Związek do remontu – fragment.

 Romuald Pawlak

Związek do remontu

 

 Ściągnij fragment!

 

Rozdział 1

Czerwona flaga. Krew. Śmierć. Takie miałem skojarzenia, patrząc na bijący czerwienią po oczach monitor z napisem Przepraszamy, bankomat nieczynny.

Stałem jak kretyn przed bankomatem, wciśnięty w wąską budkę. Przeklinałem serwis, bank i w ogóle światowy spisek bankierów, który w tej chwili wydawał mi się gorszy niż jakaś loża masońska czy lokalne Bractwo Kier – usłyszałem o nim niedawno przy okazji upadku znanego sklepu audio-wideo w naszej galerii handlowej.

Jakim cudem w bankomacie może zabraknąć pieniędzy? Czy to możliwe, żeby się popsuł?! Nie po to płacę ciężkie pieniądze za kartę, żeby obracać ją teraz w palcach jak bezużyteczny wykorzystany bilet autobusowy.

– Pan wybierasz pieniążki czy tylko zażywasz świeżego powietrza? – rozległo się nagle za moimi plecami.

Zacisnąłem zęby. Już plansza w bankomacie, krwista jak majtki Marysi Daneckiej z czwartego piętra, tegorocznej maturzystki, wprawiła mnie w odpowiednio zły nastrój. Dogadywanie faceta, który stał za mną, przelało czarę goryczy. Cofnąłem się, zmuszając dowcipnisia do wejścia w kałużę, bo po deszczu lej w asfalcie wypełnił się wodą. Kolejki ludzi stojących tu w drodze po swoją krwawicę oraz aut parkujących na chodniku przed bankomatem utworzyły depresję głęboką na pięć centymetrów.

I wtedy zdałem sobie sprawę, że mężczyzna nie mógł ze swojego miejsca widzieć, że bankomat jest zwyczajnie uszkodzony. Zrobiło mi się głupio.

– Popsuł się, cholernik – burknąłem, mierząc nieznajomego nieprzyjaznym spojrzeniem.

– A to inna sprawa, pardon. – Tamten zrobił współczującą minę.

W skórzanej kurtce wyglądał jak jakiś szemrany biznesmen, a złoty kieł w górnej szczęce przywodził na myśl Korowiowa z Mistrza i Małgorzaty. Tylko że pomocnicy Wolanda nie działali w małych mieścinach, woleli metropolie, takie jak Moskwa czy Warszawa. Może i na szczęście. Nam zostawiali drobne ciemne interesy, a sami zajmowali się wielkimi przekrętami.

W każdym razie minąłem go, odsłaniając drogę do wnętrza, żeby sam się mógł przekonać. Oczywiście, facet wszedł do środka. Po chwili dobiegło mnie stamtąd soczyste przekleństwo.

– Własnej krwawicy nie można wybrać – warknął, wyskakując na ulicę. – Znów nas okradają!

– Ano, okradają – przytaknąłem ponuro. – Jak zawsze.

„Iśka mnie zabije – pomyślałem. – Tyle wydatków, a tu taki pasztet”.

Złotousty odszedł w swoją stronę, a ja wciąż przedeptywałem z nogi na nogę niby zepsuta zabawka. Byłem już zmęczony, nie chciało mi się jechać z powrotem do miasta, przebijać przez korki w poszukiwaniu czynnego bankomatu. Mieszkanie na przedmieściach ma swoje zalety, ale czasem człowiek niespodziewanie doświadcza objawienia, iż odludzie to nie tylko względna cisza i spokój, lecz także brak kontaktu z cywilizacją właśnie wtedy, kiedy najchętniej by się skorzystało z jej wygód.

„Ale – dumałem, patrząc na budkę bankomatu – jak przyjdę do domu i nie złożę ofiary na miseczce, Iśka pomyśli, że robię jej na złość. Tak źle i tak niedobrze”.

Na dodatek łapała mnie grypa. Czułem to już w nocy. Zazwyczaj kiedy miało przyjść przeziębienie lub grypsko, to zanim chwyciło mnie na dobre, potrafiłem przeleżeć parę godzin bez snu albo pogrążony w płytkiej, niewiele dającej drzemce, po której czułem się jeszcze gorzej, niżbym przesiedział noc przy kawie, oglądając telewizję czy słuchając muzyki. Pewno jakiś klient mnie zaraził, a teraz się rozwijało.

„Nie – uznałem w końcu – jutro też jest dzień. – Ruszyłem więc w stronę domu, po drodze wstąpiłem jeszcze do spożywczego po dwa piwa. – Przygotuję sobie grzańca, może rozgrzeje stare kości, wypędzi grypę”.

Wreszcie, wydmuchując w powietrze obłoczki pary, znak, że robiło się zimno, dotarłem na miejsce.

Mieszkaliśmy z Iśką na parterze starej czteropiętrowej kamienicy. Cały kwartał przedmieścia wyrósł z takich właśnie kamienic, kiedyś prywatnych, czynszówek albo zajętych przez wielkie kilkupokoleniowe rodziny. Teraz, po przejęciu większości domów przez spółdzielnię i kilka wspólnot, były to normalne mieszkania lokatorskie albo własnościowe, tyle że o nieco lepszym standardzie niż te w blokach. Ładniejsze balkony, wyższe pokoje, mniej sąsiadów.

Okna naszego salonu wychodziły na uliczkę nie tak całkiem cichą i spokojną, jakbym chciał. Za to sypialnia, gabinet i kuchnia miały świetne położenie: za ich szybami rozpościerał się widok na niewielki dziki ogród, powstały z kilku dawnych działek pracowniczych, połączonych w całość po upadku wytyczających je drewnianych ogrodzeń, oraz zarośniętego placu pomiędzy domami. Nikt o ten kawałek zieleni nie dbał, natura sama wszystko wyregulowała.

Zszedłem z chodnika i ruszyłem wzdłuż ściany. Forpoczty tego dzikiego zakątka w postaci krzewów i wysokiej trawy wysunęły się aż tu, docierając niemal do chodnika. Miło deptać prawdziwą trawę zamiast połamanych płyt betonowych czy śliskich kamiennych kostek w centrum miasta. To znaczy nie dziś, bo na początku marca ogród przypominał raczej obrany do kości szkielet, same pnie i cienkie gałęzie, a trawy ledwie gdzieniegdzie zaznaczyły swoją obecność zielonymi kiełkami. Ale za parę miesięcy zamieni się w raj dla oka. Maliny, teraz przykurczone jak stary człowiek przygięty do ziemi, wkrótce wypełzną z ogrodu, trzeba będzie przycinać co bardziej agresywne łapska pełne ostrych haczyków.

Ogród od każdej strony otaczały podobne do naszej, czteropiętrowe kamienice, dzięki czemu wyglądał jak bujny zielony dywan wyrastający spomiędzy klocków udających domy.

Byłoby to wspaniałe miejsce, gdyby nie dzieci.

W kamienicach wokół mieszkało ich o wiele za dużo, przecząc biadaniom, że mamy ujemny przyrost naturalny i za dwadzieścia lat nie będzie komu pracować. Stado małych krzykaczy doprowadzało mnie do szaleństwa. Miałem nadzieję, że ustatkują się chociaż w przyszłości i zamiast na bezrobocie pójdą pracować na moją emeryturę.

Co gorsza, kilka takich stworzeń, w różnym wieku, zasiedliło naszą kamienicę!

Kiedy wchodziłem na korytarz, właśnie jedno z nich wrzasnęło:

– Mama, Adrian zabrał mi misia!

Najwyraźniej Szukała, mieszkająca na drugim piętrze, zostawiła jak zawsze otwarte drzwi, a jej dzieci, hałaśliwy trzylatek i jego dziesięcioletni, tylko z pozoru cichy brat, postanowiły trochę się po bratersku poprzepychać.

Przeklęte smarkacze!

*

Ledwie zamknął za sobą drzwi, Iśka od razu zorientowała się, że jest zły. Nie wiedziała tylko dlaczego. Szef skrytykował jego pracę? Ktoś porysował samochód? Albo rozbił? A może tylko znów poczuł, że praca nie spełnia jego aspiracji, i pokazywał całemu światu, że nie o to mu w życiu chodziło? Czasem przenosił tę frustrację do domu, nie było więc to dla niej to nic nowego.

Rafał wydawał się spięty i jakiś taki zniechęcony. Poczekała, aż wejdzie do pokoju, odstawiła filiżankę z herbatą, odłożyła papiery, nad którymi siedziała, i poszła się przywitać.

Pocałował ją, ale nadal był nieobecny myślami. Odstawił teczkę, zaczął się rozbierać, ale wciąż widziała w jego zachowaniu jakąś zadrę.

Iśka nagle zaczęła się domyślać, w czym rzecz. Nie frustracja. O, nie…

Jednak Rafał ją uprzedził.

– Cholerny bankomat! – warknął, wieszając kurtkę na haczyku.

Poprawił ją, zrzucając ciemny płaszcz żony. Schylił się z gniewnym sykiem, podniósł i osadził na haczyku z takim impetem, jakby płaszcz mu się wyrywał.

– Zawsze pierwszego nie działa – stwierdziła, ni to żartując, ni to robiąc uszczypliwą uwagę.

W gruncie rzeczy chodziło jej o jedno i drugie.

Rafał spojrzał na nią wrogo, zdejmując buty.

– A co?

– No bo jak trzeba wyjąć pieniądze, to się psuje – mruknęła. – Taka przypadłość go dopada. Zupełnie jak kobiety co miesiąc.

Nawet nie wiedziała, jak bliska jest prawdy. Rafał, który wciąż miał przed oczyma tę cholerną czerwoną planszę alarmową w bankomacie, niemal się wściekł. Poszedł do kuchni i odchylił drzwiczki jednej z szafek.

– Raz czy dwa się zdarzyło. Ale przecież zostało nam parę groszy z poprzedniego miesiąca – zauważył. Nie musiał zgadywać, wiedział, ile tam jest, bo wychodząc, brał pieniądze na benzynę. – To co się tak sierdzisz, Iśka?

– Bo nie lubię takich sytuacji – odparła naburmuszonym tonem, stając w drzwiach kuchni.

Wzruszył ramionami. Babska logika. Powinien przestrzegać umowy, ale czy naprawdę dzień zwłoki robił różnicę, gdy wciąż mieli trochę grosza?

Umowa była ważna. Chcieli być nowoczesnym małżeństwem, więc kiedyś doszli do wniosku, że niech każde pozostanie przy swoim koncie, a na życie się składają. Miało to im dawać poczucie bezpieczeństwa, choć – jak pokazała historia – raczej generowało konflikty, niż im zapobiegało.

Nagle o nogi otarło mu się coś miękkiego. Miękkiego i miauczącego.

– Widzisz, Pampuch musi jeść codziennie – stwierdziła filozoficznie Iśka.

Tak jakby Rafał tego nie rozumiał.

Jeśli czegoś nie pojmował, to tego, dlaczego musi się kłócić z żoną, zamiast kochać się z nią albo chociaż wspólnie leżeć w łóżku. Przecież te drobne konflikty tylko psuły to, co jest pomiędzy nimi. Długo starał się ją zdobyć, bo wydawała się niedostępna. Kiedy rozmawiali o byciu razem, inaczej to wszystko wyglądało, życie naniosło swoje poprawki…

Popatrzył na kota. To miał być pers, ale ostatecznie Iśka zdecydowała się kupić od przyjaciółki dachowca. Rudego jak włosy Ani z Zielonego Wzgórza, ale ze sto razy gorszym charakterem.

– Jak można kupić dachowca? – zdumiał się wtedy Rafał. – Takiego bierze się z ulicy, jak bezdomnego.

– Jak chcesz, żeby miał robaki i pchły, to jasne – odparła Iśka, głaszcząc kulkę wtuloną w jej dłonie.

To był ten słodki czas, kiedy Pampuch nie wyrósł jeszcze na kota wielkości rysia i nie zachowywał się równie dziko, tylko wciąż pozostawał bezradnym kłębkiem futra, a nogi rozjeżdżały mu się na płytkach w przedpokoju jak pijanej baletnicy.

– Dobra, co mi tam, niech będzie porządny dachowiec – stwierdził, podchodząc i również głaszcząc kotka.

Jednak życie przyznało rację Rafałowi. Pampuch okazał się bolesnym ciosem dla reputacji Iśki. Chodziła z nim na smyczy (Rafał się zaparł i zapowiedział, że na sznurku kota prowadzać nie będzie), próbowała nauczyć bycia kotem wyłącznie domowym, ale wszystko na nic. W parę tygodni po zamieszkaniu z nimi zwiał. Cóż to była za tragedia… trwająca całą noc i pół następnego dnia. Sierściuch jednak wrócił. Okazało się, że chętnie będzie u nich pomieszkiwać, ale ogród też ma swoje prawa. I pokusy. Zwłaszcza te drugie.

– Ty się ciesz, że to nie kotka, boby ci co pół roku przynosiła małe – cierpko zauważył wtedy Rafał.

W każdym razie zadra w Iśce została, i kiedy tylko mogła, dawała to odczuć mężowi. Jak teraz. Aż jej chciał odpowiedzieć, że jak Pampuch taki głodny, to niech sobie coś złapie w ogrodzie.

– Dobra, ja też muszę coś zjeść. Dostanę na kredyt czy mam iść spać głodny? – spytał, przerywając tę nieprzyjemną wymianę zdań.

Niezadowolona Iśka pokręciła głową, ale zaczęła robić kolację.

*

Wieczorem w Iśkę wstąpił demon. Już tak miała: nastroje przychodziły i odchodziły nagle, jak niespodziewane fale. Rafał włączył telewizor, a ona… włączyła Rafała. Miała tajemny guzik, lepszy niż pilot w ręku mężczyzny. Pogłaskała go po plecach długim, przeciągłym ruchem, wodząc spiłowanymi paznokciami po odsłoniętej skórze.

Rafał, wciąż naburmuszony, reagował tak sobie, nic więc dziwnego, że w głowie Iśki nastąpiła kolejna zmiana.

– Aha – zaczęła – rozmawiałam z Fałeckim. Chcą zrobić remont. Trochę przystrzyc tę dzicz za oknem, założyć siatkę. Po to, by dzieci mogły się tam czuć bezpieczniej. A z boku urządzić plac zabaw, żeby nie musiały chodzić bawić się pod przedszkolem, bo to za daleko.

– Remont ogrodu? – zdumiał się, w myślach przeklinając Fałeckiego do czwartego pokolenia wstecz. Był szefem wspólnoty mieszkaniowej obejmującej tych kilka kamienic z wewnętrznym placem. – A po co on chce to ruszać? Problemów nie ma? Niech ściany w klatce odmaluje, farba zaczyna obłazić…

Iśka westchnęła i przekręciła się na plecy.

– Ogród dziki, wejść do środka strach, to w końcu kogoś ruszyło.

– Tak, w szpilkach nie da się wejść, żeby Pampucha szukać – odciął się zdenerwowany.

Iśka zdusiła odpowiedź w zębach i włączyła nocną lampkę. Sięgnęła po książkę. Naburmuszony Rafał patrzył tępo w ścianę. Remont, też coś!

Wtedy przypomniał sobie, że kupił piwo, bo bierze go grypa.

– Grzańca chcesz? – Widząc odmowne pokręcenie głową, nawet się ucieszył. Więcej będzie dla niego. – Grypa mnie chyba bierze – usprawiedliwił się, dostrzegając niezadowoloną minę żony.

Wrócił z kubkiem pachnącym piwem i przyprawą korzenną. Iśka wciąż czytała. Korzystała z faktu, że jak się pracuje w bibliotece, ma się dostęp do nowości, nawet tych jeszcze niewciągniętych do katalogu. Tylko trzeba je szybko zwrócić.

– Dobra, w nocy nikt nie będzie niczego remontować, idziemy spać – rzekł wreszcie, odstawiając kubek na stolik. – No, daj buziaka. – Przekręcił się na bok, po czym cmoknął ją w policzek, zostawiając zapach piwa.

Potem wyciągnął się wygodnie i zamknął oczy. Jutro znów kierat.

Iśka odłożyła książkę, bo litery i tak jej migały przed oczyma, nie układając się w słowa. Przytuliła się do niego i niemal natychmiast zasnęła.

*

Jednak nie mogłem zmrużyć oka. To ta grypa. Kiedy Iśka wreszcie zasnęła, poszedłem do gabinetu, wygrzebałem spomiędzy książek ukryte tam pudełko papierosów i zacząłem palić.

Nie chodzi o to, że nienawidziłem remontów, chociaż jako dziecko miałem ojca, który rozpoczynał następny remont, nim skończył poprzedni. Był budowlańcem z pasją, a dom służył mu do eksperymentów. Pierwsi w okolicy mieliśmy podwieszany sufit. Nawet trzy razy podwieszany, bo dwa razy spadł, zanim wreszcie tata zdołał przyczepić płyty w taki sposób, że się już na stałe trzymały.

Natomiast remont tego dzikiego ogrodu za oknem wydał się mi czymś strasznym. I to nie z powodu mojego wielkiego umiłowania zieleni. Lubiłem ten widok, a hałasów i kurzu miałem dosyć w salonie. A przede wszystkim w pracy, która przypominała handel na uczęszczanym targowisku.

Nie, przede wszystkim „remont” nie pasował mi jako słowo. Ale najbardziej chodziło o dzieci.

Nienawidziłem małolatów. I tak korzystały z ogrodu, ale przynajmniej nie te najmniejsze, które dziwnym zrządzeniem losu najbardziej krzyczą. Starsze, które rodzice puszczają same, prędzej by ten ogród podpaliły, niż zakrzyczały.

Lubiłem spokój. Zaszywałem się po pracy w gabinecie, niby to nadal pracując, ale w rzeczywistości czytając, serfując po sieci albo grając on-line.

Właściwie można by powiedzieć, że uciekałem – i to prawda.

Kiedy się wiązaliśmy, nie było mowy o dzieciach, żadne z nas ich nie chciało. Ja szukałem pracy, twardo konfrontując dawne marzenia z rzeczywistością, ona dopiero co dostała pracę w bibliotece i mając nadzieję na zajęcie tyleż dla niej satysfakcjonujące, co dające także nadzieję na awans, nie chciała robić takich planów. Ba, wtedy Iśka to był ktoś zupełnie inny niż ta osoba, którą teraz zostawiłem w sypialni! Ileż ja się musiałem nastarać, żeby ją zdobyć… i to pomimo że dostrzegłem w jej oczach zgodę. Wiedziałem, że ten tor przeszkód mogę pokonać… pod warunkiem że będę chciał to zrobić. Że nie zrażę się opowieściami o jej poprzednich chłopakach. O marzeniach, których spełnienie pozostawało poza zasięgiem, ale dawały jej możliwość wystawienia mnie na próbę. Czy wspólny wyjazd do Rzymu, najlepiej na stałe, to coś, co przełknę? Czy stały związek, ale mieszkanie osobno, żeby każde z nas miało czas na swoje pasje – to coś, na co się zgodzę?

Dopiero po kilku latach wszystko się zmieniło, a właściwie… zaczęło zmieniać, zrazu niedostrzegalnie. Entuzjazm Iśki, że zdobędzie szturmem swoją bibliotekę i stworzy tu coś na kształt Biblioteki Narodowej, znacznie opadł. Chyba zaczęliśmy wyrastać z typowych dla pewnego wieku marzeń i snów o podboju, za to pojawiły się potrzeby, które pierwotnie wykreśliliśmy. Hasło „Żadnych dzieci” obowiązywało przez pierwsze lata wspólnego mieszkania, ale widząc pojawianie się kolejnych dzieci w naszej kamienicy i dorastanie tych małych, Iśka zaczęła się łamać. Mnie nadal trudno było wykrzesać z siebie entuzjazm. Są ludzie, którzy nie przepadają za dziećmi, nawet cudzymi. A moja żona doskonale wiedziała o tym…

Odsuwaliśmy się od siebie coraz bardziej. Chyba zaczynała nas niszczyć rutyna. Podobno to zdarza się w każdym małżeństwie, ale jakoś nie czułem się lepiej, wiedząc, że psychologowie uznają te problemy za normalne.

Spojrzałem na ściany naszego gabinetu. Jakie to symboliczne… Na półkach wciąż pełno martwych kaset VHS i płyt DVD, dowodzących, że kiedyś Iśka pasjonowała się filmem, a włoskich reżyserów potrafiła wymienić pewnie ze stu. Czy teraz miała jakiekolwiek zainteresowania poza śledzeniem losów bohaterów kilku seriali i swoimi książkami?

A moje zdjęcia przedstawiające góry wykpiwała, mówiąc, że przecież od dawna jest ze mnie taternik-teoretyk. Niby racja, ale co pozostaje, kiedy człowiek pozbędzie się marzeń? A wiszący obok czekan? Użyłem go parę razy. Teraz tkwił na ścianie jak poroże jakiegoś martwego zwierzęcia… dowód dawnej, minionej świetności.

Za oknem coś nagle zaskrzeczało. Popatrzyłem na ogród. Był ciemny, dziki, ale wciąż śpiewały w nim ptaki.

Być może potrzebował „remontu”. Ale jeszcze bardziej potrzebował go nasz związek. Spoglądając w ciemność, tak właśnie to widziałem.

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *