Opowiadania

Romuald Pawlak
Armia ślepców

 

 

Rozdział 1

 

17 sierpnia, czwartek

Nic mi się nie udawało. Zupełnie jakby ktoś rzucił na mnie urok albo sam Najwyższy postanowił nauczyć mnie pokory.

Obudziłem się zmęczony, w przeciwieństwie do Ireny, która powitała mnie rześkim uśmiechem. Wstałem lewą nogą – i tylko po to, aby zahaczyć prawą ręką o framugę i nabić sobie na łokciu siniaka, który za parę godzin zapewne jeszcze urośnie.

Z codziennej próby ćwiczenia metafor i porównań w czasie zmagań z zarostem zrodziły się jedynie przekleństwa brzmiące jak ryki osła. Albo zepsuty klakson. W ostateczności jak bluzgi lektykarza potraktowanego batem.

Wreszcie, spoglądając na swoje zaparowane odbicie w lustrze, westchnąłem ciężko. Może lepiej zostać pstrym komediantem? Zjeść mydło, które chwilę wcześniej odłożyłem na brzeg umywalki, i puszczać bańki nosem?

Moje przekleństwa musiały dotrzeć do Ireny. Przyszła za mną do łazienki, wsparła się o framugę niby nagi rudowłosy anioł stróż, który – zmęczony pomaganiem jakiemuś nieszczęśnikowi – musi złapać chwilkę oddechu. Z ulgą odwróciłem wzrok w jej stronę, odwodząc spojrzenie od lustra, które za nic nie chciało przyznać, że jestem piękny. A tym bardziej pokazać tego wariantu przyszłości, w którym moja kariera urzędnika w karaskowskim magistracie rozwija się dynamicznie niby letnia burza.

– Będzie dobrze – uspokajającym tonem powiedziała Irena. Jednak w jej oczach dostrzegłem cień niepokoju. Na ile ją znałem, zastanawiała się, czy nie dopadła mnie depresja wieku średniego.

Pokonując promieniujący ból w łokciu, odłożyłem na bok maszynkę. Wystawiłem w stronę przeklętego lustra podbródek, sprawdzając, czy wyglądam na dostatecznie cywilizowanego, aby udawać statecznego urzędnika w średnim wieku. Chociaż wcale się nim nie czułem.

Tak naprawdę w coraz bardziej dojmujący sposób czułem się nikim. Człowiekiem zaplątanym w rzeczywistość, której nie znosi.

– Dobrze to już było, Iruś. – Sięgnałem po ręcznik i zacząłem się wycierać. – Choćby tego dnia, kiedy Krzysiek rozwalił mi rękę, przewracając na mnie huśtawkę.

Na twarzy Ireny błysnął uśmiech. Chyba z tysiąc razy słyszała tę historię, niby dramatyczną, paradoksalnie jednak pozytywną w skutkach. Wyjaśniała ona, dlaczego moim przyjacielem został taki mruk i ponurak jak Rastawiecki i pozostaje nim nadal, pomimo że zamiast na ludzi, czyli na porządnego humanistę, wyszedł – o zgrozo! – na wykwalifikowanego informatyka.

Nie miałem wątpliwości: właśnie tamto zdarzenie ze szkolnych czasów dało początek naszej przyjaźni. Najpierw była groza, kiedy walczyliśmy z Krzyśkiem o jedyną wolną od dziewczynek huśtawkę, a następnie mój wściekły rywal szarpnął ją z taką energią, że runęła na mnie, cudem nie zabijając. Potem było wycie z bólu i szloch, gdy przedszkolanka ciągnęła mnie do lekarki, a za nią niby przestraszone kaczątka podążała reszta dzieci.

Ale później… no własnie o to później chodzi. Kiedy już lekarka opatrzyła rozcięcie na dłoni, zapłakany Krzysiek w ramach przeprosin przyniósł mi to, co miał najcenniejszego: zawiniętą w przetłuszczony papier kanapkę z prawdziwą szynką. Rzecz w tamtych ponurych, kartkowych, peerelowskich czasach niezwykłą. A we mnie wezbrała nagła dziecięca wspaniałomyślność – taka, którą traci się w wieku dorosłym wypłukaną przez interesowność, cynizm albo zgorzknienie – i zjedliśmy ją wspólnie, na przemian odgryzając po kawałku.

Tamtego dnia nic się nie chciało normalnie skończyć, wszystko dopiero się zaczynało. Popołudniem na podwórku zawarliśmy przymierze. Ukradzionym ojcu scyzorykiem mój przyjaciel rozciął swoją dłoń, ja zdarłem strupek ze swojej i… Nadal, po tylu latach bawiło mnie, że już ssąc ranki, zastanawialiśmy się, czy nie iść do pielęgniarki, bo bardzo nas bolały te dowody wiecznego braterstwa.

Jednak nie poszliśmy. A Krzysiek przez te wszystkie lata nigdy nie zniknął mi z horyzontu. Nawet wtedy, gdy nasze życie biegło obok siebie i nie widywaliśmy się miesiącami, wciąż wiedziałem, że mogę na niego liczyć. I on na mnie.

– Będzie dobrze – powtórzyła moja żona, wyrywając mnie z zamyślenia. Przytuliła się mocno. Poczułem jej zapach, nie ten maskowany kosmetykami, tylko prawdziwy zapach kobiety po spokojnie spędzonej nocy.

Z trudem stłumiłem w sobie falę podniecenia. Irena dobrze wiedziała, jak mnie wyprowadzić ze złego nastroju. Nie trzeba było się kochać, wystarczyło skupić na tym myśli. Inna sprawa, że to koncentrowanie mojej uwagi na rzeczach miłych kończyło się czasem w zaskakujący sposób. Mocno zbulwersowaliśmy kiedyś jedną z sąsiadek, która przyszła z listem pomyłkowo wsadzonym przez listonosza do jej skrzynki i zastała nas kochających się w przedpokoju.

Snując leniwie wspomnienia, opuściłem łazienkę odprowadzany spojrzeniem Ireny. Ubierając się, włączyłem radio.

– „…głowa Amadeusza G. leżała osobno. Sprawca tej okropnej zbrodni sprofanował ciało, wyłupując ofierze oczy oraz obcinając język. Środkowy palec lewej dłoni zamordowanego wsunął mu w odbyt. Ekspertyza sądowa określi, czy stało się to, kiedy Amadeusz G. jeszcze żył, czy też okaleczenia nastąpiły już po śmierci. Możemy jednak powiedzieć, że to wstrząsające wydarzenie nie pozostanie bez echa i…”

Wyłączyłem radio. G. rok wcześniej został wyniesiony przez logotetę Wrocławia do rangi honorowego obywatela miasta, co wiązało się z przywilejem niepłacenia podatków. Moim skromnym zdaniem musiał mieć wielu wrogów. Ma ich każdy człowiek o jego pozycji, chyba że jest aniołem. Cóż zatem dziwnego, że w końcu któryś z konkurentów stracił cierpliwość lub poczuł się zagrożony. A parasol ochronny choćby i wysoko postawionego urzędnika Wiecznego Bizancjum nie wystarczy, kiedy wiatr podwiewa z boku. Bizantyńczycy wciąż mieli w Polsce sporo wrogów. No i nieraz słyszałem, że choć na zewnątrz trzymają się razem, to pomiędzy sobą toczą ostre walki. G. mógł podpaść którejś ze stron, bo zapewne nie była to zwykła zbrodnia. Jej okrucieństwo wydało mi się zbyt manifestacyjne, aby było tylko śladem zwichrowanej psychiki jakiegoś początkującego seryjnego mordercy.

– Idę – mruknąłem do lekko pobladłej Ireny.

Wziąłem teczkę i ruszyłem wypełniać swoje obowiązki wobec Cesarstwa.

* * *

Nie jest łatwo zostać sczyszczonym i nie popaść w głęboką depresję.

Wielki Logoteta przeprowadzał reformy w prowincji Polska niespiesznie, za to konsekwentnie – jak to w ogromnym imperium bywa. Czas miał mniejsze znaczenie niż skuteczność. Pazury zmian przeorały najpierw administrację dawnego województwa śląskiego, obecnie zwanego temem Górny Śląsk, gdyż od niedawna obowiązywał nowy podział administracyjny. Aż wreszcie któregoś dnia reformy dotarły na sam dół, do naszego Karaskowa, które dotąd żyło sobie ani lepiej, ani gorzej niż za czasów PRL-u, a później demokracji.

Przedtem wydawało mi się, że ostatecznie ugrzązłem w urzędniczej koleinie na stanowisku referenta w wydziale ewidencji. W pierwszych latach po przejęciu nas przez Bizancjum nic się nie zmieniło. Aż naraz jednego dnia w naszym Ratuszu nastąpiły trzy „R” – rewolucja, redukcja i reorganizacja. Kilkanaście osób wyleciało z pracy, parę musiało się zadowolić połówkami etatów, ktoś dostał etat łączony z dwóch kawałków…

Mnie dotknął trzeci wariant zmian. Uchowałem się żywy, ale mocno poraniony. Z zacisza swego biurka w miłym kąciku przy oknie w pokoju numer 18 zostałem delegowany na niezwykle odpowiedzialny odcinek kserograficzny. Miałem odtąd powielać niezliczone ilości stron przy pomocy czteroprzyciskowej minolty. Czteroprzyciskowej dla mnie, rzecz jasna, bo w zasadzie tylko tyle potrzebowałem do wykonywania swej pracy. Wyrafinowanych i nigdy nieużywanych funkcji ta cholera miała całe multum.

Cela, która przypadła mi w ramach zmian, była pomieszczeniem dwa na dwa metry przerobionym z jakiegoś podręcznego składziku pozbawionego okna. Po wyłączeniu prądu w magistracie, co czasem się zdarzało, pokój przypominał w ciemny karcer.

I choć nigdy nie wiązałem specjalnie swej przyszłości z urzędniczym cechem, wciąż mając nadzieję, że jakieś obroty sfer niebieskich wyniosą mnie ku ciekawszemu życiu, to po tej zmianie poczułem się nie tylko zagrożony, ale i dotknięty w swej dumie.

W Ratuszu wylądowałem z poręki Grześka Hałasińskiego po paru wcześniejszych nieudanych próbach znalezienia sobie pracy w wymarzonym dziennikarstwie. Kilka opublikowanych opowiadań i artykułów nie zaimponowało żadnemu naczelnemu. A powieść historyczna wypuszczona w maleńkim wydawnictwie, o którym nikt nie słyszał, i która przeszła bez echa, również okazała się marnym argumentem w rozmowach o pracę. Wzbudzała jedynie udawane zainteresowanie, dopóki nie przestałem o niej opowiadać potencjalnym pracodawcom z nadmiernym entuzjazmem.

Zaś kariera birbanta oraz niebieskiego ptaka była dobra, dopóki nie poznałem Ireny. W pewnym momencie życia człowiek się zmienia. Niekoniecznie na lepsze, bo zaczyna sobie wyżej cenić spokój życia niż ryzykowne przygody i podmuchy wiatru pchające go w różne ciekawe strony.

Pogodzony z faktem, że będę trybikiem w maszynie, wziąłem się do nudnej urzędniczej roboty, której największą atrakcją było poprawianie bzdur w pismach, jakie seryjnie produkowali urzędnicy wyższego szczebla.

I tak nie wiadomo kiedy minęło sporo lat, podczas których ani nie wywołałem żadnego większego skandalu, ani też nie zrobiłem wielkiej dyrektorskiej kariery. Ot, byłem jedną z kilkuset tysięcy małych śrubek w machinie zwanej enigmatycznie administracją państwową. W zasadzie nie miało dla mnie znaczenia, czy pracuję dla Rzeczypospolitej Polskiej, czy dla Wiecznego Bizancjum. „Redagowanie cudzych pism zawsze będzie potrzebne” – myślałem.

A oni śmieli przesunąć mnie do kserografu?!

Snując te ponure rozmyślania, dotarłem do gmachu z grubą przesadą zwanego Ratuszem. Podobnie jak całe Karaskowo nie wyglądał imponująco. Był to zwykły, kilkupiętrowy blok pomalowany na żółto, od frontu mocno przeszklony, w środku duszny jak oddech nażartego wilka.

Cały dzień spędziłem na kserowaniu setek stron decyzji, aktów prawnych, obwieszczeń i całej reszty zwykłego urzędniczego śmiecia, która uzasadnia trzymanie tak wielkiej armii pracowników. Z trudem znalazłem czas na przejrzenie gazety.

Krótko przed piętnastą, kiedy powoli zbierałem się do wyjścia, do mojej celi zajrzał Hałasiński.

– Robisz coś? – spytał, czujnym spojrzeniem obrzucając pokój, jakby spodziewał się znaleźć jakąś kontrabandę.

Wzruszyłem ramionami. Mój pokój był tak ciasny, że samo pojawienie się w drzwiach drugiej osoby tworzyło tłok. Kontaktów z kontrabandą rzecz jasna unikałem. Bizantyńczycy nie byli w stanie zapobiec szmuglowaniu różnych rzeczy z Zachodu, ale przemytników ścigali z całą bezwzględnością. Na złapanych wykonywali nawet egzekucje publiczne. Krył się w tym pewien paradoks, bowiem niektóre zagraniczne towary sami kupowali, jak chociażby moją minoltę. Zawsze jednak były to zamówienia kontrolowane przez samego Wielkiego Logotetę, a ładunek przychodził do składów strzeżony przez silną eskortę.

– Na dziś to chyba koniec roboty.

I wtedy Grzesiek uśmiechnął się tajemniczo.

– Zajrzyj do mnie przed wyjściem. Jest sprawa.

* * *

Nie jest łatwo przyjaźnić się z kimś, kto jest twoim szefem. Chociaż teraz można było sobie pozwolić na więcej niż za demokracji, to jednak cesarscy szpiedzy dbali, żeby ani nadmierne łapówkarstwo, ani inne trudne sprawy nie hamowały biegu spraw, nepotyzm zaś nie przekraczał pewnych zwyczajowo ustalonych granic. Interes odlegle nam panującego Konstantyna XVIII Paleologa był najważniejszy.

Ja ryzykowałem niewiele, raptem posadę dodatku do minolty. Jednak Hałasiński, będąc dyrektorem wydziału, miał znacznie więcej do stracenia. Staraliśmy się więc nie przeholować z okazywaniem w pracy naszych kontaktów. Dlatego nie interweniował, kiedy mnie sczyszczono. A ja? Ja usiłowałem przekonać samego siebie, że nie powinienem mieć pretensji, bo przecież takie jest życie. Chociaż gdzieś tam, w najciemniejszych głębinach duszy jakaś mała zadra pozostała.

Podążając w stronę jego gabinetu na trzecim piętrze, zastanawiałem się, co sprawiło, że teraz Grzesiek na chwilę wyszedł z roli.

Usiadłem naprzeciw niego, z trudem powstrzymując pytania cisnące mi się na usta. On też, wygodnie usadowiony w swoim skórzanym fotelu, przypatrywał mi się z namysłem.

– Zgłosiłeś swoją kandydaturę do cechu pisarskiego, prawda? – rzucił naraz, kierując na mnie badawcze spojrzenie. Jego pociągła twarz okolona czarną brodą wyrażała zadumę. Znałem tę minę: w duchu analizował sytuację, kalkulował, co mu się bardziej opłaca, kogo zneutralizować, a kogo wykorzystać. Zawsze był graczem, nie to co ja.

Zaskoczony, że wie, skinąłem głową. Nikomu wcześniej o tym nie mówiłem, nawet Irenie się nie przyznałem do moich prób wejścia do korporacji. Być przedstawicielem konkretnego cechu, nie zaś wielkiej i nędznej kasty urzędniczej stojącej najniżej w hierarchii – ta myśl stała się moją obsesją.

Każdego dnia tysiące ludzi różnych zawodów, a także bezrobotnych składały podanie o przyjęcie do jakiegoś cechu, zwykle jednak nie przynosiło to żadnego efektu. Póki byłem zwykłym urzędnikiem, zrezygnowałem z ambicji. Gdy jednak przesunięto mnie do komórki z minoltą, postanowiłem walczyć. Wizja kolejnych dwudziestu lat na odcinku kserograficznym lub na podobnych posadach była straszniejsza od porażki wpisanej w ryzyko trudnych egzaminów.

– Sam wiesz, Grzesiek. Minolta to sroga i niełaskawa pani – skrzywiłem się cierpko.

Mój szef i przyjaciel odpowiedział chłodnym, wyważonym, uprzejmym uśmiechem. Podał mi wąską białą kopertę z godłem cechu pisarzy, dwoma piórami wystrzyżonymi w otwarte strony księgi i z dewizą: Słowo w służbie Władzy i Narodu.

– Do mojego wydziału przyszło pismo z prośbą o opinię – zawiesił na sekundę głos, trzymając mnie w niepewności. – Przyjęli twoje podanie. W poniedziałek o czternastej masz się stawić w Katowicach, w siedzibie cechu, na pierwszy etap kwalifikacji. Powodzenia, stary.

Wstałem z fotela, z zaskoczeniem spoglądając na Hałasińskiego. Nie spodziewałem się, że pisarska korporacja będzie rozpytywać o życie kandydatów.

– Grzesiek, przecież… przecież wiesz, jak jest… – mruknąłem, pokonując suchość gardła.

Wydawał się lekko rozbawiony sytuacją.

– Spoko, spoko marroko, Jurek. Przecież poparłem twój wniosek…

A w jego oczach widziałem to, czego bał się powiedzieć ze względu na podsłuchy: „Ja zresztą też próbuję dać susa wyżej”.

Bo przecież każdy z nas był niby żaba skacząca za muchą.

* * *

Ludzie zawsze chcą czegoś więcej, obojętnie jaki jest ustrój, kto rządzi czy ile mają pieniędzy. Za PRL-u marzyło się o bananach i kawie, o paszporcie, o wolności. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku owa wytęskniona wolność skoczyła nam na karki, szybko się okazało, że wyrobienie paszportu kosztuje, znacznej części ludzi nie jest on do niczego potrzebny, a co gorsza – wolnością nie nakarmisz głodnych dzieci. Nie zamienisz tego skądinąd dosyć przyjemnego stanu ducha na ani jeden marny bochenek chleba i kostkę smalcu.

Kiedy niemal siedem lat temu, dwudziestego drugiego października z podwarszawskiego Lasu Kabackiego wyłoniły się pierwsze oddziały wojsk Bizancjum, najpierw wszyscy pomyśleli, że to jacyś przebierańcy. Tymczasem zaledwie dwa dni wystarczyły, aby cesarskie oddziały pod wodzą stratega Artemiusza Fokasa opanowały Warszawę. Bizantyńczycy dysponowali lepszą bronią, korzystali z zaskoczenia i nie mieli skrupułów. Cień powstania warszawskiego i perspektywa przerażających strat sprawiły, że polscy żołnierze obawiali się walczyć na ulicach miasta. Zaś agresorzy nie widzieli problemu w zniszczeniu ćwierci Ursynowa razem ze stacjonującą tam jednostką.

Bizantyńczycy zaraz przystąpili do rozdzielania chleba i pieniędzy biednym, a stanowisk chętnym do uznania ich władzy. Po upadku Warszawy nastał chaos, stary rząd uciekł do Brukseli, kolejne województwa szybko kapitulowały. Pomoc NATO okazała się w dużym stopniu fikcją – owszem, na zachodniej granicy w pierwszych dniach stoczono parę bitew, ale wygrali je najeźdźcy, a reszta Europy nie chciała umierać za Warszawę. Może i dobrze, skoro Bizantyńczcy przynieśli nam tyle wartościowych rzeczy.

Nim więc nadeszła późna jesień tamtego przełomowego roku, większość społeczeństwa zdążyła szczerze pokochać Wieczne Cesarstwo z odlegle panującym nam Konstantynem, zaś mniejszość, która głośno przeciw temu protestowała, gdzieś zniknęła, wyparowała w tajemniczy sposób.

Szybko też okazało się, że właściwie z tego podboju dla Polski płyną same korzyści. To, co wcześniej było zakazane, jak kupowanie stanowisk czy łapówki dla załatwienia lub przyspieszenia jakiejś sprawy, naraz zyskało wymiar oficjalny, o ile od całej transakcji został odprowadzony podatek. Polacy – biedni, zagubieni, dotąd niepewni jutra – naraz zyskali twardy i jasny drogowskaz, a każde najdrobniejsze działanie znalazło się pod kontrolą.

Zmianie na lepsze uległa także nasza pozycja międzynarodowa. Dawne traktaty zostały wypowiedziane, wszystko było budowane od nowa w ramach wielkiej wizji obejmującej cały świat. Już nie byliśmy nieważnymi cząstkami NATO i Unii Europejskiej, lecz istotnym elementem wielkiej struktury Cesarstwa, rozciągniętego w czasie i przestrzeni.

Prowincja Polska dopiero przygotowywała się do zostania naprawdę cywilizowaną częścią Wiecznego Bizancjum. Wciąż była w budowie albo raczej w reorganizacji. Urzędnicy dopiero przystosowywali się do funkcjonowania w ramach tak wielkiej struktury, szukali swego miejsca. Stąd nowe cechy, konkursy na coraz niższe stanowiska, skoro te wysokie i atrakcyjne zostały już obsadzone. Władza schodziła coraz niżej, zaczynała się z troską przyglądać każdemu obywatelowi.

W jednym z takich konkursów upatrywałem swej szansy na wyjście z bagna.

Jak wspominałem, jeszcze przed objęciem nas troskliwą opieką przez Wieczne Cesarstwo zdążyłem porzucić marzenia o zostaniu wielkim, sławnym pisarzem czy dziennikarzem. Odkąd zaś wojska bizantyńskie opanowały Polskę i kraj zerwał z Zachodem, dawne plany napisania głośnej powieści stały się tylko śmiesznymi mrzonkami. Nasza prowincja niby dziewicza ziemia oczekująca osadników zaczęła chłonąć wzory promieniujące z Bizancjum.

Beletrystyka ucierpiała najbardziej. Literatura popularna całkowicie straciła na znaczeniu wyparta przez gatunki albo dotąd nieobecne, albo pogardzane, jak kroniki historyczne czy literatura metafizyczna. Broniły się jeszcze muzyka i film, bowiem Bizantyńczycy woleli nie odbierać ludziom wszelkich starych rozrywek z dnia na dzień. Produkcji z Zachodu ubywało jednak z każdym rokiem.

Aby publikować cokolwiek, należało należeć do cechu mającego swe filie w stolicy każdego temu. Mój górnośląski oddział przeprowadzał właśnie nowy nabór członków. Gdybym przeszedł kwalifikacyjne sito i znalazł się na pozycji pisarza-praktykanta, zapewne miałbym szansę zostać kronikarzem karaskowskiej społeczności. Nigdy dotąd kogoś takiego nie posiadała, ale zdaniem logotety Katowic nadeszła najwyższa pora, aby to zmienić. Podobnie wyglądała sytuacja w wielu innych miasteczkach temu, dotąd uważanych za niestotne.

Cesarstwo sięgało coraz głębiej w nasze życie. I trzeba to było opisać.

* * *

Poniedziałek jawił się niczym odległa wyspa za mgłą. Mimo to ciężar odpowiedzialności i strach zaczęły mnie przygniatać od chwili, kiedy wyszedłem z gabinetu Grześka.

W domu natychmiast o wszystkim opowiedziałem Irenie. Dla niej to również była szansa. Gdybym się załapał na praktyki, żona oficjalnego kronikarza z Karaskowa Dolnego nie mogłaby przecież dalej pozostawać zwykłą ekspedientką w supermarkecie, rozbieganą pomiędzy magazynem, półkami a kasą, prawda? Rozsądne minimum to kierowniczka sklepu. Niekoniecznie w Karaskowie. Miejskich kronikarzy wciąż brakowało, stąd te konkursy. Może los rzuciłby nas gdzieś na skraj temu, do miasta odległego o dziesiątki kilometrów? Nie protestowałbym wcale. Znałem takie bizantyńskie powiedzenie: „Lepsza kariera na wygnaniu niż nędza pod własnym płotem”.

Irena nie była jednak specjalnie zaskoczona moją skrywaną tajemnicą.

– Byłam ciekawa, kiedy się złamiesz – przyznała. – Minolta ci dojadła, co?

Skinąłem głową.

– Minolta, przecież wiesz. I świadomość, że jak nie teraz, to już nigdy.

– Zatem teraz – stwierdziła. – Nie masz wyjścia.

W pewnym sensie te jej słowa okazały się prorocze. Ale wtedy tego, rzecz jasna, tego nie wiedziałem, bo i skąd?

* * *

Jedną z charakterystycznych dla Bizancjum, nieznanych w Polsce cech, które pojawiły się dopiero wraz z uzyskaniem statusu prowincji Wiecznego Cesarstwa, była cnota powtarzalności. Nauka na dziełach już stworzonych i uznanych za dobre – zamiast wymyślania za każdym razem czegoś nowego, oryginalnego, naznaczonego indywidualnym piętnem autora.

Lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku oraz pierwsze lata naszego stulecia przyniosły Polsce wielotysięczną armię reformatorów w każdej dziedzinie. I niemal żaden z tych odnowicieli nie zdołał wdrożyć swych genialnych pomysłów w życie, przez co panował nieustający chaos. Wielki Logoteta w pół roku uporządkował sytuację, tnąc rozpoczęte eksperymenty i narzucając rozwiązania sprawdzone w Wiecznym Bizancjum. A że przy okazji oznaczało to parę zmian – trudno. Wszystko dla dobra Konstantyna XVIII i jego poddanych.

Rozumiałem, że jeżeli chcę zostać kronikarzem, powinienem poznać dorobek swych poprzedników, czyli właściwe, godne naśladowania wzory. Miałem na półce sporo takiej makulatury, zarówno warszawskich kronikarzy w rodzaju Kwirynieckiego, jak i regionalnych, czasem tak słabych, że naprawdę uważałem się za lepszego od nich. No ale ja mogłem tak oceniać ich twórczość w bezpiecznym zaciszu swego gabinetu, tymczasem oni należeli już do cechu, brali pieniądze i opływali w splendory na miarę swych stanowisk.

Męczyłem więc tę literaturę, czasem przeklinając na czym świat stoi, bo choć kronika powinna opowiadać o życiu miasta czy jego ludzi (chyba że została poświęcona jednej osobie, jak to uczynił Kwiryniecki, opisując każdy krok naszego ukochanego Wielkiego Logotety, Arkadiusza Argyrosa), to jednak niemal wszyscy kronikarze eksponowali przede wszystkim siebie, swoją rolę w zdarzeniach i decyzjach innych. Można by wręcz pomyśleć, że bez tych kronikarzy świat nie mógłby istnieć, a sprawy toczyć się swoim biegiem…

„I bądź człowieku mądry, czy to z trudem tolerowana wada tych kronik – pomstowałem w duchu, energicznie przerzucając kartki – czy raczej niezbędna doza personifikacji, taka ludzka słabość, bez której prawdziwa kronika nie może się obejść?”

 

20 sierpnia, niedziela

Położyłem się wcześniej, żeby rano mieć świeży umysł. Jednak nie potrafiłem zmrużyć oka i w nocy długo przewracałem się na łóżku. Wreszcie obudzona po raz kolejny z płytkiej drzemki Irena sennym głosem poprosiła, żebym sobie zrobił herbatę miętową i poczytał w gabinecie, a jej pozwolił spać. Nakryła się po czubek głowy, przekręciła na drugi bok i po chwili znów usłyszałem tylko jej cichy, rozkosznie głęboki oddech.

Zamiast mięty zrobiłem sobie kawę. Później po cichutku wróciłem do sypialni. Usiadłem w fotelu obok łóżka i w ciemnościach rozjaśnianych tylko słabym blaskiem ulicznej latarni, które sącząło się przez niedomknięte żaluzje, patrzyłem na śpiącą Irenę. Kiedy poszedłem do kuchni, zrzuciła z pleców nakrycie. Mogłem teraz podziwiać jej szczupłe ciało wygięte w łagodny łuk, z jedną ręką za plecami, drugą podłożoną pod głowę.

Wcześniej wiele razy podczas takich jak ta bezsennych nocy w myślach próbowałem opisać ten widok. Zawsze brakowało mi odpowiednich słów. To, co powodowało uśmiech na twarzy i przyjemny dreszcz w piersi, na papierze zamieniało się w serię wyświechtanych banałów.

A może nie sposób tego opisać? Może to było coś, co wymagało życia, nie papieru?

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *