająco, porażająco i rozpaczliwie.

W jaskrawym rozbłysku most razem z przyległymi wieżycami zniknął. Do nigdzie.

– No i po wszystkim – rzekł rycerz, oddychając ciężko. – Chwała ci, Panie na wysokościach – zaintonował. – A pieniędzy daj nam tu, na ziemi.

Łupnęło przeraźliwym gromem i ziemia pod ich stopami podskoczyła.

– Już go diabli powitali – mruknął giermek. – Razem z prezentem.

* * *

„Do nigdzie” okazało się lekką przesadą.

Rozmrożony proboszcz mamrotał straszliwe przekleństwa, na przemian klął i bił się w pierś jakby w poczuciu winy. Co o rycerzu myślał koń prowadzony przez klechę za uzdę, tego Fillegan wolał się nie dowiadywać. Wystarczyło, że kiedy podszedł za blisko, zwierzę natychmiast capnęło go zębami. Odtąd podążał w bezpiecznej odległości od bydlęcia, dodatkowo zasłonięty swoim giermkiem.

I tak wyszli zza pagórków, a przed nimi rozpostarła się panorama Balisbury.

Która to panorama wyglądała teraz nieco inaczej niż przedtem. Bardziej niezwykle. Most bowiem, w całej swojej okazałości, z przysadzistymi strażnicami na końcach, wylądował w poprzek obok kościoła, niemal tarasując wejście i przygniatając wolną dotąd przestrzeń rynku ze straganami. W ten sposób jedyna wieża domu bożego zyskała nieoczekiwane dwie zbirowate siostry, brzydsze, bardziej krępe, pobłyskujące krwawymi ślepiami.

Gdyby proboszczów rozliczano za słowa i towarzyszące im czyny, Doe niechybnie wylądowałby w najstraszliwszym kotle piekielnego paleniska. Najpierw bowiem zaklął obrzydliwie, później rzucił się dusić Fillegana. Ten stał osłupiały, więc ręce klechy coraz mocniej ściskały gardło rycerza. Szczęściem Duendain zerwał dłonie szaleńca z szyi swego pryncypała.

Ksiądz opamiętał się zaraz. Na jego twarzy wykwitło nawet coś przypominającego nikły uśmiech. Usta proboszcza poruszyły się bezgłośnie.

„Oszalał – pomyślał Fillegan. – Zobaczył, jak karbunkuły włażą mu do zakrystii i doznał szwanku na umyśle”.

Wokół kościoła i mostu można było dostrzec ludzi w osłupieniu gapiących się na tę nieprawdopodobną instalację.

Nagle Doe krzyknął i rzucił się w stronę swojej świątyni. Fillegan z giermkiem podążyli za nim, ale nie zdołali dogonić szaleńca. Jego po równi napędzały złość i strach, a ich tylko lekka obawa i świadomość, że pchają się w niebezpieczeństwo, którego klecha w amoku nie dostrzega. Rycerz mógł co prawda użyć czaru Fetty, jednak wolał tego nie robić. Nie chciał ryzykować, że po odmrożeniu Doe po kres swoich dni będzie przypominał bełkotliwą kapustę. W końcu miał nadal głosić Słowo Boże, a to zobowiązywało.

Złapali go dopiero na rynku, gdzie proboszcz napotkał barierę gapiów. Mocno pochwycili go za ramiona. Jednocześnie Fillegan rozejrzał się za strażnikami. Podczas kiedy Duendain usiłował trzymać szaleńca, rycerz rozkazał zbrojnym usunąć wszystkich ludzi z placu. A jeszcze lepiej wyprowadzić poza miasteczko, bo nie wiadomo, co się będzie działo, kiedy podejmie próbę zaprowadzenia porządku.

Mieszkańcy Balisbury popatrywali na niego wrogo, bo przecież na świetnego rycerza nie wyglądał, nosząc się jak uniwersytecki profesor. A jak na maga był ich zdaniem… no, przecież właśnie się wykazał, sadzając most obok kościoła niby fantazyjny portal. Tłum więc szemrał, strażnicy wahali się, czy w ogóle należy dalej gadać z tym tu nieudacznikiem, a most jak stał, tak stał.

Nieoczekiwanie sytuacja się zmieniła, choć trudno orzec, czy akurat na korzyść Fillegana. Tłuszcza zaszemrała gwałtowniej, ktoś krzyknął przenikliwie, w stronę mostu wyciągnęły się ręce… Fillegan podniósł wzrok – i oniemiał.

Na moście zarysował się siny, ciemniejący opar, w którym można było, choć z trudem, rozpoznać niejakiego Marcusa Vinietusa! Starożytny rzymski inżynier otrząsał się z głębokiego snu lekko jeszcze oszołomiony.

– Wszystkich na błonia! – zakrzyknął rycerz i tym razem strażnicy nie potrzebowali dalszej zachęty. Pod pretekstem pomagania ludności miasteczka sami zaczęli uciekać z niebezpiecznego miejsca.

– Duendain!

Giermek natychmiast podbiegł wraz z wyrywającym się proboszczem.

– Kufer! A wy razem z ludźmi uciekajcie. Jakby co, gadaj, że od magii klecha z lekka nie ten tego, zaczadzony, rozumiesz? Niech mi nie przeszkadza! – zarządził pospiesznie Fillegan, łapiąc skrzynkę z magicznymi przyborami. – A jakby mi się nie powiodło, rozsyp moje prochy na polach wokół Wake, choćby ukradkiem. Bo inaczej straszyć cię będę, hultaju, rozumiesz?

Uzbrojony w magiczne narzędzia odczekał, aż gawiedź spłynie krętymi uliczkami z rynku, w czym wydatnie pomogły ryki całkiem już przebudzonego Vinietusa. Demon stanął na moście, niemal dorównując wieży kościoła. Musnął ją nawet pieszczotliwie łapskiem, jakby oceniał nowy nabytek. Rycerz zaklął.

Popatrując na most i ducha rzymskiego inżyniera, doznał naraz olśnienia – oczywistego, jak to właśnie z przebłyskami geniuszu bywa. Nad rzeką popełnił banalny błąd: żeby nałożyć czar zniknięcia na podłużny most, trzeba było opatrzyć znakami oba jego końce, inaczej niż przy zniknięciu kwaśnego jabłka, gdzie czar działał sferycznie. To tylko paraliżujący strach przed przejściem po moście w obecności Vinietusa przesłonił Filleganowi ten oczywisty fakt.

Teraz jednak demon-inżynier mógł sobie w górze chwytać ptaki, nie konie, a fundamenty mostu stały się dostępne. Przy odrobinie sprytu można było wykreślić niezbędne znaki i odesłać Vinietusa donikąd. Była to operacja niepozbawiona ryzyka, jednak duch miał oślepiająco triumfalny nastrój niby tokujący głuszec. Łatwo mógł przeoczyć szarą myszkę, a nawet skulonego rycerza u podstaw wież…

Rycerz przeżegnał się znakiem krzyża – ostatecznie zamierzał stosować magię w cieniu kościoła, więc zjednać sobie przychylności Najwyższego nie zawadzi – po czym zaczął się skradać pod most.

Pierwszy znak usypał bez problemów. Gdy szedł na palcach ku drugiej z wież, posłyszał gniewne pomruki Vinietusa. Przez most przebiegło drżenie, jakby duch podskoczył kilka razy nerwowo. Podstawa kościoła zatrzeszczała.

„Wyczuwa magię – pomyślał Fillegan, czując, jak po plecach cieknie mu strużka zimnego potu. – Psiakrew!”.

Pospiesznie usypał drugiego ślimaka, spojrzał na klepsydrę. Wciąż mieścił się w limicie czasu dla dwóch znaków, ale zostało go już za mało, aby wypowiedzieć formułę z jakiegoś bezpiecznego miejsca daleko stąd. Wywołał więc lekki efekt opóźniający, potem pospiesznie wyklepał formułę niczym głodny zakonnik poranną jutrznię. Wreszcie, odkopnąwszy na bok zawadzający mu kufer z magicznymi artefaktami, rzucił się do ucieczki.

Nieoczekiwanie u wylotu jednej z uliczek zobaczył wrzeszczącego Duendaina.

– Uciekł, panie! – wydyszał. – Doe wyrwał mi się, uciekł i zniknął!

W tym akurat giermek nie miał racji. Dokładnie w tej samej chwili kilka uliczek dalej pojawił się rzeczony proboszcz. Zmierzał dokładnie tam, skąd próbował uciec rycerz! Pędził ku tej z wież, która jeszcze niedawno stała przy rzece od strony miasteczka.

Fillegan spostrzegł go ledwie kątem oka, zatrzymał się na jeden oddech i krzyknął ostrzegawczo:

– Wracaj! Most zaraz zniknie!

– Formuły! – odkrzyknął proboszcz. – Prawdziwe formuły wmurowałem w skrzynkę u podstawy wieży! Trzeba je odzyskać!

„Odzyskać! Dobre sobie” – pomyślał wściekle rycerz i potruchtał ku Duendainowi, gorszącymi słowy przeklinając kłamców oraz oszustów.

Tymczasem Vinietus zauważył wreszcie tę interesującą pogawędkę biegaczy i wtrącił do niej swoje trzy grosze. Wyciągnąwszy łapsko, chwycił klechę niby rzadki okaz insekta. Nie zrobił mu krzywdy, strącił na drugą, otwartą i ustawioną poziomo dłoń. Wtedy delikatnie ją zamknął. Kwiczący ze strachu proboszcz wyglądał spomiędzy palców, wołał o pomoc, podczas kiedy demon podnosił sobie pochwycone dziwo do oczu…

W tej samej chwili Fillegan dobiegł do poszarzałego na twarzy giermka. Odwrócił na moment głowę… i wtedy jaskrawy błysk niemal przewiercił mu oczy.

Formuła uaktywniła się z całą podwójną mocą.

* * *

Rycerz przypatrywał się pustej przestrzeni, tam gdzie jeszcze tak niedawno stał ciężki most. Teraz dopiero dotarło do niego, że pod tą budowlą zginęło kilku sprzedawców zgniecionych razem ze swoimi świątkami, literaturą pobożną i wyrzezanymi z drewna kiczowatymi Chrystuskami o twarzy tutejszego proboszcza. Wszystko to w miazdze grubej na dwa palce zalegało plac wokół bożej świątyni.

– Szkoda, że nie zdobyliśmy prawdziwych receptur – westchnął z żalem Duendain.

Rycerz pokręcił głową.

– Może i lepiej, Dun. Pomyśl, co by było, gdyby taka formuła dotarła do króla. Złoto, którym nam płacą, jest wiele warte, póki go mało. To samo z karbunkułami. A gdyby jednego i drugiego było tyle, co kamieni przy drodze? Myślisz, że jakiś karczmarz by nam tak chętnie udzielał gościny? – Fillegan zaśmiał się, z ironią spoglądając na swego giermka. – A potrzeby króla zwykle przekraczają jego rozsądek.

Zerknął raz jeszcze na pole niedawnej bitwy magicznej.

– Ciekawe, dokąd zniknął tym razem – powrócił myślą do Vinietusa i mostu. – Jak myślisz, zacny Duendainie Capodimonte?

Giermek podrapał się po głowie, zmierzwił włosy, popatrzył w zadumie na kościół przed nimi, który nadal tkwił na rynku jakby nigdy nic.

– Tam, gdzie jego miejsce – orzekł wreszcie.

Na to rycerz tylko prychnął. Uwielbiał takie konkretne odpowiedzi.

– To znaczy, giermku mój niejasnomówiący?

– No, do piekła, a gdzieżby! – odparł Duendain z wilczym uśmiechem. – Będzie miał diabeł podnóżek. Towarzystwo też mu się pewnie przyda.

Podążając do zajazdu, Fillegan rozmyślał, czy Marcus Vinietus znajdzie w piekle jakiś lodowiec, którym mógłby poprowadzić bity rzymski trakt.

Na wszelki wypadek postanowił tym samym czarem posłać mu mały, ośnieżony alpejski pagórek, jak już wrócą na kontynent.

A proboszczowi, żeby się nie poczuł zazdrosny, jakiś czerwony kamyczek.

Bo to jest wojna, rzeź i rąbanka!

(opowiadanie z tomu „Bo to jest wojna, rzeź i rąbanka”,

Fabryka Słów 2006)

Ti dong!

Spojrzałem na wiszący zegar, który wskazywał dopiero kwadrans po osiemnastej.

Zwlokłem tyłek z kanapy i z puszką heinekena ruszyłem ku drzwiom wejściowym. „Psiakrew, nie zdążyłem się znieczulić! – marudziłem w myślach. – Nie jestem przygotowany, Elizka!!!”

Ale czy jakikolwiek normalny facet może ot tak przyjąć do wiadomości, że jego dziewczyna fatyguje się tylko po to, aby go oficjalnie rzucić? „Pa, pa, kochanie, było miło, ale właśnie się skończyło.” Miałem niemal pewność, że nasza znajomość dobiegła końca. Psuła się już od dobrych kilku tygodni, a wczorajszy wieczorny telefon Elizy nie pozostawiał mi nadziei na pomyślny finał.

I tak cud, że zaraza chce się spotkać. W modę wchodziło powiadamianie o takich rzeczach przez znajomych. Albo zrywanie przy pomocy esemesa – co dopuścili nawet islamscy duchowni, chociaż zażądali wysłania trzech po kolei, jakby jeden nie wystarczył.

Zmierzałem więc ku drzwiom krokiem wolnym i niechętnym, a kolejne łyki piwa nie potrafiły mnie znieczulić. Równie pewnym i żwawym krokiem podążałbym zapewne na trepanację czaszki bez znieczulenia albo na resekcję rozumu.

Ti dong! Ti dong! Dong! Dong!!!

Normalnie bym się nawet na Elizkę zdenerwował. Co mi tu wydzwania jak głupia, skoro wie, że zaraz otworzę.

Po cichu liczyłem jednak na pożegnalny „spacer po polach elizejskich”, wiecie, małe bara-bara. Takie „żebyśmy się nie żegnali z nienawiścią”. Miałem wymyślony cały szereg podejść do tematu, od delikatnych poetyckich aluzji po skowyt opuszczanego skazańca.

Doooong!!!

Westchnąłem ciężko i spojrzałem w lustro w przedpokoju, sprawdzając, czy wyglądam jak człowiek. „Hmm, jeżeli ja wyglądam jak człowiek, to rasa ludzka niewątpliwie podupadła” – pomyślałem wisielczo, przygładzając rozwichrzoną fryzurę. Wreszcie, wciąż mając w sercu cień nadziei na pogodzenie się z Elizką, otworzyłem drzwi.

– Kontrola dokumentów! – huknął jakiś ponury facet, natychmiast wsadzając stopę w szparę. – Elfów szukam! Są tu jakieś?

Ja cię pierdzielę! Wyglądał na prawdziwego, groźnego wariata! Wysoki na dwa metry, a w barach miał z półtora jak nic. Jego wielki brzuch opięty metalowym półpancerzem sięgającym bioder niemal uderzył mnie w twarz. Drab na przedramionach nosił ciemnoniebieskie ni to ochraniacze, ni to bransolety rzeźbione w dziwaczne wzory przypominające malarstwo Kandinsky’ego. Kolorytu dopełniały długie czarne włosy kilkunastoma warkoczami opadające na plecy oraz rudawa broda sięgająca piersi. Kładła się na jego zbroi niby wojenny proporzec. Świdrował mnie spojrzeniem tak nieprzyjemnym, jak Torquemada swoje śniadanie.

Krótko mówiąc, bydlak w niczym nie przypominał mojej kruchej, blondwłosej Elizki. Prędzej górala wyhodowanego na oscypkach albo zmutowanego świstaka w sreberkach.

– E… y… jakie elfy? – zająknąłem się, odruchowo robiąc krok w tył. – To jest mieszkanie prywatne!

Sięgnął do pobłyskującego srebrzyście plecaka, który teraz dopiero zauważyłem i wyjął stamtąd topór.

– To sobie poczekamy – chrypnął. Odepchnął drzwi razem ze mną i wszedł do przedpokoju.

Tak oto poznałem Turgila Olganssona we własnej krasnoludzkiej osobie.

* * *

Z początku myślałem, że jest jakimś niebezpiecznym szaleńcem, który postanowił udowodnić całemu światu, iż trzeba się z nim liczyć. Takie świry za najlepszy sposób zwrócenia na siebie uwagi uważają porwanie kogoś lub wysadzenie jakiegoś budynku. Koniecznie w obecności kamer oraz stada dziennikarzy.

On jednak czujnym i pozbawionym oznak szaleństwa wzrokiem wodził po przedpokoju, który w moim mieszkaniu otwiera się na kuchnię z dużym oknem.

Nagle przesłał mi przyjazny uśmiech i puścił oko, a we mnie trzasnął piorun nagłego podejrzenia: może to sprawka Elizy? Może nasłała tego potwora w ramach okrutnego pożegnalnego żartu? Wychodzi trochę drożej niż esemes, ale za to ileż zabawy, gdy później przy winku zacznie opowiadać przyjaciółkom, w jakich okolicznościach rozstała się ze swoim facetem…

Jęknąłem przerażony. Przecież ta góra mięcha może ze mną zrobić wszystko!

Bandyta chyba źle zrozumiał mój skowyt. Znów czujnie rozejrzał się po mieszkaniu, usiłując wysondować spojrzeniem wnętrza pokoi. Topór skierował w moją stronę.

– No co?! – burknął. – Czego biadolisz, durniu, jak ci jeszcze nic nie zrobiłem?

– Jak nic? Włamujesz się do mojego mieszkania! – stwierdziłem ponuro.

Drab popatrzył na mnie z góry, podrapał się pod pachą tam, gdzie przednią i tylną część pancerza łączyły skórzane wiązania. Rozległ się chrobot, jakby ktoś czochrał krokodyla po łuskach na grzbiecie.

– Turgil Olgansson się nie włamuje, tylko zdobywa – poprawił mnie z gryzącą ironią. – Stanowisko ogniowe będę zakładać – dodał, jakby miało mi to coś wyjaśnić.

Zaraz… Zaraz! Jeżeli to nie Eliza…

W mojej głowie zawirowała straszliwa myśl: mój słodki blondasek zjawi się tu najpóźniej za pół godziny… A skoro to nie ona go nasłała… oboje będziemy mieli problem. Wielki problem z jeszcze większym, groźnym wariatem udającym bajkowego krasnoluda.

Tymczasem Waligóra Olgansson – czy jak się naprawdę ta bestia nazywała – spojrzał na mnie i spytał:

– Sam mieszkasz?

Gorliwie skinąłem głową.

– Sam. I nikogo się nie spodziewam – dodałem szybko. Miałem pół godziny na zrobienie czegoś z tym draniem, zanim przyjdzie moja dziewczyna. „Kto wie – kalkulowałem – jeżeli wykażę się bohaterstwem, może zdołam uratować nasz związek?”

Turgil zawiesił topór na pasku i sięgnął za siebie. Zdjął to, co do tej pory uważałem za plecak. W istocie była to wielka metalowa skrzynia, prostopadłościan o dłuższym boku mierzącym jakieś osiemdziesiąt centymetrów. Rzucił pojemnik na podłogę, pod szafkę na buty. Potem ciężkim krokiem ruszył w moją stronę i nieoczekiwanie złapał mnie za rękę. Próbowałem się wyrwać, krzycząc przy tym z bólu i upokorzenia, ale on wlókł mnie od pokoju do pokoju, lustrując mieszkanie niby człowiek z agencji nieruchomości. Na widok łazienki przerobionej na małą siłownię z aprobatą kiwnął głową, ale puścić mojej ręki, cholerny drań, nie zamierzał.

Wreszcie na jego twarz wypłynął grymas zadowolenia, kiedy dotarliśmy do największego pokoju z dużym balkonem.

– Nada się! – mruknął. Dociągnął mnie pod drzwi balkonowe i tu posadził jak jakąś cholerną lalkę obok donicy z papirusem. Spojrzeniem nakazał mi zostać na miejscu. „Bo inaczej skręcę kark, rozumiesz?” – zdawał się mówić jego wzrok. Potem szarpnął klamkę i wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza.

– Jasny gwint! – mruknął z podziwem, gdy rozpostarła się przed nim panorama, na oglądanie której stały bilet wykupiłem trzy lata temu.

Długo, długo szukałem mieszkania na Tysiącleciu. Miałem jednak farta, bo wreszcie zdobyłem niesymetryczne stumetrowe lokum na dwudziestym piątym piętrze jednego z wieżowców zwanych „kukurydzami” – ze względu na to, że z zewnątrz przypominały mocno kaczany owej rośliny.

Był to prawdziwy wysokościowiec. Winda, choć wjeżdżała tylko na 24 piętro (dalej trzeba się było wspinać schodkami), to myliła się często, na wyświetlaczu pokazując „29”. Czyli moje mieszkanie byłoby na trzydziestym piętrze. Czasem żartowałem, że można się tu poczuć prawie jak w Empire State Building.

Na wprost mojego balkonu, jakieś trzydzieści metrów dalej, biegła droga szybkiego ruchu. A za nią, pokąd wzrokiem sięgnąć, rozłożyła się solidna łata lasu, nie wiedzieć czemu zwanego Wojewódzkim Parkiem Kultury i Wypoczynku.

Pośród tej kojącej oczy soczystej zieleni widać było plamę stadionu i gdzieniegdzie jakąś budowlę.

Dla mnie czymś równie wspaniałym jak ten widok na las pośrodku miasta były komary. Albo raczej ich brak. Okazało się, że pijawy dolatują najwyżej do dziesiątego piętra. Fajna sprawa, no nie?

Turgil patrzył z mojego balkonu z zachwytem na twarzy. Ale długie kontemplowanie widoków innych niż nacieki skalne chyba jednak nie leży w naturze krasnoludów. Odwrócił się więc w stronę mieszkania i tubalnym głosem oznajmił:

– Wybór masz taki, przyjacielu: zwiążę cię i posiedzisz sobie, pomyślisz, popatrzysz, jak Turgil Olgansson montuje stanowisko ogniowe, a jak skończę, to cię uwolnię. Albo będziesz się szarpać, próbować uciec, brzydkie wyrazy puszczać niby bąki, wtedy zaknebluję i wyrzucę przez balkon. Rozumiemy się?

Ponuro skinąłem głową. Nikt nie chce zginąć śmiercią lotnika bez spadochronu. Po upadku z dwudziestego piątego piętra nie zostałaby ze mnie nawet mokra ścierka, co najwyżej rysunek, jaki dziewczynki gryzmolą kredą podczas gry w klasy.

– Grzeczny człowiek. – Krasnolud wyszczerzył swoje trójkątne, rekinie zęby dostosowane rozmiarem do postury, to znaczy wielgachne, zdolne chyba przegryźć puszkę whiskasa. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął stamtąd zwój cienkiej czarnej linki. Łaskawie spytał, do czego chcę być przywiązany, a kiedy zaproponowałem, że siądę sobie na wygodnej kanapie pod ścianą z oknem balkonowym, skinął głową.

– Jak wy to mówicie? Klient nasz pan? – rzucił. I związał mnie tak, że przypominałem szynkę kanapkową albo kanapkę szynkową, albo sam już nie wiem co. Było to dosyć niewygodne, lecz bałem się protestować. Gdzieś w mojej głowie tkwiła rada specjalistów od terroryzmu, żeby nigdy nie kłócić się z napastnikiem, za to łagodnym uśmiechem zdobywać ich sympatię i proponować jedzenie z dużą ilością cukru.

Turgil odłożył na bok topór i przyniósł do pokoju swoją skrzynkę. Poświstując przez zęby, przyjrzał się jej uważnie. Westchnął, potrząsnął warkoczykami i zgrzytnął pazurami po wieku. Zaklął. Wstał, popatrzył na park oblany słonecznym blaskiem, wreszcie przeniósł wzrok na mnie i uśmiechnął się ponuro.

– Znowu będą narzekać, że się powgniatało… A czy to moja wina, że blacha słaba? – mruknął pod nosem. – Ładną mamy jesień, nieprawdaż? – spytał nagle. I kopnął skrzynię z takim rozmachem, że weszła w warp 9. Z niewiarygodnym hukiem wylądowała na przeciwległej ścianie, cudem tylko nie trafiając w nowiuteńki płaski ekran, za który pół roku temu dałem osiem patyków.

Grzechot rozsypujących się narzędzi zagłuszył mój jęk.

W krasnoluda tymczasem wstąpiło nowe życie. Energicznym krokiem podszedł do sprzętu, po czym zaczął w nim gmerać. Na moich oczach powstawało coś podobnego do działa, ręcznej rusznicy oraz dziesięciu trzyczęściowych rakiet z bulwiastymi naroślami na szczycie.

Na Tysiąclecia ludzi zwykło się zabijać przy pomocy pięści, kija bejsbolowego albo noża. Nadzwyczaj sprytni wariaci potrafili zdobyć dynamit. Ale coś, co wyglądało na panzerfaust!??? Bez przesady!!!

Do cholery, co robił w moim mieszkaniu ten krasnolud-bandyta szukający elfów? Toż to chore! Chore i smagnięte pazurzastą ręką diabła!!!

W moje myśli nieoczekiwanie wdarł się dźwięk dzwonka u drzwi. Normalny, tradycyjny dźwięk, który jednak zabrzmiał absurdalnie. Spróbujcie to sobie wyobrazić: ukochana czeka za drzwiami, a tu jakiś drań montuje na balkonie coś przypominającego stanowisko ckm dodatkowo wzmocnione kilkoma panzerfaustami. Mogło to wyglądać na okropny sen. Ale przecież wiedziałem, że nie śpię!

Turgil tygrysim susem, całkowicie zaprzeczającym poglądowi, że kawał mięcha nie może nagle podskoczyć, znalazł się przy mnie.

– Kto? – syknął, wbijając mi twarde paluchy w grdykę. Jego sina twarz poczerwieniała. Dopiero z bliska pojąłem, że to, co brałem za pryszcze, jest w istocie wszczepami podskórnymi.

– Wgrhrgrrrr… – próbowałem odpowiedzieć.

Nagle uścisk palców zelżał. Turgil niemal bezszelestnie pobiegł do przedpokoju. Szarpnąłem się, zapominając o lince, kanapa skrzeknęła rozdzierająco… Krasnolud natychmiast wrócił, błyskawicznie mnie rozwiązał i pchnął w stronę drzwi.

– Otwierasz i nic nie robisz, jasne? – syknął do ucha.

Na wypadek, gdybym miał inne zdanie, wbił mi palec pod żebro. Uznałem, że nie potrzebuję dodatkowych otworów w ciele, więc grzecznie powędrowałem z nim do przedpokoju. Tu krasnolud stanął tak, żeby go zasłoniło otwierane skrzydło drzwi, i dał znak. Szczęknąłem zamkiem, uchyliłem drzwi…

Wiecie, jak to jest w filmach i powieściach. Bohater mruga okiem albo szepcze niedosłyszalnie dla terrorysty, ostrzegając ukochaną. Ta ucieka, a nasz dzielny Johny czy inny Harry jest masakrowany przez piętnaście minut albo stron. Wreszcie wypluwa kilka zębów, dowala terroryście, odnajduje ukochaną. A sprawę wszelkich protez czy przeszczepów załatwia już po napisach końcowych.

Nie zrobiłem nic.

Wyglądała bosko w swoim ciemnopomarańczowym kostiumie. Byłaby niczym słodka mandarynka, gdyby nie jej bojowa natura. Potrafiła być czuła, namiętna i delikatna (ach ten język, którym operowała z finezją, o jakiej mógłby pomarzyć niejeden neurochirurg). A kiedy się wkurzyła, równie dobrze wychodziły jej starty w kategorii K-1, czyli „Jak trzema słowami zmusić przeciwnika do wyskoczenia oknem”.

Teraz zdecydowanym krokiem weszła do kotła założonego w moim mieszkaniu przez Turgila.

– Pomocnika sobie znalazłeś? – rzuciła ironicznie w moją stronę, równocześnie taksując krasnoluda ostrym spojrzeniem. – A może wstąpiłeś do bractwa rycerskiego?

Dlaczego dopiero wtedy wróciła mi mowa? Ale tak to jest na tym przeklętym świecie: dźgnij konia ostrogą, a choć nie ma siły, poleci do przodu nie jak porządny koń, tylko durny osioł.

– To jest porwanie! – wydusiłem. – Mamy kłopoty, Eli…

Ciężka łapa Turgila spadła mi na ramię i wgniotła w podłogę.

– Jakie tam porwanie, panienko – mruknął krasnolud tonem, który mnie całkowicie zaskoczył. – Zwykłe stanowisko ogniowe sobie montuję…

Szarmanckie zachowanie Olganssona nie wywarło na Elizce najmniejszego wrażenia.

– A ja jestem ni pies, ni wydra, ni kokota – odparła głosem, jakiego chirurg używa, kiedy ma tępy skalpel. Odwróciła się ku drzwiom, żeby odejść.

Uścisk łapy Turgila na moim ramieniu natychmiast zelżał.

– Już mi tu! – wrzasnął krasnolud tak, że wszystkie meble w przedpokoju podskoczyły, a lustro brzęknęło ostrzegawczo. – Do środka, ale już! Bo w mordę dam!

Tej mrocznej istocie udało się to, co mnie nigdy dotąd: Elizka zadrżała, jakoś tak zwiotczała w sobie i posłusznie odstąpiła od drzwi.

– No! – powiedział z zadowoleniem Turgil Olgansonn, krasnolud, cham i prostak w jednej osobie. – Wracamy do roboty, bo czas goni.

Spojrzeniem wskazał nam pokój. Posłusznie weszliśmy do środka. Eliza patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczyma, w których malowało się przerażenie.

Nagle bransoleta na przedramieniu krasnoluda zaświergoliła niby głodne pisklę domagające się od rodziców uwagi oraz robaka. Turgil zgrzytnął zębami, zerknął, czy nie próbujemy mu uciec, potem przeniósł wzrok na swój – jak się domyśliłem – komunikator.

– Już tu są, legolasy pierdolone – mruknął po chwili z obrzydzeniem. – Za szybko im poszło.

Zaczął coś skrobać pazurami, jakby pisał. Znów zaświergoliło, krasnolud westchnął ciężko, wyskrobał coś w odpowiedzi, po czym potoczył wzrokiem, trafiając na mnie i Elizę wciąż niepewnie stojących pośrodku pokoju.

– Ludzie – burknął z niechęcią – kto was wymyślił, taką partaninę?

Gorączkowo rozejrzał się po pokoju, wyraźnie czegoś szukając.

– Siad – wskazał nam kanapę. I dalej się rozglądał. – Gdzie masz pilota? – burknął wreszcie.

A więc sam nie umiał znaleźć urządzonka, bez którego płaszczak za osiem patyków był równie przydatny jak zepsuta czapka-niewidka! Uśmiechnąłbym się triumfalnie, gdybym tak bardzo się nie bał.

– Tutaj. – Wskazałem spojrzeniem krasnoludowi czarny wazon w kształcie smukłego kielicha lilii stojący na parapecie. Pilot wylądował w jego wnętrzu po wczorajszym telefonie od Elizy. Na czymś musiałem wyładować złość i padło na urządzonko. Nie wiedziałem nawet, czy przetrwało celny, podbudowany wściekłością rzut.

Wielkolud sięgnął do środka. Jednak jego łapa uwięzła w przewężeniu wazonu. Turgil warknął z irytacją, uniósł go i mocno potrząsnął. A kiedy zagrzechotało, bezceremonialnie trzasnął wazonem o parapet. Spośród skorup wydobył pilota.

Chwilę przyglądał mu się w zadumie. Cóż, takie narzędzie to nie lada wyzwanie dla stwora, którego najmniejszy palec przypominał kafar do wbijania betonowych pali w dno rzeki. Pilocik był zgrabny, mały, prawdziwe japońskie cacko – takie haiku do zappingu.

Wreszcie Turgil z wahaniem coś nacisnął. Telewizor zareagował bolesnym skrzeknięciem.

„Zabił go sukinkot!” – pomyślałem.

Być może jednak płaszczak obawiał się tego samego co ja, to znaczy wyprowadzenia na spacer przez balkon. Po kilku dalszych kaszlnięciach postanowił iść na kolaborację z krasnoludem.

I to na jaką kolaborację! Na czterdziestocalowym ekranie zobaczyłem półnagą rudowłosą piękność. Przeciągnęła się miękko i kusząco, jakby płaszczak pokazywał to, co ma najlepszego do zaoferowania.

Turgil z wyraźnym żalem zmienił kanał. Programy przelatywały jeden za drugim, aż znalazł TVN 24.

Ekran podzielony był na dwie nierówne części. Na mniejszej poczerwieniała ze strachu redaktor Pochanke próbowała rozmawiać z jakimś bladym analitykiem wojskowym. Ten ze względu na posturę i wyraz twarzy przypominał mi bardziej Igora z „Młodego Frankensteina” Mela Booksa niż kompetentnego specjalistę.

Gdyby Turgil trenował obsługiwanie elektroniki zamiast prężenia bicepsów, pewnie mielibyśmy nawet fonię i wiedzielibyśmy, dlaczego nasi dostają w tyłek. Bowiem na drugiej części ekranu, zapewne kręcona z odległej kamery zamontowanej na helikopterze, trwała regularna jatka. Przypominała trochę ilustrację, którą pamiętałem jeszcze ze szkoły, a przedstawiającą szarżę polskiej kawalerii na hitlerowskie czołgi we wrześniu 1939. Rzecz jasna, tamten obrazek rozmijał się z prawdą historyczną, niemniej robił odpowiednie wrażenie. Podobne do tego, jakie teraz wywierała na mnie ta transmisja telewizyjna. Wojsko, w tym transportery opancerzone, cofało się pod naporem kilkunastu dziwacznych pojazdów o nieregularnej, miękkiej linii masek, przypominających trochę liście wierzby. W pobliżu tych niezwykłych maszyn uwijały się wysokie postacie w szarozielonych panterkach, strzelając dokoła niebieskimi płomieniami. Po niebie śmigały dwa stworzenia, w których rozpoznałem smoki!

W przerażeniu stwierdziłem, że nasze wozy bojowe co i rusz wylatują w powietrze, podczas kiedy polski ostrzał zdawał się nie wywierać żadnego efektu na agresorach.

– Sukinkoty! – burknął z niezadowoleniem krasnolud, potwierdzając moje przypuszczenie. – Jak zwykle włączyli magiczne tarcze, bo po co walczyć honorowo z ludzikami, no po co?

Resztka naszych sił wycofywała się w nieładzie…

A w zielonych oczach mojej ukochanej Elizy ujrzałem iskierki, które już kiedyś widziałem. Oboje rozumieliśmy, że to nie jeden szalony porywacz, tylko coś znacznie większego, groźniejszego i niezrozumiałego.

Nagle moja słodka pomarańczka zaczęła rozpaczliwie piszczeć. Po jej twarzy pociekły łzy. Maska groźnej myszy bojowej opadła, ujawniło się to bezbronne stworzenie nieradzące sobie ze stresem. Próbowałem ją wziąć w ramiona i utulić (to zwykle pomagało), ale odsunęła się pod okno balkonowe, jak najdalej ode mnie i tego potwora.

Turgil po raz kolejny odsłonił swą obrzydliwą krasnoludzką naturę. Skrzywił się, złapał za poduszkę i skoczył ku mojej dziewczynie. Zatrzymał rękę z jaśkiem pół metra od jej twarzy.

– To jest wojna, kobieto! – warknął. – Rzeź i rąbanka bez sentymentów. Zamknij się albo…

Eliza natychmiast zamilkła, tylko jej oczy stały się jeszcze większe jak na japońskich kreskówkach. Turgil zaś odrzucił poduszkę i sięgnął po swoją linkę. Wskazał nam kanapę, po czym oboje zostaliśmy związani. Końce linki umocował do drzwi balkonowych z jednej strony, do drzwi wejściowych z drugiej. Znaleźliśmy się niczym pośrodku pajęczej sieci.

– Idę montować gniazdo – rzucił, znikając w przedpokoju. – A wy siedzieć cicho i grzecznie, bo jak nie, wrócę i krzywdę zrobię.

* * *

„Raz kozie śmierć, trzy razy kiełbasa” – niezupełnie z sensem powiadała moja babcia. To znaczy do tej pory wydawało mi się to pozbawione logiki. Odkąd Turgil stanął w moich drzwiach, a gdzieś tam ziejące ogniem elfy i towarzyszące im smoki kasowały polskie bewupy, trochę zwątpiłem w logikę formalną oraz inne racjonalne argumenty. No bo jak miałem nadal wierzyć, że smoków nie ma, a mleka z lodówki nie wypijają skacowane skrzaty?

Krótko mówiąc, pomyślałem, że skoro mamy zginąć, to sobie wcześniej z Elizką ułożę stosunki. To znaczy przynajmniej się pogodzimy. Pojednamy. O „spacerze po polach elizejskich” mogłem zapomnieć, chyba żeby… ale i tak sznurki przeszkadzały, a nie miałem osprzętu jak humbaki długiego na metr czy dwa i giętkiego jak u pewnego Centaurianina.

Postanowiłem najpierw zmiękczyć Elizę, korzystając z jej roztrzęsienia. Później pogadam z Turgilem jak facet z facetem. My łowcy, te sprawy…

Siedziałem częściowo odwrócony plecami do Elizy i z rozkoszą wdychałem powietrze. Jezu, jak ona słodko pachniała! Delikatne perfumy połączone z naturalnym mlecznym zapachem jej skóry jak zwykle mnie oszołomiły.

Wykręciłem szyję, żeby ją pocałować. Było to zajęcie godne człowieka-gumy, ale nawet mglista i odległa perspektywa spaceru po polach sami-wiecie-jakich sprawiła, że moje członki stały się bardziej elastyczne.

Kiedy cmoknąłem ją poniżej ucha, tuż za linią włosów, nieoczekiwanie kopnęła mnie ze złością w kolano, a jej łokieć wylądował na moich żebrach. To niestety też znałem. Gdy wychodziła ze stresu, gryzła z podwójną siłą. Atakowała na oślep, jakby musiała wyładować adrenalinę.

– Przestań! – syknęła. – To koniec, nie rozumiesz?

Uśmiechnąłem się smętnie.

– Wiem, zaraz umrzemy – odparłem. – Pogódźmy się przynajmniej…

Nagle, akurat kiedy Eliza otwierała usta, żeby mi odpowiedzieć, w pokoju obok coś wybuchło. Eksplozja była tak silna, że zakołysał się cały budynek.

W trzy sekundy później za ścianą zatrzeszczało, po mieszkaniu rozszedł się gryzący dym, a zaraz potem usłyszałem jakieś głosy. Po chwili do pokoju zajrzał Turgil, a za nim wkroczyła grupa podobnie brodatych krasnoludów dźwigających skrzynie ze sprzętem.

Mnie zignorowali. Za to na Elizę popatrzyli ze zdumieniem.

– Nyrrrghe dai henn – rzucił jeden z nich, robiąc krok w stronę naszej kanapy.

Olgansson syknął. Takiej miny krasnoluda jeszcze nie widziałem. W oczach jego ziomków, w których sekundę temu błyszczała chyba myśl o gwałcie zbiorowym, nagle zagościł strach. Przepychając się, klnąc i wściekle kopiąc ściany, zniknęli w korytarzu.

Turgil pokręcił głową. Później zlustrował nas zimnym wzrokiem.

W mieszkaniach po sąsiedzku rozległy się krzyki i łomoty. Na twarz krasnoluda wypłynął uśmiech przypominający minę krokodyla, który zaprasza cielaka gnu: „Pójdź dziecię, ja cię uczyć będę”.

– Dobra, pora wrócić do roboty – mruknął. – Przyjemności później.

Eliza zbladła. Ja przygryzłem wargę. Przemknęła mi szalona myśl, że gdzieś pod kanapą powinien leżeć zgubiony nóż do obierania owoców. Gdyby poszukać… wymacać… wyciągnąć… Przeciąć nim sznury… albo lepiej wbić go Turgilowi w samo serce!

Nie zdążyliśmy zrobić nic. Nagle niebo nad parkiem pojaśniało i dobiegły stamtąd eksplozje. Odległe, głuche gromy towarzyszące jaskrawym błyskom widocznym nawet w świetle dnia.

– Uch! No to mamy ich na karku – jęknął nerwowo Turgil, rzucając się ku swojej broni na balkonie. W dzikim pośpiechu dokonywał ostatnich poprawek.

Usłyszałem jęk Elizy. Też bym chętnie jęknął, ale ugryzłem się w język, a potem było za późno. Posadami budynku coś wstrząsnęło, rozległ się rumor i wrzaski, a jakiś pocisk poleciał w stronę parku.

Daleko po drugiej stronie ulicy znad lasu niby rakieta mknął ku nam smok. Jego paszcza buchała dymem oraz strumieniami jaskrawopomarańczowego ognia. Do karku stwora przytulił się ledwie widoczny elf w swoim charakterystycznym stroju.

Turgil zaklął. Oparł na ramieniu jedną z wyrzutni rakiet i odpalił ją z hukiem. Mimo że stanął twardo jak muł, odrzut spowodował, że krasnolud zderzył się z balkonową ścianą jak mały fiacik z tirem albo samolotem lądującym na autostradzie. Normalnego człowieka to by zabiło, on jednak wydawał się tylko lekko oszołomiony. Przemknęła mi przez głowę myśl, że skoro mają technikę pozwalającą na skoki pomiędzy światami, mogliby sobie pozwolić na rakiety bezodrzutowe. No chyba że uważają je za niemęskie…

Niczym zahipnotyzowany patrzyłem, jak smok i rakieta lecą ku sobie. Strumienie ognia chyba oślepiły stwora albo gad po prostu tak miał, że reagował z opóźnieniem. Kiedy zaczął skręcać, nic to już nie dało. Rozległ się wybuch, potem przerażający wrzask rannego smoka. Elf spadł z karku zwierzęcia i koziołkując, runął na wiatę przystanku tramwajowego. Osunął się na betonową wysepkę, gdzie zamarł bez ruchu.

Tymczasem smok skręcił nad park. W jego boku ziała okropna rana, z której ściekała żółta posoka. Bydlę, machając ciężko skrzydłami, próbowało uciec – wybrało jednak zły kierunek. Zamiast znaleźć sobie jakąś aleję pośród drzew i zniknąć nam z oczu, wpadło na koronę Stadionu Śląskiego. To był wysiłek ponad możliwości rannego smoka. Wzniósł się kilka metrów ponad budowlę, ale nie zdołał jej pokonać i ze strasznym łomotem uderzył w krzesełka na szczycie stadionu.

Przemknęła mi przez głowę absurdalna myśl, że odtąd stadion powinien się nazywać nie Śląskim, tylko Smoczym.

Turgil chwycił działko i otworzył ogień do elfa, który i tak leżał nieruchomo. Jednak kule z krasnoludzkiej broni sprawiły, że zaczął podrygiwać niczym marionetka.

Wreszcie Olgansson przestał strzelać, skupionym spojrzeniem zlustrował horyzont, odetchnął z ulgą. Spojrzał na nas, szczerząc zęby.

– No i po fruwajcu. A wiecie, ile są warte jego łuski?

Milczałem wciąż w stanie szoku.

– Jak już skończymy, to sobie pozbieracie. Sam zobaczysz. – Mrugnął do mnie, wyjął z buta nóż i zaczął na swojej rusznicy karbować długą krechę. Na jego pryszczatej twarzy odmalowała się rozkosz.

– Co skończycie? – spytałem, nie do końca rozumiejąc słowa krasnoluda. Wciąż próbowałem zmieścić w głowie to, co przed chwile zobaczyłem.

Nóż zawisł w powietrzu.

– No, wojnę skończymy, głupku – leniwie wymruczał Turgil. – A co sobie pomyślałeś?

– Nie wygląda, żeby po wojnie został ktoś, kto by mógł prowadzić handel – odparłem sceptycznie, wciąż mając w pamięci lanie sprawiane naszym żołnierzom.

Krasnolud westchnął ciężko.

– Przecież to nie jest wojna z wami – wyjaśnił. – To jest wojna pomiędzy elfami a nami, krasnoludami. Tylko po co niszczyć Erren, naszą ziemię? To się umówiliśmy z tymi cholernymi elfami, że wojnę stoczymy gdzie indziej, skoro nie możemy się dogadać, kto ma rządzić. – Tu popatrzył na mnie w zadumie. – No i padło na was. Taki los.

„No tak – zadumałem się – takie pechowe miejsce. Jak nie zabór, to demokracja ludowa. A jak przeżyliśmy wstąpienie do Unii, to teraz poprawi i wyprostuje nas wojna elfio-krasnoludzka. A potem jakiś meteoryt uderzy w sam środek, najpewniej w okolice Łodzi, żeby dobić te nędzne resztki narodu, które przetrwają… O Jezu, Jezu najsłodszy, Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie…”

Nagle gdzieś na piętrze niżej gwizdnęło, wizgnęło, aż całe mieszkanie się zatrzęsło. Nie, żebym zbladł – skoro już odzyskałem kolory po strąceniu smoka, banalny wybuch nie robił na mnie większego wrażenia.

– No i jakieś mięso się przypaliło… – z zadowoleniem mruknął Turgil.

– Elfy? – podsunąłem domyślnie.

Krasnolud popatrzył na mnie z politowaniem.

– Elfy nie takie głupie, żeby wleźć na byle minę. Pewno któryś z sąsiadów z twojego piętra próbował uciec albo ktoś z dołu chciał pożyczyć szklankę mąki… – Olgansson roześmiał się charkotliwie. – Cały blok obstawiony pułapkami, żeby nikt nam tu nie wszedł… ani nie wyszedł. – Popatrzył na mnie groźnie.

Przerwał, bo jego bransoleta znów coś zagadała. Z uwagą spojrzał na wyświetlacz.

– O, jest wsparcie! – ucieszył się hałaśliwie. – Noooooo, wreszcie dobierzemy się ostrouchym do dupy!

Nie miałem pojęcia, co dokładnie Turgil ma na myśli. Zanim jednak zdążyłem przemyśleć słowa krasnoluda, do mieszkania z impetem wpadł jeden z jego podwładnych. Wyszczekał z tysiąc słów i pięćset mruknięć, w odpowiedzi dostał od Olganssona jedną krótką komendę i zaraz wyparzył na korytarz, jakby sam Lucyper przystawił pochodnię do jego rudych warkoczy.

Gdzieś w dali narastało dziwne brzęczenie.

Nic nie rozumiałem z krasnoludzkich rozmów, wobec tego przyglądałem się niemej relacji w telewizji, bo płaszczak wciąż pluł jedynie obrazami. Na przedmieściach Warszawy elfy w swoich wozach i na smokach niemiłosiernie kroiły tyłki naszym wojskom oraz toczyły krwawą, regularną, wyrównaną bitwę z siłami krasnoludów.

Wtem ekran bez ostrzeżenia poczerniał.

– Zepsuł się – mruknąłem z rezygnacją do Elizki, która na przemian śledziła relację i wodziła spojrzeniem za Turgilem. – Teraz to już niczego się nie dowiemy…

Wielkolud usłyszał mój szept i prychnął z ironią.

– E tam! Pewnie nasi zdetonowali bombę M i wszystkie elfy razem ze smokami oraz pozostałą gadziną na ich usługach poszły do piachu. Fakt, że z całym waszym miastem… to stolica była, nie? – Z udawanym współczuciem pokiwał głową. – Zbudujecie sobie nową, ładniejszą.

Usłyszałem, jak Elizka głośno wciąga powietrze. Pokłóciliśmy się między innymi o wyjazd do Warszawy. Ona uważała, że pracę za dobre pieniądze można znaleźć tylko tam. Ja nie chciałem się nigdzie ruszać.

Nagle brzęczenie, dotąd ledwie słyszalne, urosło do natężenia wiertarki dwa piętra niżej. A krasnolud… podskoczył z radością i wypadł na balkon. Spojrzałem w tamtą stronę…

Widzieliście kiedyś szerszenia? Choć wydaje się ciężki niby królik po przejściu przez pole kapusty, w rzeczywistości jest bardziej sprawny od pszczoły, a walczy zacieklej niż osa.

I właśnie taki owad nadlatywał znad parku w stronę naszych wysokościowców. Miał z osiem–dziesięć metrów długości i odpowiednią do tego powierzchnię skrzydeł. W miejscu, gdzie cienka głowa z wielkimi fasetami oczu łączy się z odwłokiem, było siedzisko zajęte przez krasnoluda w zbroi. Przelatując z wielkim brzęczeniem, pilot pomachał nam ręką. Turgil krzyknął coś gromkim głosem, po czym wrócił do pokoju.

– No to wygrana musi być nasza – rzucił triumfalnie.

Siedziałem w milczeniu przytłoczony tym, co działo się wokół. Za to Elizka nieoczekiwanie postanowiła zabrać głos.

– A czy te… te złe elfy też mają takie bomby? – spytała drżącym głosem. – Mogą zniszczyć miasto?

Turgil z dziwną powagą skinął głową. Przez jego twarz przemknął cień zaniepokojenia, jakby dziewczyna przypomniała mu o czymś bardzo nieprzyjemnym.

– A pewno, że mają. Siły są równe, właśnie dlatego nie chcemy walczyć w Erren, za dużo byłoby zniszczeń. Lepiej zmierzyć się na cudzej ziemi, a kiedy ktoś uzna się za pokonanego, wrócić do siebie. My do jaskiń, oni do ogrodów, a trupy do wspólnego dołu. – Zaśmiał się grubiańsko. – Bo elf i krasnolud to jedna rodzina, chociaż nie na wojnie… i najlepiej z dala od siebie.

Przerwał i nagle zaczął się nerwowo drapać. Musiał to być jego własny desantowy przychówek – ja nie miałem żadnych własnych pcheł w domu.

– To te paski od zbroi. – Głos Elizy tchnął życzliwością. – Źle związane. Mogę poprawić?…

Normalnie wbiło mnie w kanapę. Skonsternowany Turgil wsadził paluchy pomiędzy zbroję a materiał, poskrobał nieporadnie i westchnął.

– Mnie będzie łatwiej. – Wygięta w swojej uprzęży Eliza sięgnęła dolnych pasków krasnoludzkiego osprzętu.

Olgansson przybliżył się, oparł o kanapę, a że paluszki mojej dziewczyny umiały wiele, supły zostały szybko rozwiązane, zaś bieg pasków wytyczony właściwie.

Turgil chrząknął, a na jego twarz wypłynął całkiem niekrasnoludzki rumieniec.

– No, teraz naprawdę lepiej. – Życzliwym spojrzeniem obdarzył Elizkę. – Co to jednak znaczy kobieca ręka… nawet ludzka…

W moją dziewczynę jakby wstąpiło nowe życie. Znów czuła się komuś potrzebna i doceniana jak bohaterska sanitariuszka w powstaniu.

Wtedy Olgansson z wahaniem sięgnął po swój nóż, którym chwilę wcześniej rzezał kreskę oznaczającą ubitego smoka. Eliza zbladła. On jednak tylko przeciął linkę, pociągnął dziewczynę za rękę, chwycił mocno i przeniósł ponad oparciem kanapy. Troskliwie postawił ją obok siebie.

Natychmiast przeciągnęła się jak kociak. Przygryzłem wargę, ale ból wcale mnie nie otrzeźwił. Kiedy Turgil, uśmiechając się zwycięsko, objął moją dziewczynę wpół i przyciągnął do siebie, a ona nie zaprotestowała, pomyślałem, że pora umierać.

Krasnolud potoczył dokoła triumfalnym spojrzeniem. Chyba wiele wyczytał w moich oczach, bo wykrzywił gębę w jeszcze szerszym uśmiechu.

– Jak chcesz, możesz próbować zejść na dół – rzekł łaskawie, bawiąc się włosami Elizki.

Pewnie bym tak zrobił, bo cóż właściwie miałem do stracenia? Wstałem z kanapy, ale nim zdołałem coś powiedzieć albo wyjść z mieszkania, wszystko uległo nagłej zmianie. Turgil odepchnął dziewczynę na bok i rzucił się do broni. A ja do okna, bo ciekawość zwyciężyła strach mdlący w żołądku.

Horyzont pociemniał. Trzy smoki nadlatywały jako zasłona ogniowa. Czwarty, ledwie widoczny, ciągnął za sobą coś na kształt latawca. Wyskakiwały z niego małe postacie ze spadochronami, białymi kropkami plamiąc błękit nieba i zieleń lasu.

Elfy przeprowadzały desant na strategicznie położone osiedle Tysiąclecia.

Teraz dopiero pojąłem, co Turgil miał na myśli, mówiąc o wsparciu. Kilka gigantycznych szerszeni pofrunęło w stronę smoków. Zwierzęta natychmiast zwarły się w morderczej walce. Na owadach ogień nie robił jednak najmniejszego wrażenia. Usiłowały złapać smocze skrzydła szczękami albo wbić żądło w cielsko. Potwory krążyły wokół siebie jak oszalałe, wypełniając powietrze szumem i nieznośnym brzęczeniem.

Jedna z par walczyła z takim zapamiętaniem, że nie zauważyła przeszkody – z potwornym impetem wbiła się w wieżowiec stojący najbliżej ulicy. Smoczy ogień natychmiast coś podpalił, wokół rozeszły się kłęby burego dymu. Któryś z krasnoludów wystrzelił w smoka rakietę, żeby go dobić. Nie trafił, pocisk wybuchł poniżej zwierząt, wywalając wielką dziurę w budowli. Ta – urok wielkiej płyty – zaczęła się sypać jak uderzona wielką pałką.

Elfy strzelały z ziemi, krasnoludy Turgila ze swoich stanowisk na szczycie mojego wieżowca. Pociski krzyżowały się w powietrzu, okrzyki mieszały, co chwila ktoś umierał. W jednym z mieszkań na naszym piętrze wybuchł pożar…

W tym chaosie nie dało się śledzić przebiegu bitwy. To były już osobne pojedynki, tory pocisków, zdarzenia. Stałem przy oknie i patrzyłem na swoje osiedle niszczone w wojnie jakichś niesamowitych stworzeń z innego świata. Miałem poczucie nierealności, choć wszystkie zmysły utrzymywały, że wszystko to dzieje się naprawdę.

I nagle smoki z elfami zaczęły uciekać – tylko jeden z ogniowładnych nie zdołał. Trafiony ostatnią rakietą Turgila upadł w poprzek drogi szybkiego ruchu.

– Jeszcze jeden cholerny jaszczur do piachu! – wrzasnął rozradowany krasnolud. – Bliżej historii, dalej do nieba, tara di dam!

Zafascynowany patrzyłem, jak smok kręci się w kółko. Z jego paszczy dobiegał ni to bolesny jęk, ni to pisk. Na ziemi nie wyglądał jak majestatyczne, groźne stworzenie, raczej jak skulony niemowlak broniący się przed okrutnym światem. Ścisnęło mi gardło. Czułem się bardzo podobnie.

Olgansson gestem przywołał Elizę.

– Chodź, kochanie, trzeba go dobić. – Wyszczerzył zęby.

Dziewczyna niepewnie, chyłkiem wsunęła się na balkon. Gruboskórny krasnolud zapewne nie zwrócił uwagi na to co ja: że podeszła do niego z pewnym wstrętem.

Choć teraz myślę, że kto wie, może się pomyliłem, oszukiwałem samego siebie? Może jej mina świadczyła bardziej o fascynacji – pomieszanej z obrzydzeniem, ale jednak fascynacji?

Turgil wbił w rusznicę nowy magazynek i podał broń Elizie. Chwyciła ją, oparła o balustradę i bez zwłoki zaczęła strzelać.

– Ładnie, kochanie. – Olgansson pogłaskał ją po głowie, równocześnie zatrzymując dziki ostrzał okolicznych budynków. – Prawie żeś gadzinie ogon upierdzieliła. Ale żeby nie marnować amunicji, musisz używać celownika. – Położył wielgachną łapę na drobnej dłoni dziewczyny i poprowadził ją do celnego strzału.

Bang! Z głowy smoka wystrzeliła fontanna krwi, po chwili opadła niby zwiędnięty kwiat. Zwierzę zdechło, nim pomiędzy budynkami przebrzmiało echo strzału.

Nagle do mieszkania wpadło ze sześciu krasnoludów. Zawołali Turgila, zaczęli się z nim obejmować, klepać po plecach.

Wreszcie Olgansson ochłonął. Popatrzył na pobojowisko, po czym rozesłał swoich towarzyszy na stanowiska. A sam, nie krępując się moją obecnością, miłośnie popatrzył na Elizkę, która nie była już moją dziewczyną. Chwycił ją za ramię i delikatnie jak na krasnoluda wskazał jeden z pokoi w głębi mieszkania. Sypialnię.

– Aha! – Sięgnął po linkę. Za nadgarstek przywiązał mnie do balustrady, żebym mógł sobie kontemplować pobojowisko.

I tyle wyszło z jego łaskawości. Przed chwilą proponował mi ucieczkę. Ale gdy nie skorzystałem z szansy, drugiej mi już nie dał – choć pewno zrobił to nieświadomie, tak po prostu, po krasnoludzku, odruchowo.

Spojrzałem na swoje osiedle. Widok smoków, elfów, szerszeni wkomponowanych w zgliszcza budynków, dymiących, osmolonych, zrujnowanych jak wieżowiec naprzeciwko, z którego ruin wciąż uciekali ludzie, budził grozę.

Piękną stanowiliśmy dekorację dla ustalania, kto ma rządzić w Erren – elfy czy krasnoludy.

Piękną, psia jego mać!

* * *

Kiedy po kwadransie Turgil wrócił do pokoju, wydawał się rozanielony. Za nim nieśmiało weszła Elizka w samej spódnicy i bluzce, bez góry kostiumu. Wydawała się napełniona światłem. Promieniała, po jej twarzy błądził uśmiech, jaki można dostrzec tylko u zakochanych.

Olgansson miękkim gestem rozwichrzył jej włosy.

– Już ja zadbam, żeby w wojennej pieśni znalazło się miejsce dla Krwawej Elizy, co to smokowi ogon odstrzeliła – mruknął.

No i nie wytrzymałem. Po prostu nie zniosłem tego ciężaru. To było zbyt wiele jak na jednego człowieka.

– Rujnujecie nasze domy, bo się wam wojnę zachciało toczyć?! – wrzasnąłem, szarpiąc linkę tak mocno, że balustrada zajęczała wysokim tonem.

Było mi wszystko jedno. Ukradł mi Elizę, rozwalił dom, nie pozwolił uciec, to co mi pozostało?

– Niech na was zaraza spadnie, przeklęte stwory!!!

Krasnolud wyszedł na balkon i oparł obie dłonie na balustradzie, powstrzymując jej dygot. Usmolone, podrapane, w każdej chwili mogły mi skręcić kark.

– Wojna jest ważna, bo jakoś dogadać się trzeba. Ale pieśni są najważniejsze – rzekł, patrząc na mnie ciężkim, nieruchomym wzrokiem. – Myślisz, że lud uczy się wiedzy z ksiąg? Że jak jakiś stary piernik w okularach coś napisze, to elfy albo ludzie to zrozumieją? I zapamiętają? Nieee… – Zaśmiał się nieoczekiwanie, łagodniejąc. – Jak bard zaśpiewa, że bitwa zacna, gruzów kupa, a nasi wygrali, bo im bogowie sprzyjali, to co innego. Tym bardziej, że nie będzie jak sprawdzić… A elfy pewno będą mówić, że był remis. I też wyjdą na swoje.

Nagle przerwał i bystrym okiem zaczął lustrować ulicę w dole. Widoczny niesmak wykrzywił mu gębę.

– Kochanie, ten elf się jeszcze rusza – mruknął. Wyciągnął rusznicę w stronę Elizki.

Moja mała słodka dziewczynka skinęła głową i odsłoniła zęby w drapieżnym uśmiechu. Podeszła do nas, chwyciła fuzję, warknęła:

– Yeah! – I zaczęła strzelać z pasją, z jaką najwięksi nałogowi gracze komputerowi rozwalają przeróżne monstra.

Po kilku minutach Turgil delikatnie wyjął jej broń z ręki. Elf został zabity z dziesięć razy i nie było sensu zabijać go po raz jedenasty. Krasnolud przyciągnął Elizkę do siebie, pocałował mocno. Westchnął chrapliwie jak roznamiętniony łoś.

Nagle spoważniał. Popatrzył na mnie. Już przestałem się miotać i z rezygnacją śledziłem bieg zdarzeń.

– Wiesz co? Dalej chyba poradzimy sobie bez twojego udziału… – rzekł do mnie z okrutnym uśmiechem.

Dwoma szybkimi ruchami odwiązał linkę. Wierzgnąłem rozpaczliwie, ale bez trudu uniósł mnie do góry i… strącił w przepaść dwudziestu pięciu pięter.

– Pa, pa, kochanie – żegnał mnie głos mojej byłej dziewczyny. – Baw się miło…

Zawsze myślałem, że zginę w wypadku samochodowym. Gdy Turgil wpadł do mojego mieszkania, łudziłem się, że jeśli zginę, to jako bohaterski zakładnik złego terrorysty albo jak ci pasażerowie, którzy woleli rozbić swój samolot, niż pozwolić Al-Kaidzie zdemolować Biały Dom.

Tymczasem zginę, bo zły krasnolud zabiegł mi drogę.

Nie, po co te kłamstwa w ostatnich chwilach życia? Umrę, bo chadzanie po słodkich polach elizejskich okazało się bieganiem po gęsto obsianym polu minowym.

Mamo! Ten film przed oczyma za szybko się kończ…!

2005

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *