Cabezano, król karłów

Romuald Pawlak

Cabezano, król karłów

Ściągnij fragment!

 

 

Rozdział 1

 

Najsekretniejszym marzeniem Cabezano było z każdym oddechem stawać się mniejszym, mniejszym, malutkim, tycim-tycim… aż od ziemi sięgnie ledwie książęcej cholewki, jak Multiplico, obecny faworyt Juana de Villegasa. Malec ten był jednym z niewielu pałacowych karłów, mających prawo sypiania w prywatnych komnatach ludzi.

Dziwne marzenie miał Cabezano, być może. Ale takie właśnie bywają pragnienia karłów.

Tymczasem miał lat dwadzieścia trzy, wzrostu cztery stopy i półtora cala. I żadnych perspektyw na polepszenie swego podłego losu. Drwin oraz szyderstw nie szczędzili mu zarówno ludzie, jak i karły. Był własnością Imogeny, damy do towarzystwa Anny Marii, nieszczęsnej córki księcia.

W innych okolicznościach przynależność do orszaku księżniczki oznaczałaby może nawet wysoką pozycję w hierarchii karłów. Lecz Anna Maria była kimś, kogo unikali nie tylko ludzie, nie tylko karły. Chyba nawet pałacowe szczury i muchy bały się jej spojrzenia. Cabezano posiadł więc ponurą pewność, że jeśli coś może się zmienić w jego życiu, to wyłącznie na gorsze.

Wysoki karzeł – toż to prawdziwa obelga, wybryk natury.

Siedząca obok niego na ławie Eleonora chrząknęła z niezadowoleniem. A widząc, że pochłonięty czarnymi myślami Cabezano nie reaguje, energicznie szturchnęła go w bok. Podskoczył, potrącając siedzącego z drugiej strony karła. Ten z niezadowoleniem syknął i spytał go, czy ma robaki w dupie.

Jakby nie dość, ofuknęła go jeszcze Eleonora:

- Nie myśl. Słuchaj! – Dodatkowo spiorunowała Cabezano spojrzeniem, bo była to karlica stanowcza i umiejąca dążyć do celu.

Posłusznie wrócił myślami do rzeczywistości. Przecież zebrali się, aby zawiązać spisek. Quemasino, trzystopowy, trochę nieproporcjonalny karzeł o twarzy chmurnej i ciężkiej, rysach zaś topornych, a przez to nieco przerażających, właśnie skończył płomienną przemowę. Dowodził, że to doña Bianca de Sesse stoi za obecnym zagrożeniem. A skoro tak, trzeba się jej pozbyć. Teraz rzucał dokoła groźne spojrzenia, szukając w twarzach karłów wsparcia lub sprzeciwu.

Jak zwykle, zebranie odbywało się w większej z dwu sal Karlego Dworu, zwanej biesiadną (mniejszą określano jako przedsionek). Quemasino, niby monarcha udzielający audiencji, siedział pod ścianą okrytą przedstawiającym bitwę pod Poitiers wielkim arrasem w mocno już spłowiałych, choć niegdyś krwistych barwach. Czasem karły nazywały go swoim królem, chociaż on bardzo tego nie lubił. Zajmował wysokie krzesło rzeźbione w węże, lwy i inne potwory, podczas kiedy reszta karłów tłoczyła się w głębi komnaty na ławach ustawionych wokół stołów.

Zebrały się niemal wszystkie. Brakowało ledwie kilku. Chorego Niquito, który dogorywał w komnatach dworskiego medyka. Ertiga, który ruszył ze swoją panią w podróż do Italii. Wüppera, który gardził karlą społecznością i wiecznie przesiadywał w swojej pracowni, a schodził jedynie, by posłuchać opowieści Amunito. Trizolda, który też unikał Karlego Dworu, choć z innych przyczyn. Wreszcie Sefira, którego obecności tutaj nikt nie pragnął. No i rzecz jasna, nie było wspomnianego na początku Multiplico, który jednak na nic by się nie przydał. Był tylko zabaweczką, sam książę albo służba nosili go na ramieniu, ewentualnie księżna brała na ręce. Multiplico umiał tylko piszczeć albo mruczeć jak kotek, kiedy się go drapie, ziewać rozkosznie, a kiedy książę postawił go obok swojej nogi, karzełek obłapiał go za nią i stał, kiwając się lekko. Do zawiązywania spisku nadawał się zatem równie dobrze, co skrzynia pełna porcelany. Takich jak on było zresztą wielu na dworze, tylko większość wyższa, a przez to nie tak słodka i zabawna.

Monarcha zgromadził sto dwadzieścia dwoje karląt, z czego na zebraniu znalazło się sto czternaścioro. Brakowało jeszcze trojga karłów z Norymbergi, które czuły się ludźmi. Nie urodziły się wcale karłami, a tylko ludzie tak długo wiązali ich wątłe ciała bandażami i polewali alkoholem, aby obsuszyć mięśnie, że teraz żadne z nich nie przekraczało trzech stóp wzrostu.

Quemasino wstał i majestatycznym krokiem podszedł do pierwszych rzędów, gdzie siedziały najważniejsze karły: bracia bliźniacy Hector i Castor Oyo, zawołany bajarz Amunito oraz stary i mądry Farkad, przyglądający się wystąpieniu zmrużonymi oczyma, jakby coś go raziło. Przywódca karłów stanął przed siedzącą nieco z boku, przy smukłym witrażowym oknie, Teresą de Sancar, która służyła podejrzewanej o szkodzenie karłom damie Biance de Sesse.

- Uważasz, że to ona? – Spytał, świdrując ją wzrokiem.

Karlica przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy, co z boku mogło wyglądać, jakby siłowali się na spojrzenia – on, kijowski mocarz, który nim trafił na dwór, jeździł z cyrkową trupą po ruskich ziemiach, popisując się rozrywaniem łańcuchów – i ona, harda, choć krucha karliczka rodem z Kartageny, siłą włączonej do Aragonii. Nie bała się go. Nie bała się żadnego spośród karłów, a i ludzi zapewne obawiała się niewielu. Jej twarz ściągnięta była w chmurnym grymasie, przecinającym czoło brzydką zmarszczką. W zielonych oczach można było dostrzec toń jeziora czekającego na topielca. Mierzyła się wzrokiem z Quemasino, zamiast odwrócić go ulegle ku ziemi, jak czyniły słabsze karły.

- Nie wiem. Wątpię, by właśnie ona stała za tym pomysłem – odparła wreszcie. A na jej twarz wypłynął cienki uśmieszek lekceważenia. – Wierzysz pałacowym plotkom, Quemasino, plotkom przemykającym korytarzami pałacu jak szczury. Nikt się do nich nie przyzna.

Quemasino minął ją w milczeniu. Wszedł pomiędzy ławy, przekroczył dwa szeregi, rozgarniając zaskoczone karły jak Mojżesz morze, by zrobić miejsce dla plemienia Izraelitów, co nawet zgadzało się z wystrojem wielkiej komnaty, w której dominowały czerwone i burosraczkowe kolory i odcienie. Wreszcie stanął przed przerażonym Cabezano. Mimo że ten był od Quemasino o głowę wyższy, samozwańczy przywódca karłów nic sobie z tego nie robił. Pewno zresztą zgniótłby Cabezano w garści, gdyby tylko zechciał, rozerwał w dłoniach jak najsłabsze ogniwo łańcucha.

- A ty jak uważasz, ludziku?

Cabezano odruchowo wstał, uciekł spojrzeniem w górę, ku sufitowi sali. Tam, ponad głowami, widniały freski do złudzenia przypominające te z Kaplicy Sykstyńskiej, opowiadające historię ludzkości. Twórca, niejaki Rufferio, tak jednak poszachrował perspektywą i proporcjami, że w wielu przypadkach nie było wiadomo, czy dana postać to człowiek czy karzeł. Chyba nawet pijany Michał Anioł umiał liczyć do sześciu i nie dał żadnej postaci więcej palców niż potrzeba. Gdzieniegdzie malowidło upstrzone było śladami po jedzeniu albo farba odprysnęła, bo karły bawiły się czasem, podrzucając ku sufitowi różne przedmioty.

- Jeśli jest, jak twierdzisz – zaczął ostrożnie Cabezano, oblizując nagle spierzchnięte wargi – jeśli ktoś, dama de Sesse albo ktoś inny chce pozbyć się nas z dworu, to mamy prawo się bronić. Każdy by miał.

Zadowolony Quemasino skinął głową, jakby te słowa niosły coś więcej ponad straszliwy banał i powtórzenie jego ostatnich zdań. Rozejrzał się po sali, ogarniając jej ogrom, wchłaniając w siebie światło świec i księżyca za oknem. Wreszcie jego spojrzenie spoczęło na twarzy Teresy, wciąż siedzącej nieruchomo pomimo zaczepki Quemasino.

- Oto jest mowa godna karła! – Wskazał palcem Cabezano, wciąż niespokojnie przestępującego z nogi na nogę. – Będziemy się zatem bronić.

Wrócił na środek, pod tron, chwilę pomilczał, wreszcie zaczął:

- Ty, Tereso, musisz dyskretnie wypytać swoją panią. Nie zapominaj, że jesteś karłem, nie człowiekiem, chociaż jej służysz i mogłyby ci przemknąć przez głowę myśli o lojalności. Reszta z was też musi trzymać oko i ucho otwarte na wszelkie plotki, bo jeśli to rzeczywiście nie Bianca de Sesse, to kto?

Przesunął nogą zawadzający mu fotel i zrobił kilka niewielkich kroków po pustej przestrzeni.

- Nie możemy czekać bezczynnie – jego głos odbił się echem, bo choć komnata nie słynęła z dobrej akustyki, to teraz głos przemawiającego nie ginął w szmerze rozmów, jak podczas obiadu.

Na tym zakończyło się zebranie. Wielki spisek, jak wiele innych karlich przedsięwzięć, zdążył się rozmyć w słowach, nim na dobre się zaczął. Bo karły już takie były. Quemasino ucieleśniał wszystkie ich cechy, zarówno te dobre, jak i złe, a pstra gadanina, z której nic nie miało wyniknąć, była jedną z większych przywar karłów, choć i ludziom jej nie brakowało.

Tak przynajmniej gorzko myślał Cabezano, który niejedno już na dworze Juana de Villegasa zdążył przeżyć.

Siedział z tyłu, więc nim ku wyjściu runęła główna fala karłów opuszczających zebranie, szybko skoczył ku drzwiom. Ale jakimś cudem Eleonora zdołała się do niego przepchnąć, równie skutecznie przedzierając się przez karły, jak wcześniej czynił to Quemasino.

- Jak ona może chcieć nas wymienić na psy?! – Zagadnęła. – To oburzające!

Cabezano milczał. Choć na usta cisnęła mu się odpowiedź, że cóż to za różnica, skoro on sam przez karły traktowany jest gorzej niż pies?

Tymczasem karły przepływały strugą pokracznych ciał przez wyjście wiodące do ich komnat. Wreszcie zrobiło się trochę miejsca i Cabezano dał nura w drzwi, unikając odpowiedzi. Jego izba znajdowała się tuż obok, więc szybko schronił się w środku, nim Eleonora zdołała go dopędzić.

Trzeba tu wyjaśnić naturę Karlego Dworu. Książę, kiedy zaczął gromadzić karły, szybko odkrył ważną rzecz: dobrze by było ulokować je w miejscu, które wyeksponowałoby jego nabytki, a zarazem utrudniło życie naśladowcom, których nigdzie nie brakuje, nawet pośród książąt i królów. Stąd sam wymyślił Karli Dwór, albo też skorzystał z czyjejś podpowiedzi, by go stworzyć.

Wcześniej pałac wyglądał jak gruby, niezbyt wysoki krzyż równoramienny, lewym, zachodnim ramieniem wskazujący drogę do znajdującego się we władaniu księcia małego portowego miasteczka, Arigaty. Podobno zbudowano go na planie krzyża ze względu na to, że Emilio de Villegas, który go wzniósł, chciał w ten sposób splunąć Maurom w twarz i wybrał formę chrześcijańskiego symbolu, gdy wciąż jeszcze niedaleko stały minarety i alkazary przeklętych niewiernych, a wszędzie wokół triumfował znienawidzony styl mudejar, łączący cechy budowli chrześcijańskich i islamskich.

Ze wszystkich stron siedzibę rodu de Villegas otaczał wielki i gęsty ogród, obwiedziony wysokim obronnym murem. Ptak szybujący ponad tymi ziemiami mógłby się zdziwić, widząc wpisany w zieloną plamę krzyż z białego kamienia, niezwykły znak dla Stwórcy. W dali, w okolicach północno-wschodniego odcinka murów, widać było białą kropkę. Kamienna wieża, kiedyś zamieszkana przez ród Villegas, teraz pełniła rolę więzienia oraz samotni jednego z karłów.

Tworząc Karli Dwór, przy skrzydle zwanym Czerwonym dobudowano niższą o piętro, masywną poprzeczkę, biegnącą równolegle do Skrzydła Zielonego. Symbolika tych barw wymarła wraz z ludźmi, którzy te nazwy nadali poszczególnym częściom pałacu. Ich sens poszedł w zapomnienie, skoro teraz królowały szarość, czerń i brud, którego nikt nie sprzątał, a wystrój wnętrz powoli zatracał dawne cechy. Choćby arras w biesiadnej komnacie Karlego Dworu. Powinien być krwiście czerwony, a przypominał raczej burą szmatę, na której rycerzy dających łupnia Maurom ledwie można było wyłowić spośród ciemnych plam brudu.

Trzecie ze skrzydeł, Białe, wcale nie było białe przez swą czystość, ani tym bardziej przez niewinność zamieszkujących je dam. Jedynie nazwa skrzydła książęcego nadal oznaczała to, co powinna: że mieszka tam książę z rodziną. Miano Czerwonego Skrzydła zaś owszem, miało sens, choć całkiem inny niż ongiś – na jego końcu, tuż przy przybudówce dla liliputów, mieszkał ich opiekun. Karłom ta czerwień nazwy kojarzyła się z krwią. Własną.

Książę zdecydował się na przebudowę pałacu, ale przecież nie dla karłów, które były fanaberią, kaprysem zaledwie. Na parterze wyszykowano wielką salę, bo tych w pałacu brakowało. Wzniesiony półtora wieku wcześniej, zaludniał się stopniowo, więc kilka dużych pomieszczeń musiano podzielić na mniejsze izby, żeby rozlokować wszystkich ludzi niezbędnych (z tego czy innego powodu) na dworze de Villegasów. Teraz powstała możliwość zbudowania sali przeznaczonej na mniejsze przyjęcia czy uroczystości, choć pierwotnie książę rozważał przeniesienie tam drugiej, małej kaplicy, a do pozostałych komnat na parterze przeprowadzkę wszystkich duchownych. Ale Duch Boży i jego kapłani na dole, a karły na górze – nie, nie, to nie był dobry pomysł. Juan odrzucił go w końcu, kręcąc głową w zadumie, że taka myśl mogła w ogóle powstać w jego głowie.

Stanęło więc na małej sali z samodzielną kuchnią, a piętro zajął Karli Dwór. W miejscu, gdzie nowe skrzydło łączyło się z pałacem, był oszczędnie umeblowany przedsionek. Tu często przesiadywały karły, szukające trochę przestrzeni dla ćwiczeń czy gier.

Dalej była długa sala z wydzielonymi izbami karłów, na końcu znów wielka, biesiadna, sufit której pozostawiono na niezmienionej wysokości, bo czasem zaglądali do niej ludzie. Tutaj urzędowały karły, kiedy nie były potrzebne w roli gońca czy zabawki, lub nie chciały być łatwo dostępne dla dworzan, a ci przecież w przedsionku szybko mogli je odnaleźć. Tu też, z powodu bliskości kuchni, jadano posiłki. Quemasino, odkąd przybył na dwór, wprowadził obyczaj, że obiady jada się wspólnie, o wyznaczonej porze. I to tu odbyło się zebranie zawiązujące spisek.

Kuchnia mogła obsługiwać zarówno ludzi, jak i mieszkające nad nią karły. Wystarczyło przedłużyć szyb wyciągarki i łańcuchy, aby posiłki bez problemu wędrowały w górę, do Karlego Dworu. Nocami zapasowa kuchnia zwykle pustoszała, grasowały tam jedynie gryzonie oraz insekty, w których nikt nie gustował.

Po przebudowie pałac zaczął wyglądać jak krzyż, do którego przyczepiła się pijawka albo – gdyby obrysować wszystkie cztery ramiona krzyża – jak swobodnie potraktowana litera Q. Czy może jak klucz dziwnego kształtu.

Karły nie potrzebowały komnat wysokich na piętnaście stóp, ich izby mogły być niższe. Architekci księcia wymyślili więc, aby ową wielką przestrzeń podzielić na trzy części w poziomie, co zostało już opisane, oraz dwie w pionie. Środkową część Karlego Dworu odcięto przepierzeniami i podzielono na dwie kondygnacje po sześć stóp wysokości każda, rozdzielone pustą przestrzenią. Wyglądała ona, jakby olbrzym przegarnął ręką pokoje i wyszarpał środek, pozostawiając głęboką bruzdę.

Dostęp do izb na parterze był oczywisty i nie nastręczał problemów, na górną kondygnację wchodziło się schodami, trzymając poręczy kutych w smoki i inne bestie.

Mieszkania na piętrze, gdzie nikt nie tupał i było ciszej, zostały zarezerwowane dla karłów najwyżej stojących w hierarchii, zarówno tej ludzkiej, jak i wewnętrznej, karlej. Nic więc dziwnego, że Cabezano przypadła izdebka pod schodami wiodącymi z galeryjki po prawej stronie na parter, tuż przy wejściu do sali biesiadnej. Miejsce było fatalne, często ktoś tupał, trzaskał drzwiami albo przystawał, żeby dokończyć rozmowę podjętą w czasie posiłku.

Izba miała ledwie jedną zaletę, Cabezano umiał ją wszakże w pełni docenić: stąd najbliżej było do kuchni.

Odczekał teraz, aż ucichną hałasy i karły opuszczą salę biesiadną, wreszcie wyślizgnął się z pokoju, niby to wciąż jeszcze nie syty ruchu. W dalszej części korytarza na parterze bracia Oyo szeptali coś do siebie, a Foma kręcił się niezdecydowanie, nie wiedząc, co ze sobą począć. Tu jednak, przy drzwiach do sali biesiadnej, było pusto. Uchylone drzwi kusiły. Jeden szybki ruch i Cabezano znalazł się z powrotem w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą zawiązywano spisek, a jemu teraz z głodu kiszki zawiązywały się w supeł.

Mniej by może się natrudził, gdyby wybrał drogę okrężną, bo obok sali biesiadnej biegł korytarz ze schodami prowadzącymi na dół, do sali na parterze, a potem niżej, do podziemi. Ale Cabezano w jednym był prawdziwym karłem: lubił pokazać siłę swych mięśni, choćby tylko samemu sobie. Wciągnął nosem docierające z szybu zapachy i wskoczył do środka. Brzęcząc łańcuchami w ciasnym tunelu, zaczął się opuszczać.

Któregoś dnia, gdy wędrował tą samą drogą, minął go kosz z jedzeniem, podążający w przeciwną stronę. Kto wie, czy gdyby nastąpiło to dzisiaj, zawartość dotarłaby na miejsce w stanie nienaruszonym? Przykre ssanie w żołądku Cabezano nigdy nie znikało na dłużej niż godzinę, a zawiązanie spisku oraz ni to współczucie, ni to pojednanie z Quemasino jeszcze zaostrzyło ten głód.

Wreszcie łańcuchy się skończyły. Zeskoczył na kamienną płytę, a stamtąd ześlizgnął do wnętrza kuchni.

Nie sposób opisać, co czuł wieczny głodomór Cabezano, trafiając tutaj. Ledwie trzy osoby krzątały się przy stołach, jak w domu powoli szykującym się do snu, lecz miejsce to, nasycone ciepłem i zapachami, które umarłego przywiodłyby z powrotem na ten świat, tchnęło życiem tak intensywnym, że Cabezano aż się skręcał z podniecenia.

- Spodziewałam się ciebie wcześniej, burczybrzuchu. – Felicita podparła się pod boki i spojrzała na niego z zadowoleniem. W białym fartuchu i białym czepcu, obfita i zdrowo różowa, przypominała Cabezano matkę, którą utracił tak dawno. Odżegnywał się od tego, chciał w sobie zabić choćby ślad dobrych uczuć po rodzicach, którzy go sprzedali jak lalkę. Lecz tęsknota wracała zawsze, ilekroć patrzył na niemłodą, ale zawsze uśmiechniętą i życzliwą kucharkę, traktującą wyrozumiale nawet zwykłych pomocników. A także jeszcze niżej stojące w hierarchii karły. Szczególnie te głodne i potrafiące docenić zarówno jej kunszt kucharski, jak i szczodrość.

Sama obecność Cabezano była wystarczającym powodem, aby Felicita wreszcie westchnęła „Oj, biedaku ty mój” i dzwoniąc miskami, napełniła jedno z naczyń jedzeniem.

- A zmykaj prędko, zanim tu kto zajrzy – rzuciła, wciskając mu miskę w niezgrabne ręce. I już szybkim spojrzeniem skontrolowała płomień w jednym z pieców. Bo choć na swój sposób rozdawała jałmużnę nie mniej szczodrze niż książę w niedziele, to nie zapominała przy tym, że kuchni trzeba wciąż pilnować, by nic nie wykipiało, nie wybuchło czy nie zasnuło wszystkich pomieszczeń smrodem.

Najchętniej pożarłby zdobycz natychmiast, niemal na oczach Felicity. Wiedział jednak, że kucharka tego nie lubi. Nie darmo mówiła, że kuchnia jest od przyrządzania potraw, nie zaś od ich zjadania. Podziękował i wskoczył do szybu. Trzymając miskę jedną ręką, wciągał się, stopami zapierając o ścianę oblepioną brudem. W pokoju z radością postawił na stole miskę z piersią pawia w szafranach i chwilę napawał się zdobyczą, nim zasiadł do jedzenia. Było pyszne, jak zawsze. Pasta jajeczno-rodzynkowa zresztą też, choć wydała się Cabezano nieco zbyt słodka.

Niemal już kończył pospieszny posiłek, kiedy do izby zastukała Rosalinda.

- Można?

Twarz Cabezano rozjaśniła się w uśmiechu. Karzeł wolną ręką zaprosił gościa do środka, nie przestając ogryzać kości.

Rosalinda było to dziewczę nadzwyczaj drobne, szesnastoletnie, młode i płoche, o urodzie zwiewnej jak konwalia. Na dworze mawiało się o takich jak ona, że uroda może to i pospolita, ale póki nie zwiędła, niejednemu przypadnie do gustu. Twarz miała owalną, ciemne i lekko kręcone włosy podkreślały delikatność rysów, ową dziecięcość, co ledwie przeszła w młodość, a ta dopiero zapowiadała w pełni dojrzałą kobietę.

Póki co, dziewczę było niewinne zarówno w zabawie, jak i w towarzyskim flircie non consumatum. Spoglądając na nią, Cabezano zastanawiał się, czy ją kocha. Nie wiedział, bo wciąż tylko słyszał o tym uczuciu, sam nigdy wcześniej nikogo nie kochał. Nie miał więc z czym porównać tego kłucia w piersi i nagłej niemocy ciętego zazwyczaj języka. W jej obecności Cabezano Ostry zamieniał się w Cabezano Mrukliwego.

Szczęściem całym, Rosalinda nic o uczuciach karła nie wiedziała. Co nie zmieniało faktu, że tak, jak Cabezano poznał Rosalindę, nie poznał żadnej innej dziewczyny. Nie chodzi o to, że poznał jej ciało. Porównywali je, co ciekawiło zwłaszcza Rosalindę, a Cabezano raz napełniło wstydem, gdy zainteresowała się jego karlą erekcją. Uspokoił się dopiero, gdy stwierdziła: „Całkiem podobny” – nie wyjaśniając jednak, do kogo lub czego. Nie, chodziło o to, że Rosalinda zwierzyła mu się z najskrytszego marzenia, choć w zamian karzeł musiał poczęstować ją specjalnie wymyślonym na tę okazję kłamstwem.

- Chcę zostać ochmistrzynią – wyznała wtedy, płoniąc się ślicznie, aż Cabezano znów poczuł, zdawałoby się opanowaną, erekcję.

Takie właśnie są marzenia dzisiejszych kobiet. Ani krzty romantyzmu. Głośno jednak Cabezano pochwalił wybór Rosalindy, jedynie w duchu gratulując sobie refleksu. To by dopiero było, gdyby jej wyznał, że chce zmaleć. Ona nauczyła się nawet czytać i pisać, korzystając z pomocy jednego z księży na dworze, on bujał w chmurach, za nic mając materialne korzyści, łatwiejsze przecież do osiągnięcia.

Kiedy jednak teraz Rosalinda wpadła w odwiedziny, karzeł poczuł wielką radość, bo choć wiele ich dzieliło, był to promyk radości w tych mrocznych i ponurych chwilach. Oświetlał izbę mocniej niż słońce czy księżyc wpadające przez okienko wielkości dwóch złożonych pięści. Izba Cabezano nie dość, że znajdowała się pod schodami, to jeszcze była zbyt ciasna. Przeznaczona bardziej na schowek na miotły i kubły niż dla człowieka, choćby i tak wybrakowanego jak on. Miejsca starczyło na łóżko, mały stolik pod ścianą, wsunięty pod niego kufer z rzeczami, drewniany zydel i miedziane lustro na ścianie. W niejednym więzieniu mieli lepiej wyposażone izby.

- Zobacz, co ci przyniosłam. – Rosalinda wyciągnęła w stronę Cabezano dłoń z porcelanowym kwiatkiem wyglądającym jak storczyk, którą to roślinę przywożono z Indii Zachodnich. Po długich, jasnożółtych listkach biegły szeregi niebieskich plamek, jakby kwiat mówił: „Uśmiechnij się do mnie, a dam ci kawałek nieba”.

Cabezano drżącą dłonią ujął rękę dziewczyny i sięgnął po ozdobę. W chwili dotknięcia się ich ciał przeżył ekstatyczny wstrząs.

Jego pokój potrzebował upiększeń, intuicja nie zawodziła Rosalindy wcale. Porcelanowa orchidea na stoliku ozdobi nieco tę ponurą izbę.

Lecz przede wszystkim przyciasna komnata potrzebowała kobiety.

Rosalindy.

Dobrze się śpi z poczuciem sytości ciała i duszy. Jego sen wirował wokół spełnienia się nadziei. Śniło się Cabezano, że razem z Rosalindą zamieszkują jego izbę, czekając, aż książę przydzieli im większą. Przebudzenie, wyrwanie z tych słodkości było więc czymś równie okropnym jak usuwanie włosów z nosa. Co czasem, gdy włos twardy i mocno siedzi, przypomina rwanie kawałków mózgu.

Obudził go głos Eleonory. Karlica potrząsała nim bezceremonialnie.

- A może byś się wreszcie obudził, łazęgo? Wüpper chce cię widzieć. Uznał, że jest mu potrzebna kompozycja z prawie-człowiekiem.

Ostatnie słowa wyrzekła z przekąsem, ale Cabezano i tak wiedział, że karlica na swój sposób go lubi. Może zanadto, bo stawała się przez to męcząca. Choć karły takie właśnie były: hałaśliwe, męczące, przypominające stado kurczaków.

Jednego był pewien: wolałaby nie widywać go z Rosalindą.

Cabezano nienawidził karła-malarza. Nie rozumiał, jak książę może tolerować tego szydercę. Jedynymi nadającymi się do oglądania obrazami Wüppera były malowane w realistycznej manierze portrety karłów, których książę planował wymienić na takich samych odmieńców z innych europejskich dworów. Musiały więc odpowiadać stanowi faktycznemu, jak ilość towaru zapisowi w dokumencie.

Reszta płócien Wüppera była jednym wielkim koszmarem. Paski, kropki, perspektywa uciekająca Bóg jeden wie dokąd, zamiast twarzy talerz z herbem rodu Villegas – wszystko to model mógł ujrzeć po wielu godzinach pozowania Wüpperowi. Zawsze najtrudniej było rozpoznać samego siebie, choćby zdawało się, że człowiek zna własne oblicze i postać.

Karły spełniały więc życzenia Wüppera wyłącznie powodowane strachem, że ten tak skutecznie któregoś wymaluje, iż nieszczęśnik trafi na jakiś dwór azjatycki czy arabski, gdzie nie takie szkarady cieszą się ponurym zainteresowaniem. Życzliwie zaś ustosunkowany Wüpper potrafił namalować skazę czy ujawnić w chytrym spojrzeniu szaleństwo, którego faktycznie nie było – i zniechęcić ewentualnego kupca do zawarcia transakcji.

Cabezano jak tylko potrafił spowalniał marsz do komnaty Wüppera w książęcym skrzydle. W ludzkiej części dworu czuł się źle. Wędrując piętrami, przemierzając kondygnacje, napotykał wzrok tych, którzy mieli się za normalnych ludzi, a ich spojrzenia piętnowały Cabezano wcale nie mniej niż wzrok współbraci. Równie mocno paliły ogniem.

Lecz tu Cabezano mógł sobie powiedzieć: „Przecież wstąpiłem na ich ziemię, ja – obcy”.

Jeśli gdzieś miał być przeklęty i wyszydzony, to tutaj. Ludzie pogardzali karłem, on zaś za nic miał ich sprawy, interesy, nadzieje i problemy dotykające tych, dla których pałac był zwieńczeniem jakiegoś etapu życia i którzy w marzeniach widzieli w nim trampolinę na dwór lepszy, może nawet madrycki, w cień króla. Miał to gdzieś, mijał ich, emanując pogardą i obojętnością. Na kose spojrzenia odpowiadał hardym i bezczelnym wzrokiem, a widząc splunięcie, wystawiał język. Wet za wet. Na tym dworze karły nie musiały być kochane, a Cabezano wcale nie pragnął miłości ludzi – poza jedną jedyną osobą, która mogłaby go pokochać.

Wędrował mrocznymi korytarzami, krążąc po trzewiach pałacu jak robak drążący tunel w tkance owocu. Minął Czerwone, przechodząc przez wewnętrzną galerię pełną schodów w miejscu, gdzie łączyły się wszystkie cztery skrzydła, tworząc zadaszone patio. W dzień pełne było ludzi, którzy traktowali je jak giełdę plotek i informacji. Ilekroć karzeł tu trafiał, na jego obliczu pojawiał się krzywy uśmiech. Przodkowie Juana, jak na ludzi nienawidzących Maurów w każdym calu ich postępowania, wykorzystali zaskakująco arabski pomysł na zagospodarowanie tej przestrzeni.

Wzrok Cabezano co i rusz napotykał ślady dawnej świetności, dziś już minionej. Ściany często szare od brudu, na nich obrazy pociemniałe ze starości, pozbawione blasku. Obejmy na pochodnie czy świece były najczęściej puste lub osadzano w nich zaledwie pojedyncze świece. Kiedyś pałac był pełen światła, ale teraz księciu nie zależało, by wnętrze w dzień czerpało słońce, a gdy go zabraknie, mrok rozjaśniały woskowe latarnie. Wolał ciemność – i ta ciemność wokół, nie tylko w murach, lecz również w duszach ludzkich, karlich także, gęstniała.

„Kiedyś nas wszystkich zadusi” – ponuro pomyślał Cabezano. Przyszło mu do głowy, że te ciemne korytarze przypominają trzewia olbrzyma, który skamieniał. Skojarzenie rozbawiło go, budząc przelotny uśmiech na twarzy.

Jednak zaraz znów spochmurniał. Każdy korytarz ma swój koniec, zatem karzeł trafił wreszcie do komnaty malarza.

- Słyszałem, że chcecie się pozbyć tej de Sesse – zaczął Wüpper, mieszając farby. Zaskoczył Cabezano, bo przecież malarz najczęściej ignorował mieszkańców Karlego Dworu. Nie było go ani na tym zebraniu, ani na wielu poprzednich, pojawiał się w Dworze rzadko, bo miał zgodę księcia na sypianie, a więc w zasadzie na mieszkanie w swojej zagraconej pracowni w książęcym skrzydle pałacu. – Nie poprawiaj się, tak ma być! – Krzyknął, gdy Cabezano lekko zmienił niewygodną pozycję, opierając się o stojący zegar, ozdobiony biegnącym wokół tarczy napisem Vulnerant omnes, ultima necat, czyli „Wszystkie ranią, ostatnia zabija”. – A czy przyszło Quemasino do głowy, że za wszystkim może stać jedno z nas, karląt?

Cabezano wzruszył ramionami, wywołując kolejny gniewny psyk malarza.

- A kto niby miałby robić we własne gniazdo? – Spytał półgębkiem.

Na to Wüpper zaśmiał się i gwałtownie pacnął pędzlem w jakieś miejsce na płótnie. Przekrzywił głowę na bok, oceniając efekt swego działania.

- Może należy szukać obok doñi Bianki? – Podsunął. – Ale żeby tak od razu książę miał dać posłuch? – Wzruszył ramionami. – No zastanów się, Cabezano. I to jeszcze, kiedy powszechnie wiadomo, że na polowaniach wyżej stawia życie ubijanych zwierząt niż myśliwskich psów?

Cabezano milczał. Cóż, księcia znał słabo, widywał go tylko przy oficjalnych uroczystościach. Na ucztach siedział daleko, bo Imogena razem z nieszczęsną Anną Marią zajmowały miejsca hen, na biesiadnym wygnaniu, w krańcach sali albo wręcz w sąsiedniej komnacie! Książę przyjął córkę jako dar od Boga i nie zadusił jej ani nie oddał do klasztoru, ale cierpiał z jej powodu każdego dnia i dawał temu wyraz.

Wüpper miał niewątpliwie rację: Juan nie znosił psów. Nie przepadał tym bardziej za polowaniami, choć oczywiście posiadał własną psiarnię, bo tak wypadało. Patrząc na karły, mógł przynajmniej pomyśleć, że jest ktoś jeszcze bardziej poszkodowany przez los niż jego córka. Skąd więc miałby w jego głowie wziąć się pomysł wymienienia karłów na pełne gracji wyżły, charty czy inne doskonałe psy? To nie pasowało do Juana, dalibóg, nie!

Ale za to bardzo pasowało do dwórki usługującej Biance de Sesse, czyli do Teresy de Sancar, jedynej szlachcianki pośród karłów! Ta była zła i mściwa, słusznie sądząc, że gdyby nie kalectwo, jej życie potoczyłoby się inaczej. Patrzyła na resztę karłów z wysoka, nie chciała męża, choć podobno jeden z dworzan zaproponował jej kiedyś małżeństwo. Dorobiła się własnej służącej, wiejskiej dziewczyny, która za wszelką cenę chciała się wyrwać z niedoli na ojcowiźnie. Teresa miała względy nawet u księcia, pełniąc dla niego rolę osoby zaufanej, posyłanej w różne misje. Tak, ona miałaby motyw. Na zebraniu zaprzeczyła, by jej pani stała za tym pomysłem – i na Boga, mogła mówić prawdę!

- Ale coś zrobić trzeba, to oczywiste – niespodziewanie zgodził się, zapewne z własnymi myślami, Wüpper. – Psy zamiast karłów, ja przepraszam. Kości ogryzam, i owszem. Ale szczekać nie będę. Merdać ogonem też, choćby dlatego, że natura uznała, iż ogon do niczego mi nie jest potrzebny i mnie nim nie obdarzyła.

Popatrzył krytycznie na dzieło. Potrząsnął trzymanym w ręku pędzlem z bobrzego ogona. Jak widać, niektóre ogony jednak się do czegoś przydają.

- No, już. Fatalne, ale co zrobić, niech tak zostanie.

Wracając od Wüppera, Cabezano obracał w głowie pewną myśl.

I może by ją tam zostawił, gdyby nie mała scenka, zauważona w głębi korytarza, gdy był w połowie Czerwonego. Oto jedna z dam, częściowo ukryta pomiędzy dwiema stojącymi zbrojami, czule głaskała po włosach karzełka zwanego Pandorro, głupiego jak but, ale umiejącego się uśmiechnąć przymilnie, a w razie potrzeby zrobić sztuczkę, by rozbawić swą panią. Dama pewno wstydziła się to robić na oczach wszystkich, a miała w sobie tę kobiecą tkliwość, która nakazuje pożałować kotka, pieska czy kalekę, obdarzyć uśmiechem czy niezobowiązującą pieszczotą.

Serce Cabezano ścisnęła żałość: czy ktokolwiek kiedykolwiek zachował się tak w stosunku do niego? Ktoś z normalnych ludzi?

Po wyjściu od malarza Cabezano miał jeszcze wątpliwości, czy powinien w cokolwiek się angażować. Ludzki dwór rządził się swoimi prawami, Karli Dwór swoimi, ale na obu obowiązywała ta sama zasada: jeśli się wychylisz, możesz zyskać, ale ryzyko, że dostaniesz po głowie jest znacznie większe.

O tym ryzyku przypominała choćby szubienica, którą Cabezano minął, gdy opóźniając marsz do komnat malarza, na chwilę zajrzał do Zielonego Skrzydła. Widać ją było z okien budowli, zajmowała plac pomiędzy Zielonym a Białym ramieniem pałacu. Teraz wiatr trącał pustą pętlę, ale z jakiegoś powodu książę chciał, aby dworzanie mogli czasem na nią popatrzeć, więc nie rozbierano rusztowania. Było to swoiste memento dla tych, którzy nie bali się podjąć ryzyka: czy to kradzieży, czy próby przewrotu albo oszkalowania czyjegoś dobrego imienia – rzecz jasna, bez mocnych dowodów w ręku.

Miał więc Cabezano powód do ostrożności. Mimo to teraz myśl owa spotężniała do rozmiarów wieży wysokiej jak ta, w której mieszkał Sefir. Wieża też stała niedaleko pałacu, choć dalej niż szubienica, grubo ponad milę w głębi ogrodu. Pełniła rolę więzienia, bo książę nie chciał, by skazańcy psuli mu apetyt swoimi jękami dobiegającymi z podziemi. Stara wieża, pierwotne gniazdo rodu Villegas, nadawała się do tego celu w sam raz. Grube, okrągłe mury z ciosanego kamienia tłumiły wszelkie przykre jęki i zapachy.

Karzeł postanowił zaryzykować. Bo cóż miał do stracenia? Kiedy będą wymieniać karły na psy, król pożałuje swojego Multiplico, oszczędzi może umiejącego snuć opowieści Amunito czy potrafiącego rozerwać ludzi cyrkowymi umiejętnościami Quemasino – tego zresztą wesprze stary baron de Altipla. Może i Eleonora ocali skórę, bo ma palce zręczne jak nikt inny. Ale czy ktoś ujmie się za Cabezano? Za ludzikiem? Któraż to dama stanie w obronie karła-niekarła?

Nie. Nie i jeszcze raz nie. Po trzykroć nie. Nikt nigdy nie stanie w jego obronie – i to trzykrotne zaprzeczenie było jak uderzenie trzy razy kołatką w spiżowe wrota bram Rozpaczy. Był to głęboki dźwięk goryczy tak wielkiej, że nawet w ciemność nie było strach wejść, bo cóż mogło tam spotkać Cabezano straszniejszego od tego, czego doświadczał w świetle dnia?

Quemasino był zajęty. Jego obolałe ramiona masowała Hagida, arabska karlica o cygańskiej urodzie, zaskakująco wiotka jak na liliputkę, poruszająca się z wdziękiem dorównującym damom tańczącym flamenco.

Pomimo niemal rocznego pobytu na dworze, niewiele dotąd poznała słów w ludzkim języku. Jednak tam, skąd przybyła, posiadła wiedzę o tajnikach ciała – i Quemasino korzystał z tego, ile wlezie. W ogóle miał szczęście. Jego pan, stary de Altipla, pomieszkiwał gościnnie na dworze Juana, odkąd stracił wszystkie materialne dobra i musiał prosić o kąt do życia. Nie stracił jednak tego, co w każdym człowieku najcenniejsze: poczucia przyzwoitości. Quemasino mógł z dumą mówić, że jest jego własnością, bo tak naprawdę miał poczucie, iż – przynajmniej w świadomości swojej i barona – jest karłem wyzwolonym. A pewno po śmierci starego arystokraty, którego nasilająca się podagra niemal uwięziła w łóżku, znajdą się na to odpowiednie papiery.

Na widok intruza (choć przecież Cabezano wszedł po uprzednim pozwoleniu) zmarszczył się cały. Uciszył paplającą niezrozumiale Hagidę, gestem odesłał ją do drugiej izby (tak, jako jedyny karzeł miał dwa pokoje, z czego skwapliwie korzystał), po czym ściągnął ze stołka szatę i narzucił na siebie. Zmierzył Cabezano złowrogim spojrzeniem.

- Czego chcesz? – Warknął. Jak zawsze, kiedy chciał się uspokoić, odruchowo dotknął i przestawił miniaturowy portret żony, Niddy. Dla niej związek z Quemasinem zakończył się tragicznie: zmarła w połogu wraz z dzieckiem. Może dlatego czasem Quemasino bywał złośliwy i pełen cierpkiej goryczy, a jego twarz rzeźbiły grymasy nienawiści. Choć mimo to trudno by było powiedzieć, że jego rządy w Karlim Dworze są okrutne i niesprawiedliwe. Raczej było w nim dużo szorstkiego kalkulowania, co pozwoli zachować skórę całą, nawet jeśli niewiele uda się osiągnąć. Quemasino prowadził karły drogą biegnącą z dala od szubienicy, jakby rezerwując ją dla dworzan i poddanych księcia.

Cabezano nabrał powietrza w usta.

- Dowiedziałem się czegoś.

I nie czekając na ponaglenie Quemasino, opowiedział o podejrzeniach malarza.

- Wüpper, mówisz – w zamyśleniu mruknął Quemasino, spoglądając na drzwi, za którymi zniknęła Hagida. Teraz dolatywał stamtąd cichy śpiew, jakby ktoś nucił tęskną piosenkę. – No, tego bym się po nim nie spodziewał.

A jednak Wüpper mógł mieć rację – i to było ryzyko, które Cabezano postanowił podjąć. Malarz stronił od współbraci. Wolał trzymać z ludźmi, a jeszcze bardziej ze swoimi płótnami, modelami, bibelotami. Nieuwikłany w intrygi zarówno ludzi, jak i karłów, rzadki bywalec komnat ludzkiego dworu czy Karlego Dworu, od jednych i drugich starał się trzymać z dala. Nawet sypiać wolał w pracowni na rozścielonym płótnie, niż w przydzielonej izbie we Dworze. A mimo to o jednych i drugich wiedział zaskakująco sporo.

Wüpper skądś powziął swoje podejrzenie. Z kolei Cabezano, opowiadając o tym Quemasino, liczył, że przywódca karłów nakłoni malarza do wyjawienia źródła swej wiedzy. A wtedy skorzysta na tym i posłaniec dobrej nowiny.

- Tylko, proszę, nie mów mu, że ja ci o tym powiedziałem. – Cabezano złożył ręce jak do modlitwy, choć modlić się do karła o łaskę to jak prosić deszcz z nieba, żeby nabrał smaku orzeźwiającego cydru.

Quemasino skinął niedbale głową. Myślami był już daleko.

- Zapamiętam.

Wracając od Quemasino, na galeryjce przed jego drzwiami Cabezano minął się z Reissizegerem, drobnym karłem przypominającym siedmioletniego chłopca, jak zwykle wyglądającego jak leśny skrzat, bo gustował w zieleni i zgaszonych brązach. Skinął mu głową, bo dosyć lubił tego niemieckiego niziołka. Ten jednak patrzył przed siebie oburzonym wzrokiem, chyba w ogóle nie dostrzegł Cabezano. Jego twarz płonęła, była czerwona jak pomidor, warzywo wchodzące w modę na europejskich dworach.

- Cóż się stało, Reissi? – Życzliwie zagadnął Cabezano.

Teraz dopiero do przechodzącego dotarło, że w korytarzu nie jest sam.

- Niech szlag trafi mojego pana – warknął z gniewem, przystając. – Wysłał mnie do Ignatia de Guerry, ale ani słowem nie uprzedził, że ma jakiś zadawniony dług do oddania, najwidoczniej niespłacony w porę. I oddałem list, a tu słyszę: „A gdzie sakiewka, durniu?”. Więc się jąkam, że nie wiem, a ten mi oderwaniem łba grozi. Ja w ukłony, ale przecież już wiem, dlaczego nie jakiegoś zwykłego gońca, tylko mnie de Rogierro wysłał do tego palanta. On sobie folgował jazdą wierzchem po mnie kwadrans cały, ja odejść nie mogłem. Dobrze choć, że list został dostarczony. Tylko do tego im służymy, psiakrew!

I poszedł, ze złością kopiąc w balustradę, która dzwoniła, jakby wygięte z prętów smoki i inne bestie pragnęły uciec z tego więzienia, rozprostować łapy czy skrzydła i zapolować na wędrujące korytarzem karły.

„No cóż, taki to los karła” – rozmyślał Cabezano, wędrując do swojej izby. Przecież nie znaleźli się tu tylko dla ozdoby. Książę zabronił na swoim dworze śmiać się czy płakać publicznie, więc karły wyrażały emocje za ludzi. Ale musiały się dobrze orientować w sytuacji. Czasem złośliwie wszystko przekręcały, zamieniając miłość na nienawiść, a płacz wzruszenia na szyderczy śmiech. Cóż to za pole do popisu!

„Człowiek może być mądry lub głupi, ma do tego prawo. Obowiązkiem karła jest być sprytniejszym od swego mocodawcy i właściciela, tak więc głupi karzeł ex definicione istnieć nie może, to zaprzeczenie logice” – filozoficznie rzekł kiedyś Wüpper. Racja.

Chwila gimnastyki mięśniami twarzy albo wzięcie do uszu paru obelg było niewielką ceną za zachowanie status quo. Reissizeger powinien to wiedzieć.

Nagle zatrzymał się przed drzwiami, niemal zderzając się z braćmi Oyo, dwoma karłami o niesamowitych oczach – jeden miał prawe zielone, lewe piwne, a drugi odwrotnie. Poza tym byli do siebie podobni jak dwie krople wody i charaktery mieli równie podobne. Podłe i paskudne.

Gdy chwycił klamkę drzwi, dotarło do niego coś, co przeoczył. Przecież jeżeli za sprowadzeniem psów stało któreś z karląt, to w czasie zebrania dowiedziało się, że karły są gotowe je zlikwidować! I nie wiadomo, co teraz robi, jaki spisek albo skrytobójczy czyn wymyśli!

Biegiem wrócił do Quemasino, budząc zainteresowanie Dirka, który pojawił się znikąd i zaczął brzdąkać na gitarze. Był to karzeł wrażliwy i delikatny, a wszelkie instrumenty muzyczne w jego rękach ożywały. Jego pan, de Scolisa, ostatnio z niejasnych powodów popadł w niełaskę u księcia i karzeł martwił się tym mocno. Teraz spojrzał znów na Cabezano, brzdąknął i uśmiechnął się smutno. Cabezano odwzajemnił uśmiech i na powrót pchnął drzwi komnaty Quemasino.

Przywódca karłów z wyraźnym zainteresowaniem wysłuchał Cabezano. Nalał mu nawet wina do własnego pucharu.

- Nie jesteś taki głupi, jak myślałem – uśmiechnął się z uznaniem. – Masz rację, Cabezano – po raz pierwszy nazwał go imieniem i spojrzał z szacunkiem, co karzeł odnotował z radością. Przyjdzie chwila, kiedy w swoim pokoju będzie się mógł rozkoszować tym spojrzeniem i brzmieniem tych słów.

- Masz rację – powtórzył Quemasino, poprawiając szatę, która znów była rozluźniona i nonszalancko zeń opadała, odsłaniając przyrodzenie. Drzwi od drugiej izby były lekko uchylone. – Od razu przyszło mi to do głowy, gdy tylko opowiedziałeś o podejrzeniach Wüppera. Trzeba obserwować Teresę. Może sama się zdradzi swoim zachowaniem.

Tak patrzył na Cabezano, że ten wciąż drżał z rozkoszy, pulsowała w nim duma.

Kiedy opuścił izbę Quemasino, naraz poraziła go pewna myśl: może naprawdę nie jest taki do niczego – on, ludzik?

 

Rozdział 2

 

Tamtego wieczora, gdy Quemasino oznajmił zawiązanie spisku, wszystko wydawało się łatwe i szybkie do osiągnięcia. „Nikt nie zamieni nas na psy! Nie pozwolę na to” – tak pewno myślał każdy karzeł, bez względu na kategorię i wzrost.

Ale to było przedwczoraj. Od tamtego czasu upłynęło kilka godzin, krew ochłodła, a zarówno doña Bianca de Sesse, jak i jej karlica – którą może tylko Wüpper, Cabezano i Quemasino podejrzewali o inspirację w sprawie zamiany karłów na psy – nadal spokojnie wędrowały pałacowymi korytarzami.

Jeśli któryś karzeł wpadł na pomysł, jak spisek zamienić z czczej gadaniny w konkretne czyny, Cabezano nic o tym nie wiedział. Jeden George Stoneweel, zajadły i impulsywny szkocki góral, od kaftana wolący budzący śmiech dworzan kilt, wczorajszego ranka rzucił głośno i prowokacyjnie na korytarzu:

- Trzeba ją zabić albo co? Wplątać w jakiś spisek?

Ale chociaż na galeriach pierwszego piętra i na parterze stało lub siedziało ze czterdzieści karłów, w tym co najmniej połowa nie tak głupia jak Multiplico, nikt nie podjął wyzwania. I po chwili wszyscy, z George’em włącznie, zajęli się czymś innym. Takie zresztą bywały karły: łatwo się zapalały, buzowały emocjami, ale po chwili z braku paliwa żar wygasał, z zamiarów pozostawały jedynie popioły.

Może zresztą Cabezano marudził dla samego marudzenia, bo ledwie otworzywszy oko, już miał ochotę je zamknąć, najlepiej na zawsze. Z małego okienka w ścianie sączyło się do pokoju niewiele słonecznego światła, ilość z najwyższym trudem wystarczająca do oświetlenia izby. Ale było jej dosyć, aby stwierdzić, że bez wątpienia nastał dzień.

Pierwszy dzień nowego miesiąca.

Mierzenie i ważenie.

Causi.

Cabezano niechętnie zwlókł się z posłania, umył i odszukał swoją właścicielkę, wspomnianą już na tych kartach Imogenę. Jak zwykle, ubrała się na czarno, jakby kogoś pochowała albo szykowała się na własny pogrzeb.

- Odejdź! – Odgoniła go, czyniąc gest, jakby odpychała żebraka czy wielką, oślizgłą żabę. Była to matrona stateczna, posunięta w latach, a jej spojrzenie mówiło, że życie rozczarowało ją dogłębnie. Karzeł był tylko zwieńczeniem życiowych klęsk. Dzięki niemu wpadła w tarapaty, utkwiła w pętli błędnego koła: kiedy na dworze nastała moda na karły, miała do wyboru albo odejść, albo kupić któregoś. Ale na karła nie było ją stać, musiała wziąć z pałacowej kiesy pożyczkę, którą wciąż spłacała. Tymczasem przydzielony karzeł przynosił jej tylko wstyd i przyprawiał o zgryzotę. Cabezano nie wiedział, że prosząc Boga o wybaczenie, modliła się o rychłą śmierć pokraki.

W swych uczuciach Cabezano oraz Imogena byli solidarni, bo i on prosił Najwyższego, by przydzielił go komuś innemu. Już choćby i jakiemuś ogrodnikowi. Szczególnie, gdyby miał to być stary Jose, dbający o część ogrodu przytykającą do Karlego Dworu.

- Muszę iść do doktora Causiego – oznajmił dla przyzwoitości Cabezano. – Tam mnie szukaj, pani, w razie potrzeby.

Imogena znów tylko machnęła ręką. Tym samym karzeł upewnił się, że jeśli zniknie na cały dzień, stanie się to z korzyścią dla nich obojga. Imogena wystarczająco wiele musiała ścierpieć z ręki córki księcia, Anny Marii, która była osobą niezwykle trudną i konfliktową. Obecność karła tylko by dodatkowo zwarzyła jej humor. O ile można zwarzyć coś, co nie istnieje. Cabezano nigdy nie widział na pobrużdżonej twarzy właścicielki jakiegokolwiek śladu ludzkiego uczucia poza zmęczeniem i goryczą.

Chociaż akurat tego dnia Cabezano może by wolał zostać w apartamentach córki księcia, niż wędrować do komnat jednej z tych kilku osób na dworze, których obawiał się tak panicznie. Myśląc o zakonniku, odruchowo zaciskał szczęki.

Doktor Causi najczęściej urzędował w „gabinecie”, jak nazywał swą komnatę, położoną na samym końcu Skrzydła Czerwonego, tuż przy łączniku z dobudówką dla karłów. Po jednej stronie korytarza dysponował kilkoma pomieszczeniami, pełnymi różnych narzędzi, zbiorów, papierów oraz małą salą dla specjalnych pacjentów, a po drugiej stronie – izbą, gdzie przyjmował wszystkich szukających u niego pomocy oraz karły.

Za tymi drzwiami rozpościerało się królestwo medycyny i alchemii, nauk, istoty których Cabezano nie pojmował. Retorty, a obok żaby i króliki przyszpilone, rozpięte na drewnianych deszczułkach, obdarte ze skóry, a mimo to wciąż żywe, napięte w próbach uwolnienia się z naukowej paści.

Nauki wyzwolone stanowiły jednak mniejsze niebezpieczeństwo dla karłów niż drugi obszar zainteresowań doktora Causiego. Będąc zakonnikiem, Causi pasjonował się zagadnieniem, jaki jest udział aniołów w życiu świeckim. Badał to na wielu płaszczyznach, a Karli Dwór miał się stać polem badawczym najpoważniejszego spośród tych problemów: czy karły, jako twór ewidentnie nieudany, mają duszę, a co za tym idzie, swoich aniołów stróżów?

Causi rzetelnie zajmował się zdrowiem karłów, Cabezano dostrzegał w tym jednak nie tyle troskę o ich byt, ile pomiar natężenia potworności i próbę dostrzeżenia anielskiego wpływu lub uzyskania dowodu na jego brak.

Marzeniem doktora Causiego było zdobycie karła niechrześcijańskiego, naprawdę pogańskiego, takiego, który nie zetknął się nawet z prawdziwą wiarą Bożą, po czym ochrzczenie go i sprawdzenie, czy i jak dusza wstępuje w takie ciało. I jakiego koloru skórę będzie posiadał jego anioł stróż?

Póki co, Causi wsławił się odkryciem substancji nazwanej przezeń – cóż za dominikańska skromność! – kauzyną. Zapewne pochodziła z najgłębszych piekieł, śmierdziała bowiem tak potężnie, że umarłego wyrwałaby ze snu wieczystego i postawiła na nogi. Causi wciąż prowadził nad nią badania, ale jednego był niezachwianie pewien: że posiada ona wielką, acz niezgłębioną dotychczas moc.

Jak z powyższego opisu wynika, doktor Causi miał kilka zainteresowań, pośród których jednak karły były najważniejsze. Pilnie stosował się do dewizy swojego zakonu: contemplare et contemplata aliis tradere. Zatem zamierzał podzielić się ze światem owocami badań, niech tylko wcześniej drzewo dorośnie i wyda plon.

Lubił też imponować. Cóż, jest to ludzka słabość, którą Cabezano świetnie rozumiał. Medyk wprost uwielbiał w czasie comiesięcznego sprawdzianu ustawić wszystkie karły w kolejce przed swoimi komnatami. Zajmowały wtedy ładny kawałek korytarza – i każdy, kto nierozważnie o tym czasie tamtędy przechodził, musiał, po prostu musiał zauważyć, że choć pojedynczy karzeł to mała pestka, jednak gdy zebrać je razem, pojawia się duży problem, któremu tylko przenikliwy i obdarzony wieloma talentami dominikanin jest w stanie sprostać.

Causi wzywał je do izby po kilka naraz, więc w czasie badania ponad sto karłów oczekiwało karnie w kolejce, niby na inspekcję oddziału wojska, rozmawiając i robiąc różne rzeczy. Teraz rozeszły się po całym długim korytarzu. Bracia Oyo ćwiczyli woltyżerkę, za konia wziąwszy sobie niezgrabnego Fomę, kilka karlic zebranych w kółko omawiało modę i problemy typu: czy duża suknia z obręczą podkreśla kanciastość karlej sylwetki, czy optycznie ją pomniejsza (który to spór wydał się Cabezano z gatunku nigdy nierozstrzygalnych). A Jovana, cicha i spokojna karlica z Siedmiogrodu, z przejęciem opowiadała świeżo zasłyszaną plotkę, że jednej ze służących zginęło dziecko, dziewczynka ledwo odstawiona od piersi.

Cabezano odszedł kawałek w bok, do łącznika pomiędzy Skrzydłem Czerwonym a Karlim Dworem, i stanął przy oknie. Przez zabrudzoną szybę spoglądał na zewnątrz. Okna wychodziły na stajnie, bo chociaż Causiego uważano powszechnie za wybitnego doktora zarówno nauk przyrodniczych, jak i teologicznych, jego eksperymenty bywały uciążliwe dla ludzi. Nikt z własnej woli nie chciał zamieszkać w jego sąsiedztwie. A wierzchowców na szczęście pytać o zdanie nie trzeba. Zatem był to najdalszy kraniec pałacu, prawdziwy hic sunt leones – tam, gdzie kończyły się włości Causiego, rozpoczynało się królestwo potworów.

Na placu paradował koń. Stajenny prowadził go za uzdę, a wierzchowiec narowił się trochę.

„Chciałbym być koniem – z goryczą rozmyślał Cabezano. – Ten przynajmniej ma lekkie życie. Chyba że trafi do pracy. Ale taki arab, a jeszcze klacz…”

Tu myśl zapętliła się, powróciło wspomnienie Rosalindy. Cabezano zatęsknił za przyjaciółką, pomyślał, jakby to było pięknie zabrać ją teraz do ogrodu, tarzać się w wysokiej trawie…

Nagle ktoś go potrącił.

- Uważaj, jak stoisz! – Huknął męski głos.

Cabezano odwrócił się gwałtownie, chcąc odciąć się karłowi ostrą ripostą i… w porę ugryzł się w język. Po korytarzu, przepychając się między karłami, sunął grand de Duarte, młodzieniec dopiero co prawda zdobywający w pałacu szlify prawdziwego arystokraty, niemniej wsławiony już rejsem do Nowego Świata. Niejedna dwórka straciła z nim cnotę, niejednej damie zawrócił w głowie ten czarnowłosy, ciemnooki mężczyzna z wąsem eleganckim, w stroju gustownym, emanujący wokół tą męską siłą, która kobiety uwodzi jak świeca ćmę. Biedna Grüne, która musiała z nim wytrzymać… Pozostawało zagadką, co tu robił, skąd szedł, skoro z okolic Karlego Dworu wracał przez Czerwone do centrum pałacu. Jednak lepiej było go nie zaczepiać, więc Cabezano pogratulował sobie refleksu.

Tymczasem drzwi izby Causiego otworzyły się i wyszło stamtąd kilkoro karłów. Cabezano westchnął, kilkoma szybkimi krokami podszedł i razem z pięcioma innymi nieszczęśnikami przekroczył próg komnaty doktora, chcąc mieć badanie jak najszybciej za sobą. Może namówi Rosalindę na wycieczkę do ogrodu? Odmawiała dotąd, ale kto wie?

Causi, mężczyzna niespełna pięćdziesięcioletni, lecz o twarzy człowieka znacznie młodszego (jedynie oczy zdradzały wiek, a spojrzenie było przenikliwe jak u dobrego inkwizytora), z miarką i plikiem zapisanych pergaminów sprawdzał, czy w skategoryzowaniu nic nie uległo zmianie. Wysokość, ciężar, długość kończyn, wreszcie – sprawność. Każdy z karłów musiał przejść pod kilkoma tyczkami zawieszonymi na specjalnych widełkach, dobieranych wysokością specjalnie według jakichś notatek medyka.

- No, Trouvier, za dużo sadła – mruczał Causi, siedząc przy swoim biurku. Albo: – Pięknie, Damietto, lato ci służy.

Wreszcie wstał i obszedłszy zawalone papierami biurko, podszedł do Cabezano. Zrobił to, co do niego należało. Przy mierzeniu wzrostu karzeł starał się skurczyć w sobie, ale znający już tę sztuczkę medyk dźgnął go w splot słoneczny, a potem rozprostował pchnięciem w obojczyk.

- Stój prosto! – Nakazał.

Po czym zaczął mierzyć. Karzeł ze strachem przyglądał się temu, przełykając z trudem ślinę. Ile cali? Stopy były nieważne, przecież nie urósł o stopę, to by zauważył. Ale czy z czterech stóp i półtora cala nie zrobiły się czasem dwa cale? Albo i trzy? Karły potrafiły rosnąć i do trzydziestki, więc Cabezano obawiał się, że któregoś dnia obudzi się jako karzeł czteroipółstopowy.

Mógłby to wiedzieć wcześniej. Wystarczyło mieć w izbie miarkę, choćby narysowaną na framudze drzwi. Ale Cabezano bardzo się bał. Wolał nie wiedzieć tak długo, jak się da. Dokładnie tak samo, jak w przypadku choroby. Dopiero kiedy ta zjada człowieka powodując ból, lepiej ją zauważyć. Bo wyleczyć choroby się nie da, tego Cabezano był pewien, obserwując wysiłki lekarzy na kilku dworach. Może warto wyrwać ząb, ale jak wątroba czy serce nawalają, to kicha, kapota i grabarz, więc po co się przedwcześnie miotać, szukając driakwi, olejów i psując sobie resztkę życia czczymi rozmowami z konowałami?

Gdyby jednak Causi orzekł, że przekroczył wzrost karła, to Cabezano miałby nieliche kłopoty.

- Wydawało mi się, że urosłeś… – zaczął Causi, podnosząc twarz, a Cabezano za jego plecami widział szafy pełne preparatów. I czuł, że zaraz tam wyląduje z etykietą „Karzeł, który wyrósł na człowieka”. – Cztery stopy i… – tu medyk zawahał się, podczas gdy serce Cabezano biło jak dzwon w sewilskiej katedrze – …no cóż, półtora cala. Albo dwa, ale się ruszasz i nie wiem.

Szary na twarzy Cabezano patrzył, jak medyk macha ręką i podchodzi do innych karłów, rozgadanych i ironicznie dogadujących Cabezano.

Dwa cale! Chryste Panie, to ledwie cal od granicy, za którą nie będzie już nawet pospolitym, wysokim i nieciekawym karłem, tylko nie wiadomo kim – byłym karłem? Na pewno nie człowiekiem. Urodzenie jednoznacznie go z tej kategorii wykluczało!

Trawiony bólem, wsłuchany w szyderstwa, Cabezano za późno dostrzegł bezszelestnie podążającego w ich stronę monarchę. Ocknął się dopiero, widząc klękające karły. Ale i tak nic by nie dało, gdyby dostrzegł księcia równocześnie z nimi. Miał przecież najdłuższą drogę do ziemi, psiakrew! Na kość Liliputa, był bez szans!

Z twarzą na posadzce, spoglądał na buty Juana de Villegasa. Miały ciemnofioletowe, ostre noski, podczas kiedy główna część buta była czarna, skórzana.

Książę usiadł na krześle medyka i przyglądał się jego pracy. Był postawnym mężczyzną, któremu nie tyle wiek, ile zgryzoty związane z urodzeniem i dorastaniem córki przygięły ramiona do ziemi i wyrysowały na twarzy sieć głębokich zmarszczek, a w szarych oczach drapieżnego ptaka wycisnęły piętno rozczarowania światem. Mimo to nadal był chłodnym, skupionym strategiem, który nie wahał się przy podejmowaniu decyzji albo wygłaszaniu sądów, choćby i miał kogoś dotknąć do żywego albo skazać na rok pobytu w więziennej wieży.

„Co on tu robi?” – pomyślał Cabezano z trwogą. To samo pewnie myślały inne karły, bo nawet ich oddechy przycichły.

Ale myliłby się ktoś, kto by sądził, że w obliczu monarchy Causi zacznie się popisywać i udowadniać swą przydatność. O nie, medyk był równie doświadczonym strategiem, a potyczki na pozornie odległych od polityki polach teologii nauczyły go niejednego w kwestii dworskich zachowań. Milczał. Książę obserwował jego zmagania, także nie mówiąc słowa, więc karły w komnacie czuły się tak, jakby brały udział w jakiejś niezwykłej pantomimie albo bitwie toczonej w kompletnej ciszy.

Wreszcie Causi zerknął na listę, wymruczał kilka słów po łacinie i całej partii przebadanych niziołków wręczył po zawiniątku z lekami. Zaraz potem zniecierpliwionym gestem odprawił je do drzwi.

Cabezano z prawdziwą ulgą zwiał na korytarz.

- Juan tutaj? – Szemrały pozostałe karły. – Dlaczego?

Quemasino gdzieś się zapodział. Ale stary Farkad, który pod jego nieobecność zwykle czuwał nad porządkiem, mruknął:

- Idziemy! – A kiedy odeszli trochę dalej, w bezpieczne głębiny korytarza po drugiej stronie łącznika i znaleźli się w dobudowanym skrzydle, gdzie tylko wścibskie ucho szpiega czy dworzanina mogło im zagrozić, rozejrzał się i nie widząc żadnego obcego, wyjaśnił:

- Pewno przyszedł nas sobie obejrzeć i zamienić na nasz temat słówko z Causim. No cóż, zanim wymieni nas na psy, musi poznać stan inwentarza, czyż nie?

Farkad był ponurym, mocno posuniętym w latach karłem z Grenady. Nie pamiętał czasów, gdy rządzili tam Maurowie, choć znał je z opowieści przodków. I choć nigdy nie odważył się tego powiedzieć wprost, mogło się niekiedy wydawać, że tęsknił za powrotem Maurów.

Nic dziwnego, że po takim doświadczeniu Cabezano nie miał ochoty na nic. „Półtora cala czy dwa cale?” – tłukło mu się po głowie.

Wyjątkowo nie był też głodny. Mimo to musiał iść na obiad.

Jak już zostało powiedziane, karły jadały obiady w biesiadnej sali swego Dworu. Obecność była obowiązkowa, chyba że ktoś miał pilne obowiązki. Był to bowiem jedyny sposób, aby choć raz w ciągu dnia Quemasino mógł spojrzeć każdemu z karłów prosto w twarz i coś rzec. Choćby przywołać do porządku zbyt żywiołowego Stoneweela albo ukarać za kolejną złośliwość Trouviera, który lubował się w płataniu okrutnych psikusów zarówno karłom, jak i ludziom.

Przywódca karlego zgromadzenia rozumiał jedną ważną rzecz: jeśli Karli Dwór miał przetrwać pałacowe zawieruchy, należało dbać o porządek, dyscyplinować karły, czasem potraktować je ostrą reprymendą, czasem przeciwnie – pochwalić i w ten sposób usunąć frustrację zagrażającą spokojowi. Choć bowiem karły bywały też szalone i głupie, Quemasino razem z Farkadem i braćmi Oyo zwykle umieli w porę dostrzec niebezpieczeństwo, jakim dla Karlego Dworu bywały ludzkie zachcianki. Ludzie cenili szalone, niebezpieczne karły, zatem najchętniej wszystkie, nawet te mądre i spokojne, symulowałyby ataki szaleństwa. Quemasino bezlitośnie jednak karał udawanie, bowiem zdawał sobie sprawę, że wystarczy przypadkowe nieszczęście – i koniec z Karlim Dworem. Niektórym niziołkom wydawało się, że wszystko im wolno, hulaj dusza, diabła nie ma, lecz Quemasino był jednym z niewielu karłów, które rozumiały, że w istocie to pozór, ograniczają je więzy znacznie silniejsze niż te założone przez księcia ludziom.

Owa inżynieria grupy, równie toporna jak rysy twarzy Quemasino, świetnie się sprawdzała do czasu szalonego pomysłu z wymianą karłów na psy. To zagrożenie okazało się ponad możliwości prostej manipulacji kilkoma karłami.

Cabezano zwykle jadał chętnie, bo przecież był wiecznie głodny. Mimo to pora obiadu nastrajała go zawsze rozterką: czy bardziej lubi jeść, czy woli pozostać głodny i otrzymać burę od Quemasino.

Powodem owej rozterki była, jakże by inaczej, Eleonora. Zgodnie z hierarchią na ludzkim dworze, którą pokraczne zgromadzenie przyjęło za swoją, karlica powinna siedzieć daleko od Cabezano, w lepszej części stołu. Ale uzyskała zgodę na zamianę – i zamiast Usy, ponurego starego karła, którego jedynym grzechem było pryskanie dookoła tłuszczem oraz narzekanie na kastylijskie rządy, Cabezano miał teraz naprzeciw siebie Eleonorę.

Eleonorę i jej oczy. Spojrzenie, które wciąż zdawało się mówić Cabezano to samo: zwróć na mnie uwagę.

Cabezano musiał wbijać wzrok w talerz, co może wychodziło na korzyść posiłkowi, bo przynajmniej nie połknął przypadkiem żadnej kości, ale nie jego nastrojowi. Podejrzewał, że późniejsze wzdęcia brały się tyleż z pospiesznego jedzenia, co i towarzyszącego posiłkowi ponurego klimatu.

Bywało to rozrywką dla innych karłów, szczególnie takich jak Foma, któremu natura popsuła nie tylko wzrost i rysy twarzy, ale dała też ręce i nogi podobne do krabich kleszczy. Pochodzący z rosyjskiej części Azji karzeł uparcie twierdził, że jest potomkiem Dżyngis-chana. Miał ledwie dwie stopy i dziewięć cali wzrostu, karły wyśmiewały go więc okrutnie – bo jakże to, taki pokraka miałby być dziedzicem wielkiego wodza, któremu kłaniały się w pas całe narody? Dlatego ujrzenie kogoś w jeszcze większych opałach niż sam bywał, działało na Fomę lepiej niż leczniczy balsam.

Czasem tylko udawało się Cabezano uciec od tych przykrości, gdy miał służbę przy talerzach. Choć bowiem dla karłów posiłki przyrządzano w kuchni, to nosić talerze i półmiski musiały same, w wyznaczonym czasie pełniąc rolę lokajów dla współbraci.

Dziś jednak nikt nie zamierzał mu dokuczać, wszyscy rozmawiali o wizycie księcia podczas badań Causiego. Dominowało przekonanie, że Juan nie we wszystkim dowierza zakonnikowi i postanowił osobiście obejrzeć karły podczas badania. Za czym musiały się kryć czyjeś podszepty – w domyśle, przeklętej karlicy, która dziś znów nie usiadła z nimi, bo w imieniu księcia pojechała załatwiać coś w Sewilli.

- A ja myślę, że powodów może być pięć czy dziesięć i nie domyślimy się prawdziwego – stwierdziła nagle Eleonora, odsuwając od siebie talerz z zupą. Spojrzała na Cabezano. – Choć niewykluczone, że książę po prostu ogląda swoje zabawki, i tyle.

Gorycz w głosie Eleonory była uzasadniona. Była dziwnym przypadkiem karlicy, która nie mogła aż tak bardzo narzekać na los. Choć niska, ledwie trzy stopy bez cala, zachowała jednak zbliżone do ludzkich proporcje ciała. Twarz miała gładką, tylko trochę grubsze rysy i brwi zdradzały jej pochodzenie. Na portrecie, gdyby Wüpper nie dał żadnego punktu odniesienia, nikt by się nie domyślił jej wzrostu. Co zaś do reszty ciała – no cóż, uznałoby ją za kobietę średniej urody.

O ile Cabezano miał poczucie bycia ni tym, ni tamtym, Eleonora czuła gorycz na myśl, że wygląda jak całkiem normalna kobieta… tylko niższa. Zbyt niska, by być prawdziwym człowiekiem.

- Nie powinniśmy się zadręczać – ciągnęła. – Jest co jest, Cabezano, trzeba szukać radości w tym, co Bóg dał.

Cabezano niedostrzegalnie wzruszył ramionami. Z czego miał się cieszyć, skoro jedynym promieniem światła w jego ponurym życiu, mrocznym jak tyłek Afrykańczyka, była Rosalinda?

- Może – odparł, przyglądając się kościom na talerzu. Układały się we wzór niepojęty, niezrozumiały dla niego, w pajęczynę grubszych i cieńszych połączeń. Sidła? Być może. Czasem tak właśnie się czuł: jakby wpadł w kłusownicze paści.

Westchnął i dodał:

– Ale co się z nami stanie, jeśli wymienią nas na psy, Eleonoro?

Karlica przez chwilę rozważała odpowiedź, spoglądając na inne karły. Przy jednym ze stołów kilka karlic słuchało opowieści Jovany. A mała Lisbet, siedząca trzy miejsca od Pisquito, rzucała mu tak słodkie spojrzenia, że tego cukru wystarczało dla całej sali. Eleonora uśmiechnęła się mimo woli.

- Zawsze ktoś potrzebuje zabawek – zauważyła. – Nawet lekko zużytych, nie sądzisz?

Odpowiedź jeszcze bardziej zwarzyła humor Cabezano. Bo kto potrzebuje zabawek aż tak popsutych jak on?

Musiał się rozluźnić. Musiał, bo czuł, że inaczej zacznie krzyczeć. Nie wytrzymywał napięcia, w którym pogrążyły się oba dwory: Karli oraz ludzki.

Było kilka miejsc i kryjówek, gdzie mógł się schronić przed złością Imogeny czy okrucieństwem innych karłów. Teraz, powstrzymując drżenie nóg, podążył do najlepszego spośród nich: ogrodu na tyłach Karlego Dworu.

Ogród zawsze był dla Cabezano miejscem szczególnym, bo przypominał mu dom. Pałacowe zieleńce, wypielęgnowane, ukwiecone rzadkimi okazami drzew, kwiatów i krzewów, z finezyjnie poprowadzonymi alejkami, zasłonami z żywopłotu, gdzieniegdzie figurami na marmurowych postumentach, oczywiście nie przypominały tamtego miejsca wyglądem. Miały jednak wspólną aurę. Tutaj Cabezano czuł się najlepiej, choć nie każdego dnia pozwalał sobie na samotne wypady do ogrodu. Można tu było bowiem spotkać dzikie zwierzęta – przede wszystkim głodne psy, których nie umiał wyłapać hycel. Zdarzały się dziki. Raz zobaczył jelenia – i bynajmniej nie był to filozoficznie nastrojony do świata jednorożec, tylko dzika bestia, która porzuciła ogryzanie kory i zaczęła z nisko nastawionym porożem szarżować na karła, aż ten musiał się salwować ucieczką na magnolię. A że zdarzyło się to majową porą i drzewo kwitło, obsypało zwierzę płatkami kwiatów, co jelenia doprowadziło do jeszcze większej pasji. Zaczął fukać i walić rogami w pień, usiłując strząsnąć biednego karła i wydusić zeń życie.

Potrzebował chwili oddechu. Nerwowa atmosfera spisku i zagrożenia sprawiały, że stał się jeszcze bardziej niespokojny i drażliwy niż zwykle.

W dali dostrzegł starego Jose, ogrodnika odpowiedzialnego za przytykający do Karlego Dworu fragment ogrodu. Cabezano nie miał powodu dziś się z nim spotykać – właściwie widywał się z nim tylko wtedy, gdy przekazywał mu większość swej pensji w zamian za pozostawienie trawy tak wysokiej, jak tylko się dało. Oczywiście pod murami dobudowanego skrzydła, gdzie mieścił się Karli Dwór, zieleń musiała być wystrzyżona podobnie jak w innych częściach otaczającego pałac ogrodu. Ale tylko na głębokość spojrzenia z okien parteru, gdzie czasem urzędowali ludzie, czyli na pięćdziesiąt kroków. Dalej Jose pozostawiał trawę coraz wyższą, a krzewy całkiem dzikie, tak by po stu krokach od ścian pałacu trzeba się było niemal przedzierać przez trawę i zarośla. To zniechęcało inne karły do zaglądania tutaj, bo bały się zabłądzić, obawiały się też z zadartą głową pokonywać zieleń niczym wezbraną rzekę. Cabezano zaś mógł skorzystać ze swego wzrostu i wagi, bo przecież ludzikowi nawet wysoka trawa sięgała ledwie po pas. Jose był zadowolony, bo miał mniej pracy, a Cabezano mógł tu w spokoju posiedzieć i porozmyślać.

Jak teraz. Rozmowa z Eleonorą jeszcze bardziej go przygnębiła. Zebranie karłów, debatujących, co uczynić w sprawie zagrożenia, było jak sen, który się rozpłynął, zatarł do niejasnych wspomnień. Karlica zaś mimo woli wbiła kolejną szpilkę w serce Cabezano.

Usiadł w wysokiej trawie na skwerze ogrodzonym tylko żywopłotem i popatrzył na pomnik mężczyzny z lutnią. Wzniesiony na marmurowym postumencie, nie był efektowny, pewno dlatego nie przeniesiono go w lepsze miejsce, jak się to zdarzyło kilku innym figurom. Ale jego los dobrze odpowiadał nastrojowi panującemu ostatnio na dworze. Pomnik zaśniedział, mężczyzna wyglądał jakby nosił rozłażące się ze starości szaty. W w pałacu od dawna nikt nie słuchał muzyki. Koncerty, z których dwór ongiś słynął, dziś były tylko bladym i niewiarygodnym wspomnieniem, a grywano jedynie podczas biesiad, do kotleta i by zagłuszyć nieco rozmowy, nie zaś dla przyjemności ucha.

Podobny los spotkał stojące na korytarzach pancerze i kamienne figury. O paradnych zbrojach szkoda dyskutować, trzeba było raczej płakać nad rdzą, zjadającą te cuda precyzyjnej roboty, które przetrwały wieki, nim nastał Juan de Villegas i jego ogarniająca świat depresja. Także greckie i rzymskie dzieła w marmurze, które kiedyś cieszyły oko miłośnika umiejącego docenić finezję dłuta, teraz rozpadały się, jakby świat chylił się ku upadkowi. I chociaż dzieła Fidiasza czy innych greckich mistrzów przeżyły niejeden upadek imperiów, to wydawało się, że zmierzch rodu de Villegas faktycznie pogrąży je w nicości.

Zaszyty w trawie, Cabezano odwrócił się w stronę karlego skrzydła pałacu. To tam toczyło się życie. Tam była Rosalinda. A tu była ucieczka. Zawieszenie w czasie i przestrzeni.

Pokręcił głową i poprawił się cicho:

- Nie. Nie oszukuj się, Cabezano.

Życie było gdzie indziej. W przeszłości, wciąż tkwiącej w głowie karła. Kiedy rodzice go sprzedali, miał cztery latka i choć dziś już nie umiałby opisać ich twarzy w każdym szczególe, wciąż pamiętał, jak tata bawił się z nim w wysokiej trawie. Mały Cabezano, wtedy zwany jeszcze Ignacym, ginął w niej, brnął niby przez jakiś straszny bór, w stronę nawołującego ze śmiechem taty. Ogród i kuchnia ze wszystkimi swoimi zapachami były czymś, co na zawsze stało się wyznacznikiem normalności, której od tamtego czasu nie zaznał.

Położył się w trawie. Coś go zaczęło uwierać w boku, wtedy się zorientował, że zapomniał wyjąć z kieszeni tabletki od Causiego. Sięgnął i wyzwolił je z czeluści sukna. Popatrzył na nie.

Były ciemnoniebieskie, jak niebo wzbierające letnią, orzeźwiającą ulewą, burzą, która ześle tysiąc piorunów, potem tęczę, a na koniec pozostawi jasnoniebieskie płótno bez choćby jednej chmury.

Być może zwiastowały nadzieję. Ale gdy raz dziennie Cabezano połykał jedną z nich, zastanawiał się, na co właściwie jest chory i czy w ogóle. Causi przepisał mu je dawno temu, kazał połykać, ale pytanie o przypadłość zbył. „Po prostu zażywaj” – stwierdził sucho. I odtąd dawał je przy każdej okazji. Podobnie jak innym karłom, bo chyba żaden nie był zdrów – wszystkie coś dostawały, choć pigułki miały różne kształty i kolory.

Cabezano najchętniej by je wyrzucił w kąt korytarza albo zakopał w ogrodzie, bo obserwując praktyki Causiego, zdania na temat chorób wcale nie zmienił. Jednak jakimś cudem medyk potrafił poznać, kto zażywa leki, a kto nie. Któregoś dnia w obecności Cabezano okrutnie sponiewierał obelgami Castora Oyo za to, że ten nie brał pigułek, tylko się ich pozbył. Castor, choć niezwykle czuły na punkcie swej godności, tym razem nie zaprotestował, zakonnik musiał więc mieć rację.

Zważył w dłoni tabletkę. Wziął ją w końcu i połknął.

Nic się nie stało. Jak zwykle.

Pomedytował jeszcze chwilę, a potem wygodniej wyciągnął się w trawie.

Obudził go dopiero zmierzch, śpiew ptaków, nawołujących się do nocnego życia: płodzenia, zabijania, wysysania kwiatów i tego wszystkiego, co stanowi, że jakaś istota jest szczęśliwym ptakiem, a nie karłem.

Na szczęście nikt go nie wołał. Wziął kolację i poszedł do izby, gdzie wbił wzrok w kwiatek od Rosalindy.

Cierpiał.

Rankiem spotkało go kolejne straszne doświadczenie: zaczepiła go Teresa de Sancar!

Gdybyż to przykre zajście miało jeszcze miejsce w Karlim Dworze, na oczach stu karłów, które by widziały, jak Cabezano wije się niczym piskorz, próbując uciec, zniknąć, zapaść się pod podłogę (i najlepiej spaść do kuchni).

Stało się to jednak, kiedy szedł korytarzem drugiego piętra w książęcym skrzydle pałacu. Imogena zażyczyła sobie, aby zaniósł ochmistrzyni sztukę cennego brokatu. Ten był potrzebny na zbliżającą się uroczystość urodzin ojca obecnego księcia.

Cabezano szedł, zaciskając zęby, bo jak większość karłów nie lubił tego skrzydła. Na parterze kryło się małe bestiarium. Co prawda niewiele w nim było żywych stworzeń, ale i tych martwych, wypchanych dziwadeł wystarczyło, by poszkodowane przez Boga lub naturę karły wpadały w gniew lub wrogość na samą myśl, że w pałacu istnieją takie komnaty. Czuły, iż – przynajmniej niektóre, jak Foma czy Tipo, który miał u lewej ręki i stopy po sześć palców – po śmierci mogą zmienić izbę na półkę w bestiarium.

Nagle, gdy Cabezano starał się odsunąć od siebie myśl, że i jego tam umieszczą z napisem „Zbyt wysoki karzeł”, z poprzecznego korytarza wyłoniła się Teresa de Sancar. Na widok Cabezano uśmiechnęła się nawet, darząc go pocałunkiem śmierci.

- Ty tutaj? Doradzałeś księciu? – Zażartowała.

Widać miała powody do radości, ale to, co dla niej było radością, na głowę biednego wysokiego karła mogło ściągnąć prawdziwe nieszczęście!

Wokół pełno było dworskich urzędników, gdyż tu przecinały się drogi sekretarzy i kancelistów. Czasem majestatycznie przeszedł zgorzkniały kanclerz czy przebiegł kurier. Nawet w czasie tej rozmowy ktoś ich minął, a z naprzeciwka, od strony centralnego zgrubienia, nadchodzili dwaj kolejni!

Wystarczy, że ktoś doniesie przywódcy karłów, iż w korytarzach książęcego skrzydła Cabezano rozmawiał z Teresą de Sancar i oboje się śmiali. Któż się przejmie, że usta Cabezano miał zasznurowane jak po ciężkiej ranie. Rozmawiał z karlicą, która pragnęła pozbycia się karłów z dworu. Jeśli ktoś go zadenuncjuje, stanie się to wyrokiem śmierci dla Cabezano.

„Może dlatego w czasie zebrania Quemasino podszedł do mnie? – pomyślał przerażony karzeł. – Może już ktoś rzucił na mnie oskarżenie, by pozbyć się karlego dziwadła?!”

- Muszę iść! – Szarpnął się, wymachując pakietem materiału.

- A idź – powiedziała trochę zdziwiona jego przestrachem Teresa. – Tylko nóg sobie nie połam, biedaku.

Skonfundowany, oszołomiony, dotknięty kolejną tragedią, Cabezano miał dziki mętlik w głowie, nie wiedział, co począć: rzucić materiał, biec do Quemasino i powiedzieć mu, gdzie i kiedy spotkał Teresę de Sancar? Czy liczyć, że nikt nie doniesie?

Wreszcie ochłonął na tyle, żeby nie popełnić głupstwa. Najpierw pobiegł zanieść brokat, a potem wrócił do Karlego Dworu i jak na spowiedzi, a może i uczciwiej, wyznał Quemasino wszystko, ze swoimi lękami włącznie.

Ten zastanawiał się chwilę, wodząc spojrzeniem po izbie, która nie wyglądała wcale jak apartament króla, choćby to był tylko Karli Dwór. Wreszcie Quemasino rzekł:

- Dobrze, że mi o tym powiedziałeś, ludziku. Ciekawe, co tam robiła…

Byłby to pośredni dowód na winę karlicy, gdyby nie jedno „ale”. Teresa de Sancar była jedynym karłem, którego Juan de Villegas poważał za cnoty umysłu. Często wybierała się dla niego w misje dyplomatyczne, bo sam rzadko gdzieś jeździł, woląc polegać na zaufanych osobach. Niechętnie też przyjmował wizyty z zewnątrz. Jego pałac i otaczające ziemie – pominąwszy sprowadzanie niezbędnych towarów, niemożliwych do pozyskania na miejscu – miały być tworem samowystarczalnym, mikrokosmosem, w którym to, co przychodzi z zewnątrz, najczęściej jest złe, jest nośnikiem zepsucia świata.

Równie dobrze, jak omawiać usunięcie z dworu karłów, mogła więc dyskutować z księciem o nowej misji albo doradzać mu w jakiejś sprawie.

- Nikomu o tym nie mów – nakazał Quemasino, robiąc tajemniczą minę, jakby już planował własny ruch. – Ale jeśli znów coś zobaczysz, to mów. Masz dobre oko, karli bracie. – Quemasino podkreślił to „bracie”, widać nie umknęło mu skrzywienie ust Cabezano na słowo „ludzik”.

Uspokojony trochę Cabezano wrócił do swojej izby.

Reszta tego dnia upłynęła spokojnie, chociaż poza Karlim Dworem rozpoczęły się ostatnie przygotowania do uroczystości. Strojono sale, korytarze, szykowano szaty… Karły na razie pozostawiono w spokoju. Ukryty w swej izbie Cabezano nie odczuwał świątecznego nastroju i nie cieszyła go nadchodząca feta. Zresztą cierpiał, bo Rosalinda musiała pomagać w przygotowaniach do święta, nie miała czasu się z nim spotkać.

Jedyną dobrą rzeczą, jaka zdarzyła się tego dnia, była zapowiedź Amunito, że jest gotowy do wygłoszenia kolejnej opowieści.

Noc była ciemna i ponura. Letnia ulewa siekła w blanki i mury z pasją, jakby zarówno budowlę, jak i dworaków chciała obmyć z wszelkich win i grzechów. Deszcz padał z impetem, zalewając wszystkie niedoszczelnione okna i szpary, tworząc kałuże i prawdziwe jeziora deszczowe. Pioruny trzaskały, rozrywając niebo na strzępy, niby tkaninę, która jednak odrastała na powrót. Przeciąg falował arrasem za plecami Amunito.

Nawet Wüpper porzucił pędzle, farby i proszki, oderwał się od sztalug, by tej nocy posłuchać opowieści.

Niemal wszystkie karły zebrały się w biesiadnej sali Karlego Dworu. Dziś rządy przejął Amunito. Przemawiał donośnie, choć był karłem niewielkim i jak większość z nich, zwykle mówił piskliwie. I zwykle nie zawracał sobie tym głowy. Ale kiedy opowiadał, starał się nadać głosowi siłę i barwę głosu stanowczego mężczyzny, choć wymagało to od niego wiele wysiłku. By sprostać wyzwaniu, obok fotela miał ustawiony stolik zapełniony pucharami ulubionego wina.

- Chcecie opowieści? – Spytał wreszcie, widząc, że niemal wszystkie karły zajęły miejsca, a maruderzy przeciskają się przez drzwi, szukając skrawka wolnego miejsca. Opowieści Amunito cieszyły się powodzeniem nie tylko dlatego, że stanowiły urozmaicenie trudnego życia karłów, lecz także ze względu na to, że nie były to zwyczajne historie.

Amunito dotknął czubkami palców jednego z kielichów, jakby szukając tam natchnienia, wreszcie poprawił się na fotelu, zamknął oczy i zaczął mówić:

- Otóż zdarzyło się w XIII-wiecznej Vicenzy, mieście położonym na południu Włoch, że w rodzinie wielkiego pana, San Gerfano, przyszła na świat dziewczynka karliczka. Ojciec w pierwszym porywie złości i rozczarowania chciał ją zabić. Matka dziecka ubłagała go jednak, by żyło, choć musiała się zgodzić na warunek, iż Orsinia (bo tak nazwano dziecko) zostanie starannie ukryta przed światem.

I tak się stało. Umieszczono ją w wieży otoczonej fosą pełną wody, w której pływały jadowite, specjalnie sprowadzone z Kitaju węże. By basztę uczynić jeszcze bardziej niedostępną, w najbliższych jej okolicach San Gerfano kazał umieścić inne dzikie zwierzęta, a na krańcach tego surowego więzienia rozstawił warty, strzegące Orsinii dzień i noc.

Dziewczynką opiekowały się trzy kobiety, również karły, jak my. Jedzenie podawano im przez okienko za pomocą specjalnej drabinki. W tym odosobnieniu dziewczynka nauczyła się czytać – i najchętniej spędzała czas na lekturze. Z książki poznała historię młodzieńca zakochanego w królewskiej córce. Jego ukochaną zły czarownik przemienił w karlicę i oto królewna miała ledwie trzy stopy wzrostu!

Tu Amunito przerwał, bo rozległy się westchnienia kilku karliczek.

- Orsinia doznała wstrząsu – podjął po chwili. – Trzy stopy! To przecież dokładnie jej wzrost! Z całą pewnością zatem i ona padła ofiarą czarów. I jak królewna w średniowiecznym romansie uwierzyła gorąco, że tylko miłość może ją wybawić z nieszczęścia, że pocałunek kochanka zdejmie ciążące na niej przekleństwo.

A już wcześniej Orsinia zakochała się w synu cesarza Fryderyka, Konradzie, wizerunek którego znalazła na monecie. Pewnego dnia, gdy cesarski syn składał wizytę w Vicenzy, Orsinia – nie wiadomo jakim sposobem, choć zapewne przy udziale opiekunek, też przecież mających w piersi karle serca – zdołała się wyrwać z wieży i pobiegła na miejsce, gdzie odbywała się uroczystość ku czci młodego Konrada. Nierozpoznana, przecisnęła się przez tłum i namiętnie przypadła księciu do kolan. Konrad spojrzał ku ziemi, zobaczył brzydką postać skulonej karlicy i ze wstrętem odepchnął ją od siebie.

- Ach, jakże możesz tak mi czynić?! – Krzyknęła zrozpaczona Orsinia.

I padła trupem u stóp księcia.

Amunito zamknął oczy, podczas kiedy karły w napięciu czekały na jego słowa.

- Jaki z tego morał? Ano taki, aby nie zakochiwać się w monetach. – Bajarz zaśmiał się, klasnął w dłonie. Klimat opowieści uleciał, znów byli tu, w pałacu, w Karlim Dworze. Witrażowe okna zalewał deszcz, a ze szpar ciągnęło wilgocią.

Wydawało się, że pora się rozejść, położyć spać. Niektóre karły z szuraniem powstały, rozległy się szmery cichych rozmów.

I wtedy nagle Quemasino powstał z miejsca, podniósł rękę. Karły momentalnie zamilkły, zwróciły się ku niemu, jedne drugim wskazując, że ich przywódca chce coś powiedzieć.

- Czas mija, a my nie zbliżamy się do celu – oznajmił z niezadowoleniem Quemasino, łamiąc niepisany obyczaj, że gdy Amunito opowiada, wszystkie doczesne problemy odchodzą na bok. W końcu to sam Quemasino dla bieżących spraw ustanowił porę obiadu. A teraz to zlekceważył.

– Sfora goni, a my nie robimy nic, aby ją powstrzymać – ciągnął.

Patrzył przy tym na Teresę de Sancar, która, jak zwykle, nie opuściła opowieści karlego bajarza. Oczy miała niby zamknięte, wciąż wsłuchana w gasnące echa opowieści Amunito, ale nie wiadomo, czy po prostu nie spała.

- Przed snem zmówcie modlitwę za naszych braci mniejszych – ponuro stwierdził Quemasino. – Bo oni naprawdę mogą nas zastąpić.

I wolnym, ciężkim krokiem ruszył w stronę swej izby.

 

Rozdział 3

Kilka dni później nadszedł czas uroczystości, na którą dwór szykował się od kilku tygodni. Dla karłów oznaczało to tyle, że trzeba będzie popracować dla księcia.

Dwór Juana miał swoje dziwactwa, w istocie posiadał ich bardzo wiele – i status karłów był jednym z nich. Były niezwykle drogie, a że książę skupował je w ilościach nieomal hurtowych, bardzo podnosiło to cenę. Któż sprzeda niziołka tanio wiedząc, że jakiś arystokrata, choćby na drugim krańcu kontynentu, da siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt sztuk złota po to tylko, aby na swoim dworze mieć nie, powiedzmy, sto sześć, lecz sto siedem karląt? Raz tylko książę sprzedał, miast kupić: wymienił głupiego, acz ładnie się prezentującego Manolo na starego, mądrego Farkada, choć ten był gruby, niezgrabny i pokręcony artretyzmem. Zapewne jednak powód był prosty: karzeł z Granady przypominał mu o triumfach przodków w starciu z Maurami.

A jednak karły nie miały tu wiele zajęć. Ot, czasem zastąpić swego pana i w razie potrzeby wziąć w gębę, jak to się nieomal przytrafiło Reissizegerowi. Największym wysiłkiem było zastępować śmiech właściciela – tu karły były niezbędne. Ale też szybko większość ich posiadaczy doszła do wniosku, że wleczenie za sobą sprytnego, a mającego niewiele do stracenia szpiega nie jest wcale tak wygodne, jakby się z pozoru wydawało. Niemal wszyscy właściciele oderwali tę kulę od nogi, każąc przebywać niziołkom w Karlim Dworze, a przynajmniej poza zasięgiem oczu. Dokładnie tak, jak to względem Cabezano czyniła Imogena. Wyjątkiem był złożony podagrą baron de Altipla, który swego karła Quemasino często wykorzystywał, czy to posyłając w poważniejszych sprawach, czy to po prostu ciesząc się jego towarzystwem jak obecnością znamienitych ludzkich gości.

Posiadacze karłów przyzywali je właściwie tylko wtedy, gdy trafiła się oficjalna okazja. Na przykład uczta z okazji setnych urodzin Antuana I, ojca obecnego monarchy. Starzec od dawna nie żył, ale trudno było zignorować tę okrągłą rocznicę, na to nie poważył się nawet Juan, choć tak daleki od świętowania przy innych okazjach.

Już rankiem odbyła się w ogrodach konna parada, książę wygłosił stosowną mowę, a potem w pałacowej kaplicy odprawiono mszę za pamięć Antuana. W niektórych z tych czynności Cabezano musiał uczestniczyć, ale zęby mu cierpły z niechęci, więc za cichym przyzwoleniem Imogeny zwiał tak szybko, jak się dało.

Teraz jednak musiał znów zapracować na swoje utrzymanie.

Cabezano ze wstrętem zerknął do kufra, gdzie trzymał odzienie. Było tego ledwie kilka sztuk, raczej znoszonych niż nowych, bo na te drugie nie było go stać. Z westchnieniem wyciągnął żółty jak żonkile kaftan i niebieską koszulę z bufiastymi rękawami. Naciągnął to na siebie jak przyciasną skórę, po czym zerknął w wiszące na ścianie małe, miedziane lustro. Cóż, wyglądał tak, jak się spodziewał, czyli źle, jak jakaś przerośnięta papuga.

Ale miał gdzieś, czy ktoś go weźmie za kwiatek z ogrodu, gargantuiczne bawidełko, pokraczną lalkę czy jeszcze coś innego. Miał być oficjalnym karłem na oficjalnej uroczystości, to będzie. Cabezano, sztuk jedna. Stawił się, wypełnił obowiązki, wolny do następnego razu.

Inne karły też przygotowywały się w komnatach i kiedy szedł korytarzem pomiędzy dwiema kondygnacjami mieszkań, zmierzając w stronę głównych schodów, dobiegały go przekleństwa, odgłosy sprzeczek i złości. Najgłośniej było w dwóch komnatach zajmowanych przez Ralfiego i Zaka, choć najbardziej niósł się stamtąd głos Helgi.

Wszyscy troje pochodzili z Norymbergi. Tam najlepiej poradzono sobie z udoskonaleniem produkcji karłów metodą obsuszania w alkoholu. Książę Juan wysłał tam człowieka, aby sprawdził, czy to prawdziwe karły i ten przywiózł mu trójkę, dwóch mężczyzn i dziewczynkę, którzy, jego zdaniem, i tak byli karłami, a alkohol tylko ich pomniejszył. Mieli po trzy stopy wzrostu, a tak mieliby może po trzy i pół? Czuli się jednak ludźmi. Zajęli w Karlim Dworze trzy małe izby, dwaj mężczyźni obok siebie, na parterze blisko wyjścia do przedsionka, a dziewczyna po drugiej stronie korytarza, na piętrze. Norymberczycy dwie izby leżące obok siebie dyskretnie przebili, drzwi drugiej komnaty zamknęli na stałe od wewnątrz, wejście zasłonili skrzynią i w ten sposób zyskali izbę, w której nikt nie był w stanie ich niespodziewanie najść. Reszta karłów podejrzewała, że zabawiają się tam we trójkę, a może nawet torturują zwierzęta? Zginęło kiedyś kilka królików, a z podwójnej izby docierały dziwne piski. Wszyscy troje spali w trzeciej izbie, tej należącej do dziewczyny. Quemasino pozwolił na to, woląc mieć spokój, niż daremnie podejmując próby wychowanie karłów.

Cabezano wzruszył ramionami. Nic do nich nie miał. Ralfi, Zak i Helga nie dokuczali mu, chcieli tylko świętego spokoju, a że byli samowystarczalni, to tylko lepiej.

Wreszcie dotarł do komnat nieszczęsnej Anny Marii, najmłodszej córki księcia, gdzie czekała już Imogena.

Obrzuciła go krytycznym spojrzeniem, ale nie powiedziała ani słowa na temat stroju.

Cabezano zaś przyglądał się jej toalecie. Musiał przyznać, że dobrze wyglądała w sukni koloru wymoczonego łososia, skromnie przybranej falbanami, szerokiej u dołu, zwężającej się ku górze niby odwrotnie położony kwiat lilii. Na czarnych, spiętych w kok włosach położyła kilka pereł, a na piersi spoczęła ledwie jedna, za to duża bryłka jadeitu oprawnego w srebro. Nie zgadłbyś, że Imogena ma pięćdziesiąt lat i jest zgorzkniałą zrzędą.

Dla odmiany Anna wyglądała zdecydowanie źle, pomimo że miała ledwie dziewiętnaście lat i sam wiek powinien być jej wielką siłą. Wybrała ciemną purpurę – a ta może byłaby dobra, gdyby towarzyszyły jej gracja i uśmiech na twarzy, żywy błysk w oku oraz wdzięczna postawa, słowem coś, co dodawało uroku Rosalindzie. Ale gdy Cabezano spoglądał na ponure oblicze Anny, ściągnięte brwi i twarz tak pociągłą, jakby należącą nie do człowieka, lecz nerwowo rozglądającego się po więzieniu szczura – córka księcia zdała mu się w tej sukni truchłem oblepionym zakrzepłą krwią.

Tu trzeba dodać, że spośród tych znaczących, Anna była jedyną osobą na dworze, która nie miała własnego karła. Wymogła to na księciu, albo też on na niej. Może i dobrze, bo cóż to byłby za widok: pokraczny karzeł, kroczący za jeszcze bardziej pokraczną, choć w inny sposób, Anną Marią? Tego mogłyby nie wytrzymać nawet te ciemne i duszne korytarze, przypominające skamieniałe jelita. Wystarczyło, że Imogena wlecze za sobą jakiegoś maszkarona, niby-człowieka, potwora, który nigdy nie powinien obejrzeć dziennego światła, bo zaprzecza za jednym zamachem obu porządkom: ludzkiemu oraz karlemu, oba stawiając wobec pytania, gdzie kończy się bycie człowiekiem, a gdzie zaczyna się karlęctwo?

Wyszli z komnat księżniczki i zmierzali w stronę wielkiej sali biesiadnej na parterze książęcego skrzydła. Tłum ożywionych dworzan rozstępował się przed nimi, jak woda ustępuje miejsca groźnej karaweli z działami gotowymi do oddania salwy.

Tego dnia pałacowe życie przestało ciurkać wąskim strumykiem pod ścianami. Na parę chwil wyszło z ukrycia – pod pretekstem uczczenia pamięci jednego z de Villegasów dworzanie i goście trącą trzymaną w ukryciu nutę radości, odwrócą monetę awersem, jasną stroną życia.

Radość ta miała jednakże gorzki podtekst, przynajmniej dla wszystkich spowinowaconych więzami krwi czy interesu z de Villegasami. Nic nie wskazywało, by w przyszłości ktoś z rodu świętował dwusetną rocznicę, skoro Anna Maria jest, jaka jest, a jedyny syn księcia ruszył w świat, podobno zresztą wyklęty przez ojca na wieść o tym, że bardziej lubi chłopców od niewiast.

Choć ani Annie Marii, ani towarzyszącej jej świcie nie spieszyło się na przyjęcie, jednak w końcu dotarli tam, gdzie miała dziś królować radość, tak rzadkie uczucie na tym dworze. Przystrojone korytarze wiodły ich prosto w trzewia biesiady. Jeszcze tylko pokonają wielkie rzeźbione odrzwia i znajdą się w środku. Uczta już trwała, niedawno wzniesiono oficjalne toasty. Anna celowo się spóźniła.

Cabezano aż się skrzywił z obrzydzenia na myśl, że i tak przyjdzie im stracić wiele czasu i nerwów w tym piekle.

Nie wszyscy na przyjęciu szukali radości. Na pewno nie człowiek, który stał samotnie niedaleko wejścia do sali, z uwagą obserwując wchodzących. Cabezano i Imogenę też obrzucił czujnym spojrzeniem, które miało w sobie coś z dotyku wężowego języka.

Valverde był łysym, pokracznym człowiekiem – gdyby nie wzrost, śmiało mógłby wstąpić w szeregi Karlego Dworu. Oblicze jego było szpetne, pokryte dziobami i zniekształceniami bardziej widocznymi niż u większości karłów. Te, nawet jeśli rysy twarzy miały kanciaste, to przynajmniej gładkie, chyba że jak Farkad ostentacyjnie nosiły brodę.

Odpowiadał za to, aby na dwór nie wkradł się żaden zamachowiec, a jeśli już zdarzy się jakiś truciciel, żeby nie dosięgnął figur, a jedynie pionki, nim zostanie pochwycony w sidła dworskiej bezpieki. W tym celu nie tylko pośród ludzi miał swoich zaufanych szpiegów. Szeptało się w Karlim Dworze, że nawet pewien niziołek skusił się na jego żołd.

Valverde mało kogo słuchał, mało komu ufał, nawet medyka przywiózł sobie stamtąd, skąd przybył, czyli z Wiednia. Ów Hörring nie wtrącał się do leczenia podagry, skrofułów czy połamanych nóg, za to podczas przesłuchań w pomieszczeniach swego szefa z oddaniem i pasją kroił, przypalał płomieniami czy dokonywał badań za pomocą szczypiec.

Można było mieć pewność, że obok jawnie działających ludzi Valverde’a, wielu innych będzie tego wieczora próbowało wtopić się w tłum, by czuwać nad bezpieczeństwem i spokojem panujących.

Anna niechętnym spojrzeniem zmierzyła rozjaśnioną salę biesiadną, po cichu zaklęła i rzuciła:

- Idziemy!

Pierwsza przekroczyła próg, wpadając w wir muzyki i gwar rozmów. Cabezano zacisnął zęby, ruszając za obiema damami. Starał się wyglądać, jak na karła przystało, nie zaś na jakiegoś buntownika i kontestatora, a tym bardziej – spiskowca, bo do rozmowy przy użyciu ognia i żelaza nie bardzo mu było spieszno.

Również Anna bardzo się starała nie wywołać skandalu. Niezgrabnie skłoniła się siedzącym na honorowych miejscach ojcu i księżnej, Blance Domenice, oraz baronowi de Altipla, który na tę okoliczność zdołał pokonać odległość dzielącą jego komnaty od sali biesiadnej. Zignorowała otaczających ich arystokratów, próbujących się wkupić w łaski monarchy, po czym ze świtą ruszyła tam, gdzie skierowała ich służba, do bocznej sali, gdzie ta nieszczęsna trójka miała wyznaczony odrębny stół. Do towarzystwa przydzielono im grupkę biesiadników, którzy albo czymś się ostatnio księciu narazili, jak dworski astronom Varginelli, albo nigdy by nie dostąpili zaszczytu wzięcia udziału w uczcie inaczej niż w roli towarzystwa dla biednej Anny.

Stoły zastawiono jak w wielkiej sali, a pod ścianami oczekiwało trochę służby – bo przecież mimo wszystko była córką Juana. Ale naprawdę radosne były wyłącznie stroje siedzących. Blask świec wydobywał z ich twarzy pewne napięcie.

Wiedzieli, co się zdarzy. Jak wszyscy na dworze.

Anna stanęła pośrodku, nagle zadrżała i głośno wciągnęła powietrze. Jej ramiona wstrząsnęły się, niby gwałtownie poruszone żyłkami jakiegoś kukiełkarza.

- Cholera! – Wrzasnęła. – Kurwa mać! W dupę Olivaresa!

I zaczęła tupać, gwizdać, cmokać. Krzyczała wciąż, rzucała obelgami, których nie powstydziłby się najgorszy bandzior z rynsztoków Sewilli czy kochającej odważnych rzezimieszków Panamy. Służba przemykała pod ścianami, schodząc jej z drogi. Dziewczyna podrygiwała, rzucała głową jak rozwścieczony kogut, tupała. Całe szczęście, że muzyka dobiegająca z wielkiej sali zagłuszała wrzaski, czyniąc je co najwyżej podobnymi do pijackich okrzyków albo z emfazą wznoszonych toastów.

Cabezano spoglądał na widowisko nieruchomym wzrokiem, podobnie jak Imogena. Byli przyzwyczajeni.

Juan de Villegas nie tylko z synem miał wielki problem. Również Anny nigdy nie wyda za mąż. Cabezano pamiętał, co mu kiedyś w przypływie szczerości powiedziała: że chętnie by się z nim zamieniła.

Jej kłopoty zaczęły się zaraz po urodzeniu. Na policzku niemowlęcia odkryto dwie czerwone blizny, jak od pazurów tygrysa. Ojciec księcia zaplanował jej ślub – mariaż z Olivaresami z królewskiego dworu umówił, gdy była jeszcze w łonie matki. Miał na względzie awans całego rodu. Wezwał zatem zielarzy, zaklinaczy, a nawet doktora Bordone’a, sławnego na cały Paryż z usuwania skaz na skórze bogaczy, którzy mogli zapłacić sto dukatów za kurację włosami bagiennych nimf i jednorożca płaczącego o wschodzie słońca.

Obaj z ojcem dziecka szukali wszelkich sposobów na pozbycie się nieszczęsnych pręg, wpadając w coraz większą rozpacz i gniew na medyków, którzy umieli brać tłuste sakiewki, ale na tym ich zdolności się kończyły. Wreszcie – gdy dziecko zamiast zdrowieć pod wpływem kuracji, dostało jeszcze nerwowych tików na twarzy, zaczęło skakać i podrzucać ramionami – jeden z uzdrowicieli rzekł, że widać nie bez powodu szaleństwo pogłaskało je po buzi swymi pazurami. Pewno książę bestię przyciągnął swymi występkami. Uwagę tę skierował co prawda do kolegi po fachu, ale zapomniał, że książę ma swoje ucho nawet w najciaśniejszej izbie pałacu. Skończył z mieczem w plecach, a pozostałych szarlatanów przepędzono, gorycz jednak pozostała, bowiem Olivaresowie wycofali się z ożenku.

A potem doszło najgorsze. Nie wiadomo, czy z powodu blizn, czy jakiejś innej choroby, Anna Maria zaczęła się zachowywać coraz dziwniej. Jako dziesięciolatka była już stracona dla świata. Na wpół szalona, brzydka i niebezpieczna, kiedy wpadała w szał i przeklinała obelżywymi słowy, mogła w afekcie kogoś zabić, na przykład Imogenę albo Cabezano. Nerwowe tiki potrafiły na całe dni wziąć we władanie jej twarz i resztę ciała, a z ust płynął potok wyzwisk, obelg i innych nieczystości. Chwile zupełnego spokoju zdarzały się rzadko.

Teraz nagle zamilkła i potoczyła zmęczonym wzrokiem po sali.

- Usiądźmy – stwierdziła ochryple.

Jak na skinienie dłoni, służba w czarnych strojach rozjaśnionych koronkami ruszyła im usługiwać. Zaczęli jeść, podczas kiedy w większej sali życie toczyło się swoim rytmem, z muzyką, hałasami, większą ilością świec. Tam było centrum świata, a przynajmniej wewnętrznego mikrokosmosu, którym rządził książę Juan.

Wreszcie Anna wypluła jakąś kostkę wprost na talerz i spojrzała na astronoma, który siedział obok i podparłszy brodę ręką, zamyślił się głęboko. Nie było pewne, czy w ogóle zauważył atak choroby księżniczki.

- No i co widać w planetach? – Zagadnęła.

Varginelli wzruszył ramionami. Odwzajemnił Annie spojrzenie, a chociaż twarz miał mniej poznaczoną bliznami niż ona, bo tylko lewe skrzydełko nosa zdobił mały ślad po jakimś zranieniu czy wrzodzie, to jednak wcale nie wydawał się przez to lepszy.

Sięgnął po kielich wina i odparł z niechęcią:

- Nic nie widać, księżniczko, bo twój ojciec skąpi pieniędzy na instrumenty. I gdy inni szukają na niebie wędrujących gwiazd, o których w pismach krążących pomiędzy naukowcami mówi się od lat, a monarchowie budują im obserwatoria, posyłają na wojaże, by nie tylko listami, ale w osobistej rozmowie mogli poszerzać wiedzę ku chwale swego władcy, ja tu tkwię jak mucha w sieci. Nie mogę się nawet doprosić, by książę ostatnie piętro starej wieży przeznaczył na obserwatorium i wysupłał trochę grosza na lunetę mojego pomysłu, którą w gorszej wersji opisywał mi Digges, znajomy astronom z Anglii.

Wypił wino do dna i odczekał, aż stojący za jego plecami służący znów naleje trunku z karafki.

- Zatem nic nie widzę, chyba że wypiję dostateczną ilość wina.

Ta skarga nie wywarła na Annie żadnego wrażenia. Wzruszyła ramionami, bo instrumenty służące do obserwacji niebios nie obchodziły jej wcale, i odwróciła się do Imogeny. Cabezano, który zdążył zaspokoić pierwszy głód, skorzystał z okazji, zsunął się ze stołka i ruszył do wielkiej sali.

Tam akurat, stojący w grupie kilkunastu karłów, wściekły Quemasino wymachiwał rękoma. Cabezano chciał ich ominąć, sterując ku stołom, ale został przywołany niecierpliwym gestem przywódcy karłów.

- Ten dureń – półgłosem oznajmił Quemasino, który tego wieczora wyglądał jak mały arystokrata, pomniejszona kopia barona, który zasiadał u boku Juana de Villegasa – ten dureń opowiada o spisku!

Wskazany Stoneweel był pijany w sztok. No cóż, na ucztach wiele karłów upijało się, wiedząc, że mogą, a czasem nawet powinny, by dać zabawę swoim właścicielom i całemu dworowi.

- Ale don Grive wziął to za żart – bronił się teraz lekko bełkotliwie, a jego szkocki strój marszczył się, gdy niezdarnie gestykulował. – Czy ktoś by poważnie traktował słowa pijanego karła? A obiecałem, że go rozbawię, jak mi da trzy marawedy, żebym sobie nowy kilt mógł sprawić, bo w starym dziury na dupie od siedzenia się robią…

Quemasino przerwał potok prostackich wyjaśnień i wściekłym szarpnięciem odwrócił go we właściwą stronę.

- A ci dwaj? – Syknął.

W odległym kącie sali, trzymając kielichy w dłoniach, Causi rozmawiał z Valverde. Dziwny sojusz, pomimo dzielącej ich nienawiści. Czyżby któryś z nich wpadł na trop spisku i teraz wspólnie zastanawiali się, co począć? Wyglądali jak całkiem dobrana para: Valverde w roli Śmierci przyobleczonej w czarne szaty, nieskażone choćby kroplą bieli koronek oraz Causi, Sumienie w bieli dominikańskiego habitu, przykrytego częściowo tylko rozchylonym czarnym płaszczem. Mimo gorąca, zakonnik założył pełny strój swego zgromadzenia. „Może coś ukrywa pod połami?” – pomyślał Cabezano.

- Uch! Zapłacisz mi ty za to – warknął Quemasino, wyrywając Cabezano z zamyślenia. Karzeł drgnął nerwowo, ale na szczęście w tej samej chwili przypomniał sobie, że przywódca karłów nie jego strofuje. – A teraz precz i pilnuj się, mówię!

Cabezano powrócił do zajęcia, dla którego, jak mu się zdało, Bóg powołał go do istnienia na tym potwornym świecie. Słudzy w liberiach patrzyli na niego z nienawiścią, ochmistrz pogroził palcem, ale karzeł miał to gdzieś. Bo co mu zrobią? Zeżarł chyba z pół świniaka, całego bażanta, sporo owoców i wypił z dziesięć kielichów wina, aż poczuł przyjemne oszołomienie.

Wydało mu się w pewnej chwili, że widzi Stoneweela skradającego się za Teresą de Sancar. Wzruszył ramionami. Niech głupi Szkot idzie, gdzie chce i za kim chce. Cabezano, zgodnie z przestrogą Quemasino, postanowił przeczekać ucztę najbezpieczniej jak można i w nic się nie wplątać, za to napełnić brzuch niczym solidną beczułkę. Był zresztą przekonany, że w czasie uczty nic się nie wydarzy, bo któż byłby tak śmiały, aby znieważyć pamięć Antuana? Szkot, nawet pijany, wiedział, gdzie są granice, miał sporą praktykę w upijaniu się bez konsekwencji w postaci szubienicy.

„Jak dotąd” – poprawił się w myślach Cabezano. To spostrzeżenie rozbawiło go tak, że zaśmiał się głośno, budząc czujne spojrzenia Gonzagi i jego krewnych, którzy wisieli u książęcego stołu jak pijawki, niewiele robiąc, za to się tucząc. Teraz senior rodu, stary Rodrigo, zmierzył karła takim spojrzeniem, jakby chciał rzec „Wyrwę ci jęzor, podsłuchiwaczu”. Cabezano przewrócił oczyma i fuknął przez nos niczym wieprz. Tak, niech go nienawidzą jeszcze bardziej. Tak, proszę. Unikając uderzenia pięścią, na pożegnanie porwał młodszemu z braci Gonzagów kawał bażanta, a co!

Nagle w tej części sali, do której akurat pchnęły go pokusy apetytu i czynienia złośliwości, rozległ się nieprzyjemny szmer.

To Anna znów się pojawiła. Stojąc w przejściu pomiędzy izbą, gdzie miała siedzieć na wygnaniu, a wielką salą biesiadną, gdzie pod pretekstem urodzin Antuana de Villegasa korzystano z okazji, by najeść się do syta i pośmiać, książęca córka obserwowała świat, od którego tyleż sama się odcięła, co i on ją odrzucił.

Sama również wyczuła, że wiele osób skrzywiło się z niesmakiem, choć dyskretnie. Zmierzyła zgromadzonych nienawistnym spojrzeniem.

Ku niej, wyczuwając nagłe ochłodzenie klimatu, już zmierzali, nadchodząc z różnych krańców sali, Valverde i Causi. A księżna błagalnym gestem uniosła dłoń, by powstrzymać córkę. Zniknął już jeden z niewielu ludzi, których Anna szanowała, stojący u kresu życia baron de Altipla. Być może jedyny, który mógł próbować ją powstrzymać, bo choć nikt o tym nie wiedział, kochała go bardziej niż ojca. Nawet jeśli któryś z dworaków łączył ją ze starcem, to raczej myśląc, że z dwojga kalek lepszy baron, bo przynajmniej normalnie mówi, choć trzeba go nosić na krześle.

- Głupcy! – Warknęła Anna Maria, a przez jej poznaczoną bliznami twarz przemknął grymas nienawiści. Uśmiechnęła się szyderczo. Podniosła głos, by każdy najmniejszy szarak w tej komnacie mógł ją usłyszeć. – Złamane knuty! Pluję na was! – I ruszyła do drzwi, które słudzy otworzyli. Natychmiast wyszła, szeleszcząc suknią w kolorze poczerniałej krwi. Za nią już biegła Imogena, trzymając w ręku skraj swojej toalety, blada z przerażenia, że nie upilnowała księżniczki.

Cabezano nie wiedział, co zrobić. Uznał, że najlepiej uczyni, pozostając na miejscu.

Biedna Anna. Biedna, biedna. Chciałaby się z nim zamienić? Ale jej otworzyli drzwi, a Cabezano rozpłaszczyłby się na nich nosem. I jeszcze któryś z dworaków poprawiłby mu nogą kształt siedzenia.

Uczta wciąż trwała, bo taka jest logika uczt. Muzyka grała, ludzie jedli, pili, nawet karły po wrzuceniu do gardeł jadła i napitku powoli traciły chęć protestowania przeciwko takiemu życiu. Nikt się nie przejął obelgami Anny.

Cabezano miał mieszane uczucia względem takich biesiad. Nozdrza wypełniała mu woń dziesiątek potraw, za które dałby się posiekać – te wszystkie pieczenie, pasztety, ptactwo, z bażantami na czele, sosy o wymyślnych smakach, wszystko, co wiecznie głodnemu karłu wydawało się kwintesencją istnienia dworu. Nietrudno było się do nich dobrać. Jedni karmili go dla zabawy, inni ze współczuciem, a niekiedy korzystał ze swej wątpliwej karlej reputacji – podchodził lub wskakiwał na stół i bezceremonialnie kradł to, co mu akurat najbardziej pasowało.

Ale był bystrym karłem. Już dawno temu dostrzegł pewną prawidłowość: w miarę zaspokajania przez uczestników biesiady głodu, narastał nastrój znużenia, by nie rzec, obojętności.

Dwór był równie ponury jak monarcha, więc jedyną zabawą, jaka oprócz jedzenia, rozmów i muzyki wchodziła w grę, było…

Hasło do niej rzucił jeden z prywatnych sekretarzy księcia, Bastian de Trujillo, otwarcie nienawidzący karłów, pewno dlatego, że sam nie grzeszył posturą. Może bał się pomylenia z nimi? Wolał więc być po stronie tych, którzy grają, niż tych, którymi grają.

- Dalejże, pora polować na karły! Panie, pozwolisz? – Spojrzał na księcia, który przysypiał, lekko wsparty na ramieniu księżnej.

Była to zabawa, na którą Juan pozwalał może raz w roku, oszczędzając karły. Teraz jednak, dyskretnie przebudzony przez małżonkę i zapewne nie pojmując do końca, w czym rzecz, machnął aprobująco ręką.

To wystarczyło. Książęcy łowczy, Guillermo Tradore, patrzył na to z dezaprobatą („Polowanie na zamku? A cóż to za karykatura prawdziwych łowów?” – zawsze powtarzał). Mimo to zaraz w dłoniach wielu mężczyzn pojawiły się łuki z tępymi strzałami, a służba odsunęła stoły na bok, wypychając karły na wolne miejsce. I zaczęło się polowanie, absurdalne w swej istocie, lecz dla dworzan spragnionych jakiejkolwiek rozrywki niezwykle atrakcyjne. Bo przecież nawet polowanie na całego niedźwiedzia nie niesie w sobie tyle radości, co na kogoś będącego, niechby tylko w połowie, człowiekiem.

Cabezano stanowił największy, przez to pozornie najłatwiejszy cel, ale nie darmo bywał częstym gościem w ogrodzie za Karlim Dworem. Choć zwykle polegiwał w ciszy, to jednak czasem biegał tam i ćwiczył, chcąc w razie czego umieć bronić się przed innymi karłami albo ludźmi. Teraz to się przydało. Co prawda kilku głupich dworaków natychmiast jęło go ostrzeliwać, ale tylko jedna czy dwie strzały nieszkodliwie trafiły go w ramię. Większości unikał, skacząc po stołach, nurkując pod krzesłami czy zasłaniając się damami, które też chciały poczuć smak polowania i wcale nie bały się wkroczyć pomiędzy karły.

Było to barbarzyńskie polowanie, na które jednak Juan udzielił przyzwolenia, a żaden z karłów nie ośmielił się zaprotestować. Mogły dać się ustrzelić, z zabawy wykluczało je trafienie równie celne, co prawdziwą strzałą: w pierś albo głowę. Ale karły uciekały, bo zamiast w pierś, można było dostać w oko, a  nawet tępa strzała wybije je z łatwością. Poza tym, na rejteradę nie pozwalał im honor.

Szybko ustrzelono większość małych, głupich zabaweczek, które umiały piszczeć, a zrozumienie, że do nich strzelają, było ponad możliwości ich głów. Co prawda rozdętych niby banie, ale pełnych siana, jak z ironią – o wszystkich karłach – powiedział jeden z dworaków, lepszy od karłów w tym, że o dwie stopy wyższy. Bo na rozum z takim Quemasino, Wüpperem czy karlicą de Sancar mierzyć się nie mógł bez obawy zrobienia z siebie pośmiewiska.

Nagle jeden z obiektów polowania, mały Loevre o twarzy upośledzonego umysłowo aniołka, dostał strzałą prosto w pierś. Krzyknął, przewrócił się teatralnie, zaczął podrygiwać.

- Trafiłem – zawołał uradowany strzelec, de Soto, z rozmachem kłaniając się damom. – Pif-paf i moja zdobycz!

Wszyscy oczekiwali, że teraz karzeł powstanie i podejdzie, przyznając się, że został śmiertelnie trafiony, choć tylko na niby. Tymczasem Loevre wciąż wił się jak wąż, wyginał i bełkotał.

Nagle z jego ust wyciekła strużka krwi, szarpnął się raz i zamarł.

- Dosyć! – Ostro krzyknął Quemasino, który zorientował się, że dzieje się coś niedobrego i zdążył już podbiec do nieszczęsnego karzełka. – On umiera!

W jednej chwili zabawa obróciła się w tragedię. A choć ludzi było więcej i byli więksi, Quemasino, jako jeden z nielicznych miał posłuch pośród obu ras. Stał za nim baron de Altipla, wobec którego Juan miał dług wdzięczności z dawnych czasów, a szanował go też jako człowieka, choć obecnie, złamany własnymi klęskami, przestał słuchać jako mentora.

Causi wyplątał się wreszcie zza barykady stołów i pojękujących, nerwowo szumiących barwnymi jak tęcze wachlarzami dam. Nadbiegał, jęcząc:

- Nie psuć mi karłów!

Przyklęknął obok Quemasino, dokonał pobieżnych oględzin, wreszcie zaczął się modlić.

Nie wiadomo skąd pojawił się Hörring, niezaproszony przecież przez księcia na ucztę. Czyżby Valverde spodziewał się kłopotów i trzymał go bliżej niż w swoich komnatach w przeciwległym krańcu pałacu? Teraz wypchnął go przed siebie. Mimo protestów Causiego, drugi medyk szybko ukląkł obok ranionego karła. Dotknął palcami jego szyi, potem sięgnął do swojej kieszeni i wyjął metalową płytkę. Przyłożył ją do ust karła – wszystko to na oczach widzów, którzy w napięciu obserwowali ten akt medycznego profesjonalizmu.

Wreszcie Hörring odjął płytkę od ust Loevre’a i obejrzał.

- Zdechł – rzucił szorstko. Wstał z klęczek, otrzepał dłonie z niewidzialnego pyłu i niby duch zniknął za plecami szefa bezpieczeństwa.

Causi zaklął. Dał znak służbie i ta wyniosła ciało Loevre’a.

Gdyby w tej chwili Juan dał znak, biesiada w jedno uderzenie serca by się zakończyła. Ale on podszedł do najbliższego stołu, własnoręcznie nalał sobie wina do pucharu i z ponurą miną patrzył dalej. Więc kilku panów również chwyciło za kielichy, któryś skinął dłonią i jeden ze skrzypków zagrał smutną melodię. Akurat pasującą do tego, co działo się zawsze na dworze.

Quemasino poszedł do księcia i coś mu tłumaczył, gestykulując żywo. Ten po chwili przekonywania kiwnął głową.

- Wracamy do Karlego Dworu – z ponurą miną oznajmił Quemasino, gdy wrócił do skupionych pod ścianą przestraszonych karłów.

Powoli opuściły salę, przeklinając chwilę, w której postawiły tu stopę.

Atmosfera w Karlim Dworze była ciężka. Śmierć małego Loevre’a podczas biesiady wstrząsnęła wszystkimi o wiele bardziej niż groźba wymienienia na psy.

Cabezano siedział w swojej izbie, obracał porcelanowy podarunek od Rosalindy i gorzko rozmyślał nad tym, że Anna się myli, że ich sytuacja jest nieporównywalnie inna. Czy ktoś odważyłby się do niej strzelać? Może, gdyby urodziła się nisko, na glinianej polepie, gdzie brud i nędza, miałaby rację. Lecz błękitna krew czyniła ją lepszą, choćby nie wiadomo jakie choroby w sobie nosiła i jak szpetne miała oblicze.

Urodzić się karłem – to dopiero przekleństwo. Przekleństwo bycie wieczną zabawką w rękach ludzi. Nawet szlachectwo karlicy de Sancar nie czyniło jej człowiekiem.

Niefortunny strzelec nie poniesie żadnych konsekwencji. A choć humor się księciu jeszcze bardziej zwarzył, czy odwołał biesiadę? Nie, bo kto by ją odwoływał z powodu śmierci karła? Żeby jeszcze trafiony został jakiś znaczący liliput, ale co kogo obchodzi cichy i nieśmiały karzeł zbrojmistrza, który też nie przepadał za swoim przymusowym nabytkiem?

Tak siedział Cabezano, snując mroczne myśli, gdy nagle na korytarzu wszczęło się poruszenie i krzyki.

Zrazu nie chciał się nigdzie ruszać, miał przeświadczenie, że jeśli otworzy drzwi izby, znów stanie się łatwym celem. Dopiero okrzyki „Loevre! Loevre wrócił!” wywabiły go z ciemnicy bezpiecznej niby lisia nora.

Jakoż i od strony przedsionka kroczył ku Cabezano mały karzełek, niby duch zmarłego, który po raz ostatni odwiedza swój dom, nim łaskawa dłoń wydźwignie go ku niebiosom lub strąci w piekielne otchłanie.

Quemasino też wyskoczył z komnaty. Patrzył spokojnie na karzełka, który szedł poniżej, zmierzając do swojej izby, jakby lekko oszołomiony. Chyba że to duch szedł, Loevre bowiem pozostawał obojętny na okrzyki.

Nikt nie miał odwagi go powstrzymać. Bo jeśli jest duchem, cóż można zrobić? Żaden z karłów nie chciał ryzykować życia, nawet tak nędznego jak to, które każdy z nich wiódł.

Dopiero Quemasino chwycił poręcz i z gracją cyrkowego atlety przeskoczył nad nią, w locie obracając się, by z łomotem wylądować na parterze, twarzą do Loevre’a.

- Loevre? – Spytał, a jego głos zadrżał, jakby naprawdę wierzył, że ma przed sobą ducha, który przybył z zaświatów, aby załatwić jakąś sprawę. – Loevre, to ty?

To zatrzymało karzełka.

- Ja – odparł, ale jakoś tak płaczliwie. Nagle jego krok zmienił się, dwa razy stąpnął nierówno, jakby omijał niewidzialną przeszkodę, i stanął przed Quemasino, chwiejąc się niby słabe drzewko pod naporem wiatru.

- Ja – powtórzył, a w jego oczach malowała się prawdziwa niepewność. – Chyba ja.

Quemasino skinął głową.

- Chodź do sali biesiadnej, opowiesz nam, co się stało.

I poszli, przodem Loevre i dyskretnie asekurujący go Quemasino, który zrobił ruch, jakby chciał silnym ramieniem objąć karzełka, ale w ostatniej chwili się rozmyślił i tylko wskazał mu kierunek. A za nimi podążyła cała reszta karłów, wszystkie, które były w Karlim Dworze.

Loevre, kiedy już usiadł, wydawał się wprost przyrośnięty do krzesła. Zmęczony ciężarem, którego nikt nie potrafiłby podźwignąć.

- Co się stało, malcze? – Łagodnie naprowadził go Quemasino.

Loevre zamyślił się. Jego dłonie, złożone na blacie stołu, były blade i drżące.

- Nie umarłem – zaczął opowieść. – Kiedy mnie trafił, wcale nie umarłem, Quemasino, rozumiesz? Tylko upadłem, poczułem silne dreszcze, a moja głowa zrobiła się tak ciężka, że nie mogłem jej ruszyć, ręce tak samo, wielkie, grube jak nie moje. Wielki kamień spadł mi na gardło i zatykał dech, że ani krzyknąć. Leżałem niczym martwy, czułem, jak wypływa ze mnie ciepło, a Causi modlił się już za moją duszę.

Tu Loevre zaczerpnął tchu.

- Kiedy pomyślałem, że naprawdę umieram, zabrał mnie do swego pokoju. I tam zaczął sam do siebie mruczeć coś o sekcji! Jakie było moje położenie, to aż strach ogarnia: czuję, że żyję, a nie umiem tego okazać. Tymczasem Causi zaraz weźmie do ręki nóż i rozpłata mnie jak rzeźną świnię! – W głosie karzełka znów pojawiło się przerażenie, oddech przyspieszył, a słowa zaczęły się plątać. Spojrzeniem pełnym lęku powiódł po słuchających go towarzyszach. – Ale kiedy usłyszałem brzęk narzędzi, Bóg ulitował się nade mną. Bo Causi przyszykował instrumenty, a potem popryskał mnie jakąś substancją… Nagle zakręcił mnie w nosie smród, pojawiło się pieczenie, a potem poczułem, jak najpierw drga mały palec u nogi, potem mogłem ruszyć kciukiem, a kiedy Causi pochylił się nade mną z nożem, mogłem już krzyknąć mu w twarz, że jestem żywy.

Tu Loevre po raz pierwszy lekko się uśmiechnął.

- I potem leżeliśmy obaj, ja jak tajająca kłoda na stole, a omdlały Causi na podłodze.

Quemasino z wrażenia pokręcił głową.

- Aleś wywinął numer, Loevre, niech cię zezowaty diabeł złapie. Idź teraz do izby i prześpij się.

Wszyscy byli szczęśliwi.

Poza tymi, którzy – jak Cabezano – pomyśleli, że cudowne ozdrowienie Loevre’go to wspaniała sprawa, ale tylko dla niego.

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *