Czapka Holmesa

Romek Pawlak

Czapka Holmesa

Ściągnij fragment!

 

 

Rozdział 1

 

Marcin położył przed sobą ulubiony zeszyt z biegnącą po sawannie żyrafą. Ziemia na obrazku była żółto-pomarańczowa i wyglądała jak ogarnięta płomieniami. Patrząc na rozkołysane w galopie zwierzę, chłopiec wyobrażał sobie, że ucieka ono przed niebezpieczeństwem, wreszcie wybiega z okładki, prosto w jego ręce – a on ostrożnie przenosi je na łóżko zasłane brązowym kocem w tygrysie pasy, gdzie żyrafa może odetchnąć.

Nagle nad jego głową rozległy się głośne piski, zupełnie jakby ktoś przeciągał kawałkiem styropianu po szkle. Coś zaczęło rytmicznie zgrzytać, męski głos skandował słowa w nieznanym języku, a na koniec odezwała się przesterowana gitara, wymiatając niczym nadlatujący tuż nad ziemią F-16.

To Pati puściła kolejną płytę ze swej kolekcji. Marcin wolał, kiedy czytała – i wcale nie dlatego, że wtedy panowała cisza. Pati miała po prostu dobry gust i czasem podrzucała mu naprawdę ciekawe książki. Ale teraz czekała na swojego Wołka Zbożowego i trochę się denerwowała. Zamierzała przedstawić go mamie, a dla piętnastoletniej dziewczyny to przeżycie ekstremalne, coś jak stąpanie po polu minowym. No bo co, jeśli kolega mamie się nie spodoba, albo dopuści się jakiegoś niezgodnego z dobrymi manierami przestępstwa? Pati liczyła, że Święta zmiękczą mamę, surową lekarkę z zasadami, ale pewności nie miała. A Wołek to Wołek, niezdarna ciapa i tyle. Mama mogła nie mieć dla niego tyle cierpliwości, co jej córka.

Marcin uśmiechnął się na myśl, że Pati, zwykle twarda jak beton w ścianach na Ćwierklańcu, teraz wpada w panikę, którą próbowała zagłuszyć tą paskudną muzyką. Wydało mu się to nawet zabawne: tam u góry siedziała nowa Pati, łatwo można się było o tym przekonać, widząc metamorfozę w ubiorze, porzucenie buntowniczych ciuchów na rzecz eleganckich i bardziej dziewczęcych, jak przystało szczęśliwie zakochanej nastolatce. A przecież, gdyby kierować się tylko odgłosami dobiegającymi z mieszkania piętro wyżej, trzeba by uznać, że nic się nie zmieniło przez ostatnich kilka miesięcy, chociaż ta jesień przyniosła bardzo wiele zmian dla nich obojga.

Wrócił myślami do swoich spraw. Wziął do ręki długopis, otworzył zeszyt na wolnej stronie, tam gdzie kończyło się jego pierwsze opowiadanie, i zaczął pisać:

„Podobno pisanie pozwala zebrać myśli. No to ja bardzo muszę je zebrać, i dlatego zamierzam tu opowiedzieć, co ostatnio przydarzyło się na naszym Ćwierklańcu. Bo sam nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć.”

*

Wszystko zaczęło się na początku października, na kilka dni przed zawaleniem się starego, drewnianego mostu na Kałuży.

Wtedy ta historia zaczęła się dla Marcina. Naprawdę, o czym chłopiec jeszcze nie wiedział, zaczęła się  w ostatnich dniach września, kiedy nad miastem niespodziewanie zawirowały płatki śniegu. Pozostawiły na chodnikach białą mokrą warstwę, która co prawda szybko stopniała, ale dla wielu mieszkańców stała się pretekstem do dyskusji, czy pogoda oszalała, czy też jest to normalne zjawisko…

Chociaż nie, nie tak należy zacząć tę opowieść. Bo przecież nie most był ważny, nie strach przed Wojtalą, nie rzadko spotykany o tej porze roku śnieg, tylko szarpnięcie za ramię – i wszystko, co potem nastąpiło.

Był wtorek, duża przerwa. Większość dzieciaków z V b, zamiast jeść obiad, szaleć na korytarzu, spisywać zadania albo potwornie męczyć się nicnierobieniem, tłoczyła się przy tablicy zapełnionej gryzmołami matematyka Sokory zupełnie jak widzowie przed premierą nowego „Harry Pottera”. Otaczali Kirasińskiego, drobnego blondynka o wąskiej twarzy okolonej złocistymi kędziorami. Potrząsając nimi, mówił w charakterystyczny dla siebie, nosowy sposób:

- Wszyscy już coś mieli złamane, Kurasia to nawet dwa razy nogę złamała, no nie?

Aga skinęła głową, dumna, że Kirasiński w takiej chwili o niej pamięta, i nie zamierzała go poprawiać, że raz to było tylko skręcenie kostki, chociaż i tak musiała nosić gips.

On już ciągnął dalej, niby aniołek obwieszczający światu Dobrą Nowinę:

- A ja nic, nawet zwichnięcia. Ale teraz mam złamanie wielokrotne, i to chyba z przemieszczeniem. Mogę mieć niesprawną rękę!

Kiedy to mówił, oczy błyszczały mu z podniecenia. Dotąd był w klasie nikim, nie wyróżniał się z tłumu, należał do tła. Zresztą, tak się wywalić na deskorolce to żadne osiągnięcie, tylko pech i obciach. Jednak w tym wieku wszelkie katastrofy budzą niezdrową sensację. Zatem pech, głupota czy szczęście – i tak każdy mu się podpisze na gipsie, uda współczucie albo jak Maledończyk mruknie: – No, twardzielu, graba! Przez kilka dni Kirasiński będzie kimś ważnym. Z ofermy awansuje na bohatera.

Marcin wraz z innymi oglądał białą niczym mumia rękę blondynka. Na jego pociągłej twarzy nie było jednak widać specjalnego zainteresowania, a w bystrych, przenikliwych oczach uważny obserwator dostrzegłby lekką ironię.

Nie lubił Kirasińskiego. A właściwie nie lubił nikogo z tej klasy. Przyszedł do niej rok temu, na początku czwartej klasy, i wciąż czuł się tu obco. Kilka osób, jak cichą i nieśmiałą Kingę Parlik, Daniela Karlińskiego, z którym siedział w ławce czy Petronela, czyli Petroneliusza Lipko, zwanego też Baobabem ze względu na to, że był przysadzisty, niezdarny i nosił grube okulary, w miarę trawił, ale w gruncie rzeczy i bez nich by się obył. Był ciałem obcym w tej klasowej społeczności, jak ziarenko piasku w ciele małża perłopława.

Nagle ktoś mocno szarpnął go za ramię. Marcin odwrócił się nerwowo – i zobaczył Krzyśka Łęskiego. Ten miał taką minę, jakby go właśnie nauczycielka muzyki wybrała do szkolnego chóru, w którym występowały same dziewczęta i lalusiowaty Sebastiano z IV c, jedyny męski rodzynek w tym zespole. Podłużna centymetrowa blizna przecinająca prawą brew nadawała spojrzeniu chłopca nieprzyjemny, groźny wyraz.

- Muszę ci coś powiedzieć – mruknął Krzysiek, nie przejmując się zaskoczeniem Marcina. Popatrzył na wymachującego kontuzjowaną ręką Kirasińskiego i skrzywił się z niesmakiem. – Ale nie tutaj. Chodź do szatni… – i pociągnął za sobą lekko wystraszonego Marcina, który obawiał się, że Krzysiek ma mu coś do przekazania od Karczycha.

Szatnia „jedynki” wyglądała jak wnętrze bunkra z wojennego filmu. Było tu ciasno i wilgotno. Szafki uczniów stały w trzech równoległych boksach, tworząc labirynt, w którym można było zaginąć na wieki, dostać jabłkiem albo workiem z butami, nie wiadomo nawet od kogo. Biegnące po ścianach rury czasem przepuszczały wodę czy parę, zamieniając szatnię w gorącą afrykańską dżunglę.

Szkoła miała nietypową historię: nim budynek zaczął służyć dzieciom, mieściły się tu wojskowe koszary. Strych, na którym kiedyś ulokowano magazyny z żywnością i amunicją, był zamknięty na głucho, bo wciąż trzymano tu broń – tyle że przeznaczoną do edukacji, jak stare podręczniki, połamane krzesła czy wielkie ścienne mapy z krajami, które dziś wyglądały zupełnie inaczej.

Czasem dzieciaki chodziły tam, do góry, ale Krzysiek poprowadził zaskoczonego Marcina spiralnymi schodami, na których łatwo było skręcić nogę, w głąb szatni, pomiędzy odrapane szafki w kolorze jasnego kakao, na samym końcu, gdzie niepodzielnie rządzili szóstoklasiści, a dzieci z młodszych klas starały się nie zaglądać bez potrzeby. Stała tu nawet poszczerbiona na krawędziach ławka, na której najważniejsi z nich mogli usiąść. Woźny Rowicki co jakiś czas wynosił ją, bo była to ławka ukradziona z parteru, ale ona cudownym zrządzeniem losu zaraz wracała do szatni, by znów służyć spracowanym siedzeniom szóstoklasistów, zbyt zmęczonych, aby przez kwadrans przestępować z nogi na nogę lub podpierać  ścianę.

Teraz na szczęście żadnego z szóstoklasistów nie było w szatni. Krzysiek przysiadł na ławce, a kiedy Marcin spoczął obok niego, nadrabiając miną, nachylił się ku niemu i szepnął:

- Pamiętaj, że cię ostrzegłem. Na Ćwierklańcu grasuje potwór, Czarny Zając. Porywa i zabija dzieci!

Marcin odruchowo sprawdził, czy ktoś nie patrzy. Klasa Krzyśka, V a, miała opinię najgorszej w szkole i nauczyciele oddychali z ulgą, że za rok zniknie im z oczu, dzieci rozpłyną się w dwóch karczewskich gimnazjach, stając się kłopotem dla innych.

Sam Krzysiek wyróżniał się nawet na tle tej klasy. Palił papierosy, a przede wszystkim zadawał się z Karczychem. I jeśli teraz ktoś zobaczy Marcina konspiracyjnie z nim rozmawiającego… Kto uwierzy, że poznali się ledwie kilka dni temu, a Marcin najchętniej by się odciął od tej znajomości, gdyby tylko mógł?

- Nie wierzysz? – Krzysiek wziął zamyślenie Marcina za niedowierzanie. Co zresztą po części było prawdą. – Nie wierzysz, co? No to poszukaj Asi Rybickiej. Mieszkała pod 27, niedaleko „Biedronki”. Była i zniknęła! A Zając jakby nigdy nic grasował nadal po osiedlu. Karczycho i reszta chłopaków widzieli go kilka dni po zniknięciu Asi, będzie tydzień temu. A Karczycho to nawet komórką go nakręcił!

Marcin skrzywił się jak po zjedzeniu cytryny. Żadnej Asi Rybickiej nie znał, w przeciwieństwie do Karczycha. I nie, żeby miał temu kretynowi uwierzyć, bo niby z jakiej racji? Natomiast słowa Krzyśka zabrzmiały dziwnie prawdziwie. Chociaż może to wina ciasnego pomieszczenia, które nadało jego słowom ponurą wiarygodność, jak historiom o duchach opowiadanym w zamkowym wnętrzu albo w ruinach starej wieży?

- Jak to: film? To nie uciekał? – spytał wreszcie, starając się podejść do sprawy logicznie, chociaż zmroziła go myśl, że to przecież niedaleko jego nowego domu, zaledwie kilka bloków dalej!

Krzysiek tylko wzruszył ramionami. Nad ich głowami rozległ się jazgot elektrycznego dzwonka, brzmiącego jak utwory z niektórych płyt Pati. To właśnie skończyła się przerwa.

- Nie znasz go. Zwiewał jak szalony, ale komórką film wciąż robił, rękę trzymał za sobą, czujesz to?! Tylko mało co widać…

I tak to się naprawdę zaczęło. Od przerwy, na której Kirasiński pokazywał złamanie z przemieszczeniem, a Marcin dowiedział się o istnieniu Czarnego Zająca.

Zanim doszło do tej rozmowy, która miała przeorać życie Marcina pazurami jak dziki tygrys, wcześniej nadszedł przykry poniedziałkowy ranek. Marcin, walcząc ze szklaną watą w głowie, niechętnie zbierał się do wyjścia. Po mamie zostały już tylko zapach perfum w przedpokoju i zapakowane w sreberko śniadanie dla niego na kuchennym stole. Tak było każdego dnia. Klientki nie chciały czekać do południa, bardziej im zależało na modnej fryzurze niż na wylegiwaniu się w łóżku – i niektóre gotowe były wstać o szóstej, byle potem móc jak najszybciej pokazać się w nowym uczesaniu koleżankom z biura czy swojemu facetowi, zatem mama musiała pracować od świtu do nocy, jak narzekała.

Ubierając się, Marcin smętnie spoglądał na zegar odliczający minuty do wyjścia. Och, jak bardzo nie chciał nigdzie iść! Ale kiedy ma się jedenaście lat i złośliwą nauczycielkę polskiego (w dodatku wychowawczynię!), trudno polubić szkołę. Nie każdy potrafi usiedzieć bez ruchu w ławce – a kiedy taka Wojtala wrzaśnie, że trzeba czytać, a nie do nocy grać na komputerze i się odmóżdżać, to człowiek ma ochotę uciec i nigdy więcej nie wrócić. Już prędzej zbudować sobie igloo na Antarktydzie i gadać z pingwinami. Marcin czuł się dotknięty takimi oskarżeniami tym bardziej, że w rzeczywistości czytał sporo, a chyba tylko w starą, ale nadal fajną „CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas” grywał regularnie. Prawda, że rzadko z wypiekami na twarzy pochłaniał to, co mieli w programie, wolał kryminały albo książki podróżnicze – ale czy to jego wina, że lektury go nudziły?! To może trzeba było wybrać ciekawsze książki niż jakąś durną „Anię z Zielonego Wzgórza”? Mama nawet się śmiała, że wyrośnie z niego jakiś profesor, taki jest już mądry.

Chodził po domu mrucząc pod nosem życzenia, żeby Wojtali coś przeszkodziło w przyjściu do szkoły. Na przykład niech zatrzaśnie się w łazience? Zaśmiał się głośno, wyobrażając sobie, jakby to mogło wyglądać. Wychowawczyni szarpie klamkę i mruczy: – No, puszczaj, puszczaj, nie mam czasu, muszę dzisiaj postawić sto jedynek! – A drzwi tym bardziej się zaciskają, zgrzytają z uporem, rozlega się trzask i klinują się ostatecznie, zimne i nieugięte.

Wreszcie nie dało się dłużej zwlekać. Chmurna mina wróciła na oblicze Marcina, gdy sięgnął po wyprasowany i wiszący na krześle mundurek. W starej szkole Marcin nie musiał go nosić wcale. A teraz przyszło mu ubrać jakieś pomarańczowe okropieństwo, bardziej przypominające sukienkę dla grzecznych dziewczynek niż koszulę dla chłopca. Mamy, które decydowały o kroju i kolorze, zupełnie nie uwzględniły męskiej dumy.

Zastanawiał się chwilę, czy brać kurtkę, bo wciąż nie było zbyt ciepło, wreszcie machnął ręką („Śniegu chyba nie będzie?” – pomyślał. – „Raz taki cud wystarczy, no nie?”), z grymasem niechęci wrzucił jeszcze do plecaka śniadanie i powędrował do szkoły.

Gdyby spojrzeć na plan okolicy, to w miejscu, gdzie powinno się znajdować osiedle Ćwierklaniec, można by zobaczyć dziwną twarz, z dwojgiem oczu. Włosami byłby biegnący z  zachodu na wschód strumień zwany Kałużą oraz podążające wzdłuż niego tory kolejowe, przedzielone wysoką skarpą i kilkudziesięciometrowym pasem łąk i zarośli pomiędzy torami a strumieniem. Poniżej rozpoczynało się wielkie osiedle, od prawej strony wyznaczone na mapie ulicą Reymonta, prowadzącą do centrum miasta, jeśli pojechało się w górę tej mapy. Z lewej strony granicę Ćwierklańca wyznaczała łukowato wygięta ulica Krucza. Po jej drugiej stronie znajdował się wielki ogród Chrzanowskiego.

Od dołu Ćwierklaniec zamykała ulica Skowronków, z jednej strony kończąc się wjazdem na Reymonta, z drugiej docierając do narożnika ogrodu Chrzanowskiego i tam, kiedy już poza osiedlem biegła wzdłuż sadu w stronę nieczynnej stacji PKP, zmieniając nazwę na Harcerską.

Sam Ćwierklaniec miał kształt owalnej bułki, lekko przygniecionej z prawej strony. Tamtędy biegła ukosem ulica Mokra, którą mieszkańcy osiedla przez mały most i przejazd kolejowy mogli dotrzeć na Krzyki, gdzie dawniej mieszkał Marcin oraz do centrum miasta, jeśli nie chcieli się tłoczyć na Reymonta, która w godzinach szczytu zamieniała się w rwącą rzekę aut osobowych i tirów.

Na czole ta twarz z mapy miałaby dużą plamę w miejscu, gdzie stało kilkanaście starych ceglanych kamienic, zwanych Jenotą. Pochodziły z czasów, kiedy Karczew był jeszcze małym miasteczkiem i nikt nie myślał o wzniesieniu dużego robotniczego osiedla z bloków i wieżowców.

Oczy tworzyłyby dwie mniejsze plamki, widoczne gdzieś pośrodku twarzy. Lewym byłyby Fajerki, cztery bloki ustawione w kwadrat, z zielonym pagórkiem pośrodku. Prawe stanowiłaby grupa drzew, która była małym parkiem wewnątrz Ćwierklańca, popularnie zwanym „wierzbami”, bo choć rosło tam trochę topól i krzewów ozdobnych, a nawet jedna stara brzoza, która wyglądała w lecie jak owinięta papierem toaletowym, bo jej kora odstawała od pnia jak kawałki bibułki, to jednak wierzb gęsto zwieszających swe gałęzie ku ziemi było najwięcej.

Nosa brakowało, ale oczy byłyby podkreślone biegnącą w poprzek osiedla uliczką zwaną Wilgami.

Z prawej strony na dole tej twarzy sterczały dwa kły, dziesięciopiętrowe wieżowce wzniesione u zbiegu Skowronków i Reymonta, rzucające ponury cień na ten kawałek Ćwierklańca. Zębów mogło być więcej, ale podobno nikt nie chciał mieszkać w takich wysokich budynkach, więc resztę osiedla tworzyły długie, czteropiętrowe bloki, wyglądające jak spasione jamniki.

Marcin mieszkał w północnej części osiedla, na ulicy Mokrej, w blokach zwanych Dominem, a przez ludzi popularnie Dominiakiem. Według taty były one dowodem na fantazję budowniczych Polski Ludowej. Wyglądały jak trzy położone na boku kostki domina, połączone bokami, przypominały literę „U”, wylotem celującą we wspomnianą ulicę Mokrą i łąki po drugiej stronie.

Po co te trzy bloki sklejono, nikt nie wiedział. Sąsiedzi z ustawionych naprzeciwko budynków zaglądali sobie w okna, a pomiędzy nimi zawsze panował ponury cień. Nieliczna grupa starych topól, rosnących pośrodku, w maju sypała w okna puchate, klejące się kwiatostany, które na chodnikach wyglądały jak nie usunięte w porę śmieci po jakimś święcie.

Marcin mógł iść Mokrą, a potem Reymonta w dół, aż dotrze do szkoły leżącej po drugiej stronie ulicy. Ale nie lubił głównej drogi, smrodu spalin, hałasu, tirów niemal wjeżdżających na krawężnik. Wolał nadłożyć trochę drogi i iść skrótami przez osiedle.

Tu mijał pracowników spółdzielni, koszących trawniki. Warkot maszyn przypominał mu tartak, który zwiedzali kiedyś na szkolnej wycieczce. Tylko że tam pachniało drewnem, a teraz po całym osiedlu niósł się słodkawy zapach świeżo ściętej trawy.

Nagle drogę zamyślonemu Marcinowi przeciął jakiś maluch, piszcząc przeraźliwie. Za nim leciał drugi, wymachując rękami i na całe gardło wrzeszcząc:

- Potwór! Goni mnie potwór! – Ten źle obliczył trajektorię i wpadł na zaskoczonego Marcina, który nie zdążył się odsunąć. Dzieciak odbił się od niego jak gumowa piłka od ściany i łapiąc równowagę, popędził dalej.

Marcin, wychowany na komiksach i filmach, a także na „Psie Baskerville’ów”, mimo woli rozejrzał się dookoła. Ale dzieciaków nikt nie gonił. Był słoneczny poranek, a jedynym obserwatorem tego zdarzenia był wygrzewający się na trawie kot.

- Hej, maluchy! – krzyknął za nimi Marcin i poprawił plecak, który zsunął się z lewego ramienia. – Nie ma potworów. Ani świętego Mikołaja!

I zadowolony z siebie pomaszerował dalej.

Wtedy jeszcze nie wiedział, że nie powinien się śmiać, bo wkrótce jemu samemu przyjdzie zmierzyć się z potworem, który porywa dzieci z osiedla.

Wreszcie osiedlowe alejki wyprowadziły go na Wilgę. Ciasną uliczką wzdłuż czynszowych kamienic po trzydziestu metrach dotarł do Reymonta i przejścia na drugą stronę. Zatrzymał się przed pasami.

Z zewnątrz niełatwo było się domyślić dawnego zastosowania majaczącego po drugiej stronie ulicy budynku. Przypominał literę „H”, a wymalowane na żółto ściany sprawiały wrażenie, że w środku musi być wesoło. „Ale to tylko złudzenie, jak cola, która ma gasić pragnienie, a pić się po niej chce jeszcze bardziej” – wpadł w filozoficzną zadumę Marcin.

Na chodniku w swoim pomarańczowym, odblaskowym, widocznym z daleka stroju, stała Stopka. Stopka Na Patyku, jak ją nazywały dzieci. Namalowanym znakiem STOP zatrzymywała samochody, żeby uczniowie z osiedla mogli bezpiecznie przejść ulicę. Czasem było to super: jedzie jakiś fajny opel czy mercedes, a tu buch!, Stopka wychodzi na drogę i macha mu: „Czekaj”. Można się przyjrzeć, powoli sunąc przez pasy.

Ale czasem, jak w tej chwili, Marcin miał ochotę krzyczeć ze złości. Spóźni się przez nią!

Mimo to uśmiechnął się grzecznie i zaciskając zęby, poczekał, aż Stopka wejdzie na pasy i da znak. Jeszcze tego brakuje, żeby naskarżyła mamie! Chodziła się czesać właśnie do niej, mówiąc, że nikt tak ładnie nie rozjaśnia włosów, jak ona. Mama kilka razy nawet zaprosiła ją do siebie, kiedy już nie było żadnych wolnych terminów w zakładzie. Może nie były wielkimi przyjaciółkami, ale ciepła i miła pani Pach dawała mamie chwilę wytchnienia, jak sama mówiła, od klientek tak rozkapryszonych, że i fryzura Britney Spears by ich nie zadowoliła.

Wreszcie Marcin wbiegł na schody, pokonał szeroko otwarte drzwi wejściowe do szkoły – i wtedy, jakby obudzona jego pośpiesznym „dzień dobry!”, woźny uruchomił dzwonek. Marcin na złamanie karku rzucił się do klasy na pierwszym piętrze, przebijając się przez stado hałaśliwych pierwszo- i drugoklasistów, ustawianych w szereg przez ich panie. Miał nadzieję, że dotrze do pracowni szybciej niż Wojtala z pokoju nauczycielskiego na parterze.

- Hej, Lenart! – rozległo się nagle za jego plecami. – Znów będzie eska za spóźnienie?

Marcin zaklął w duchu i obejrzał się. Polonistka zamaszystym krokiem podążała za nim, rozgarniając dzieciaki niby dziób wielkiej morskiej łodzi. Na jej wąskiej, suchotniczej twarzy malował się wyraz triumfu, chociaż ona też była przecież spóźniona!

Na szczęście polski jakoś przeleciał, a potem przyroda i wf. Wreszcie nadeszła ostatnia dziś religia. A na niej doszło do zabawnej afery.

Ksiądz Franek, tęgi mężczyzna z brodą i w okularach, wyglądający trochę jak niedźwiedź wciśnięty w czarną sutannę, naprawdę starał się polubić dzieci. Ale, jak próbowała go usprawiedliwiać katechetka, do dzieci trzeba mieć to coś – jakiś szczególny dar wybaczania im tego, że są dziećmi, a nie dorosłymi. Jeśli miała rację, to Bóg nie obdarzył księdza Franka tymi przymiotami. Pewno dał mu w zamian wiele innych dobrych cech, ale cierpliwości do dzieciarni ksiądz Franek nie miał i już.

Nic więc dziwnego, że zawsze starał się z lekcji urwać kilka minut, żeby skrócić naukę, do której nie miał serca.

Było już z dziesięć minut po dzwonku, wszystkie klasy dawno zniknęły z korytarza, tylko V b czekała – niektórzy grzecznie, inni, jak Maledończyk, z nudów wprowadzając poprawki na zawieszonych na ścianach fotografiach dokumentujących życie szkoły.

Wreszcie ksiądz Franek wyskoczył ze schodów jak tocząca się czarna kula, brzęcząc kluczami niby sam święty Piotr. Stojący najbliżej Ulijasz i Maledończyk odsunęli się odruchowo, ten ostatni pospiesznie ukrył w rękawie czarny długopis, którym bazgrał po zdjęciach. Katecheta ze srogą miną podszedł do drzwi, niemal wbił klucz w zamek, przekręcił i zamiatając połami sutanny, wkroczył do sali. Za nim do środka wsunęły się dzieci.

Ledwie zasiedli w ławkach, ksiądz Franek, wciąż stojąc obok biurka, z przyniesionej czarnej teczki, wielkiej jak beczułka miodu, wyjął plik zeszytów. Sprawdzian z ubiegłego tygodnia. Rozdał wszystkie zeszyty… poza jednym, który zatrzymał.

Podszedł do Karola Modały, chudzielca siedzącego pod oknem i położył przed nim jego własność.

- Co to ma znaczyć? – dziabnął palcem w otwartą stronę zeszytu.

Karol spojrzał na niego błędnym wzrokiem kogoś, kto nic nie rozumie. Na kartce znajdowała się odpowiedź na pytanie „Kto mnie kocha?” Karol w środku okręgu, a dookoła mama, tata, babcia i… GKS Karczew, precyzyjnie wyrysowane godło klubu piłkarskiego.

- Że wszyscy mnie kochają – nieśmiało wyjaśnił chłopiec, garbiąc się, jakby  spojrzenie księdza Franka ważyło ze ćwierć tony.

Katecheta poczerwieniał.

- Klub też? – spytał z jadowitą uprzejmością, splatając ręce na brzuchu, przez co wyglądał na modlącego się mnicha. – Pytałeś ich rzecznika, czy znają Karola Modałę i modlą się za niego?

Już pół klasy chichotało, chociaż wcale nie z Karola, jak sobie myślał ksiądz Franek, tylko z kartki, jaką Rudas pokazywał za plecami księdza i jego ofiary. „Kochaj kluba swego jak siebie samego”, widniało na niej.

Karol popatrywał w okno. Bał się zadrzeć z księdzem, bo ocena z religii liczyła się do średniej, ale z drugiej strony nie widział nic złego w tym, że ukochany klub kocha go równie mocno, jak on kocha GKS.

- Siadaj – westchnął wreszcie z rezygnacją ksiądz Franek. – Zapamiętaj sobie, że pytanie dotyczyło osób. I to najbliższych. Oraz Pana Jezusa. – Odwrócił się w stronę tablicy. – Dziś zajmiemy się…

W drodze powrotnej do domu Marcin zahaczył o Mokrą, zerknął na łąki po drugiej stronie ulicy. Trawy zżółkły, niektóre nabrały pomarańczowej barwy, a zaschłe kwiatostany kiwały się na wietrze jak żagle albo wystawione na wiatr ogony tajemniczych stworzeń.

Wreszcie dotarł do bloku. Chwilę walczył z kluczem w drzwiach mieszkania, bo zamek znów się zacinał – „Brak męskiej ręki w tym domu”, od jakiegoś czasu wzdychała mama – wreszcie pchnął drzwi i wszedł do przedpokoju.

Na stole leżała kartka. „Sprawdź, czy panom robotnikom nie kupić czegoś do picia. Ale nie piwo!”. Ostatnie zdanie mama podkreśliła na czerwono.

Z ciężkim westchnieniem zrzucił plecak na podłogę w swoim pokoju i wyciągnął się na tapczanie.

Nad głową miał wiszącą półkę. Stały tam książki taty: kilka kryminałów Agaty Christie, Arthura Conan-Doyle’a, Joe Alexa, Georga Simenona i Rossa McDonalda. Za nimi wspomnienia Reinholda Messnera, himalaisty, którego wyczyny wywarły na Marcinie niesamowite wrażenie. Człowiek, który wszedł na wszystkie najwyższe szczyty Ziemi, to jest dopiero ktoś.

Po drugiej stronie półki miał kilka książek od Pati. Mankell, Akunin, kilka dziecięcych kryminałów, które mu oddała, stwierdzając: „Bo mnie już nie bawią”. Marcina też nie bawiły. Szczególnie te dowcipy, adresowane do dziesięcioletnich głąbów, którym wszystko trzeba tłumaczyć, najlepiej po trzy razy. Kryminał to poważna sprawa, jak życie. Zagadka, i trudności w jej rozwiązaniu. A potem dobry finał. Moriarty musi przegrać.

Westchnął i wyciągnął się na tapczaniku. Jego pokój w niczym nie różnił się od pokoików innych dzieci, regały na jednej ze ścian, łóżko pod drugą, biurko pod oknem, na nim komputer, ściany wymalowane na wesoły żółty kolor… Jedynym szczegółem, który go wyróżniał, była wyrysowana mała klapka na suficie. Była niewidoczna, zasłonięta segmentem, chyba że patrzyło się z miejsca, gdzie teraz leżał Marcin. Pati narysowała ją białoszarym flamastrem – trzeba się było dobrze wpatrzyć w sufit, żeby ją dostrzec, nawet wiedząc, gdzie szukać.

- Jakbyś już nie mógł wytrzymać, to właź! – powiedziała wtedy, po skończeniu swej pracy i posyłając Marcinowi porozumiewawczy uśmiech. Mieszkała nad nim, było to ich tajemne przejście. Taki znalazła sposób na pocieszenie młodszego kolegi, który chyba tylko przed nią otworzył się i opowiedział, jak bardzo jest samotny i nieszczęśliwy. Dziewczyna go rozumiała.

Teraz z uśmiechem spojrzał na klapkę… i nagle zerwał się jak oparzony. Robotnicy w nowym mieszkaniu! Trzeba ich dopilnować!

Niby i tak mieszkali już na Ćwierklańcu, ale musieli te dwa pokoje wynajmować, a to zjada sporo pieniędzy. No i to nowe mieszkanie będzie większe. Dużo większe. Chociaż Marcin czasem się złościł, bo zabrało mu rodziców. Tata pracował smażąc hamburgery po szesnaście godzin na dobę w Manchesterze, a mama czesała cały Ćwierklaniec i jeszcze pół Karczewa, Często nie było jej całymi dniami, a Marcin biegał do nowego mieszkania zamiast niej.

Kiedy już wyszedł na dwór, postanowił się aż tak nie spieszyć. Zahaczy o Jenotę, to tylko kilka kroków dalej.

Bardzo lubił tamto miejsce i strasznie żałował, że rodzice nie kupili mieszkania właśnie tam, chociaż rozumiał, że dziś nikt nie ma czasu ani siły, aby palić w piecach, kiedy można mieć centralne ogrzewanie. Na Jenocie mieszkali zwykle starsi ludzie, nowi poszukując wygód zajęli nowoczesne bloki w środku osiedla.

Była to najstarsza część osiedla, takie miasto w mieście. Przed rozbudową Karczewa po wojnie Jenota była miejscem, gdzie mieszkali bogatsi kupcy i rzemieślnicy, podczas kiedy na Krzykach i w dzisiejszym centrum cisnęła się cała reszta. Ale czasy się zmieniły – i dziś tych kilkanaście kamienic, jeszcze przedwojennych, szarych i często odrapanych z gipsowej zaprawy, ale za to ukrytych pośród drzew, jakby ktoś wzniósł je na wielkiej leśnej polanie, wyglądało jak zapomniane przez czas.

Z boku tej niezwykłej enklawy stała niewielka kapliczka z figurą Matki Boskiej. Podobno to ona ocaliła Jenotę przed wojenną zawieruchą, która spustoszyła resztę miasta i naniosła poprawki na mapie.

Wędrując skrajem Jenoty, Marcin dotarł do uliczki Szpaków, niby ostre pionowe szydło przecinającej osiedle przez środek. Można było dojść nią niemal aż pod sam jego nowy dom. Kilka razy musiał otrząsnąć się z liści, bo chociaż było bardzo ciepło i słonecznie, jesienny wiatr sypał mu na głowę liście kasztanowców, jakby chciał nakryć go brązowym kapeluszem.

Wreszcie dotarł na miejsce. Musiał minąć trzy klatki schodowe, żeby dojść do właściwej. Szedł zamyślony, więc nie od razu spostrzegł, że jedne drzwi otwierają się z impetem i niby z katapulty wyrzucają w stronę Marcina ludzki pocisk. Chłopak wpadł prosto na Marcina, potoczyli się, wzajemnie ratując przed upadkiem, depcząc mały ogródek pełen jesiennych kwiatów i żywopłot.

Marcin podniósł klucze, które wypadły mu z kieszeni, popatrzył na niezgrabnie gramolącego się z ziemi chłopca w ciemnogranatowej dżinsowej bluzie. Znał go, to był Krzysiek z równoległej klasy. Patrzył na Marcina spode łba, nieprzyjemnego wyrazu twarzy dopełniała blizna nad skronią.

- A ty co tu robisz? – burknął, otrzepując spodnie.

- Mieszkam. – Marcin podrzucił w dłoni klucze i rozejrzał się, czy nikt nie ma im za złe stratowanie ogródka. – To znaczy będę mieszkać, jak nam skończą remont.

Krzysiek popatrzył na niego ze zdziwieniem, masując obolałą łydkę.

- Ale przecież mieszkacie po drugiej stronie Ćwierklańca?

Marcin przytaknął, trochę zaskoczony, że tamten to wie.

- Ale tam mamy małe mieszkanie – wyjaśnił, patrząc w okna. W jednym z mieszkań na parterze poruszyła się firanka, ale chyba nikt za nią nie stał, albo nie zdecydował się otworzyć okna i zwrócić chłopcom uwagę.

Krzysiek ze zrozumieniem pokiwał głową.

- Jasne. Jak moja babcia jeszcze mieszkała na Jenocie, to tam też było ciasno. Jak się weszło we trzech, to nie dało się rozebrać – zachichotał na wspomnienie jakiejś zabawnej scenki. – Fajnie, że się przeprowadzasz. Ja mieszkam tam – pokazał na jeden z czynszowych ceglanych domów widocznych pomiędzy blokami, po drugiej stronie ulicy Skowronków. Tam mieszkali ci, których albo wykwaterowano z bloków, albo nigdy nie zostali do nich przeniesieni. Ćwierklaniec w kilku miejscach obrośnięty był takimi kamienicami, rozpadającymi się ruderami, które obłaziły z farby, cuchnęły, ale póki dało się w nich mieszkać, wciąż miały więcej lokatorów niż mieszkania w bloku.

Marcin popatrzył na drzwi klatki schodowej.

- Nara, muszę iść.

Powitał go ryk wiertarki. Pan Waldek, szef firmy remontującej mieszkanie, własnoręcznie walczył ze ścianą, która była twarda jak skamieniała kość mamuta. Nawet nie zauważył Marcina, gdy ten wszedł do środka. Odwrócony bokiem, dociskał jazgoczącą wiertarkę do ściany. W goglach wyglądał jak jakiś kosmonauta albo przybysz z innej planety.

Marcin podszedł i stanął tak, żeby można go było zauważyć. Pan Waldek uśmiechnął się i wyłączył maszynę. Ucichła z odgłosem przypominającym wyłączający się wentylator, a na koniec wydała zaskakujące kaszlnięcie.

- Cześć, mały! Mama cię przysłała, co?

- Aha. Mam panu kupić coś do picia. Ale nie piwo.

Pan Waldek zaśmiał się głośno, podrapał się w miejscu, gdzie gogle, teraz zsunięte na czoło,  przywierały do policzków. Miał tam odciśnięte czerwone krążki.

- I tak ci powiedziała mama, co?

- Napisała – sprostował Marcin. – Na kartce. Na czerwono.

- Oooo, to poważna sprawa – zaśmiał się w odpowiedzi pan Waldek. – Nie, bohaterze, bez obaw, ja w pracy to tylko sok popijam. Sam bym sobie kupił, ale jak chcesz iść, to zgoda, nie ma sprawy. Ale umowa taka, że ja chcę sok grejpfrutowy, a ty sobie kupujesz jakiś batonik, jasne?

Marcin bardzo lubił pana Waldka. Ten traktował go zawsze przyjacielsko, prawie jak własnego syna. Jego pracownicy, Heniek i Radek, młodsi o połowę, już nie byli tacy fajni. Zresztą w milczeniu pracowali nad podwieszanym sufitem w kuchni, który od dawna był marzeniem mamy.

Szybko zrobił zakupy w Biedronce leżącej sto metrów dalej i wrócił do mieszkania. Położył zakupy, uśmiechnął się do pana Waldka i pokazał mu kupionego Snickersa. Ten pomachał mu na pożegnanie ręką, nie przerywając pracy, bo trzeba było gonić z robotą, mama chciała, żeby wszelkie roboty, z tapetowaniem włącznie, skończyć przed świętami.

Przed klatką Marcin niespodziewanie natknął się na grupę chłopaków, wśród nich Karczycha, Tomaszka i spotkanego chwilę wcześniej Krzyśka. Ten ostatni chował się za plecami pozostałych. Do Marcina doleciały strzępy rozmowy, słowo „potwór”. Na widok Marcina zastygli w bezruchu, jakby ich nakrył na jakimś spisku.

Karczycho kilkoma ruchami łokci zrobił sobie miejsce, strącając z siebie przybocznych i warknął przez zęby do wszystkich: – Cicho!

Potem popatrzył na Marcina. Wyglądało to fatalnie: czternastoletni byczek napierał na dużo słabszego, jakby niewyrośniętego chłopca.

- A ja cię chyba znam – zaczął, nieprzyjemnie przeciągając wyrazy. Mimo, że był dosyć tęgi, wcale nie sprawiał miłego wrażenia, zdawał się szukać zaczepki. Wyglądał, jak to mówiła babcia Marcina, jakby go diabeł dotknął.

– Ale ty nie jesteś z osiedla? – ciągnął.

W głowie przerażonego Marcina wirowały różne myśli, w tym o ucieczce.

Znał Karczycha. Któż go nie znał? W ćwierklańskiej „jedynce” był legendarnym łobuzem, prawie jak szef Al-Kaidy. Wciąż chodził do szóstej klasy, chociaż dawno powinien opuścić podstawówkę i być w drugiej gimnazjum. Więcej wagarował niż chodził do szkoły, ale kiedy już łaskawie pojawiał się na lekcjach, nie szło z nim wytrzymać. Zresztą cała rodzina, mieszkająca w jednym z wieżowców, była taka sama. Trzech braci, zaczepialskich i niebezpiecznych. Jeden właśnie gdzieś zniknął, z czego pół Ćwierklańca się ucieszyło, nie wnikając, czy skręcił kark, czy go zamknęli.

- Znasz ze szkoły, a mieszkam w Dominiaku. Przeprowadzamy się tutaj – wyjaśnił Marcin, nerwowo oblizując nagle spierzchnięte wargi. Potoczył spojrzeniem po chodniku, ale za towarzystwo mieli tylko ptaki na drzewach.

- Czemu nie? – mruknął Karczycho i podrapał się w szeroki, opalony kark. – Dawaj złotówkę – wyciągnął rękę.

Marcin uchylił się szybko. Miał nadzieję, że nadejdzie ktoś z sąsiadów albo przez okno wyjrzy pan Waldek.

- Nie mam – skłamał wreszcie. W kieszeni miał jeszcze kilkanaście złotych z zakupów i Snickersa, cała nadzieja w tym, że banda Karczycha nie widziała, jak robił zakupy w Biedronce. A co gorsza, w kieszeni spoczywała komórka. Nienaładowana, ale nowa i fajna Nokia 3340.

Karczycho popatrzył na Marcina spod zmrużonych powiek. Widać było, że nad czymś się zastanawia.

- Jeszcze się policzymy. Następnym razem masz mieć na bilet, rozumiesz? Bo inaczej w dziób dostaniesz. Dotarło?

Popatrzył na drzwi klatki.

- Stać na mieszkanie, to na czynsz też musi – dodał szyderczo.

Kiedy mama wróciła z zakładu, wydawała się skonana, ledwie żywa. Przytuliła Marcina na chwilę, ale widać było, że z trudem stoi na nogach i zaraz położyła się w dużym pokoju. A chłopiec wrócił do siebie, odrabiać lekcje.

Nie szło mu, cały czas myślał o Karczychu. Trzeba mieć pecha, żeby się natknąć na takiego łobuza przed drzwiami swojego mieszkania! W szkole mógł go jakoś przeżyć, tym bardziej, że dla Karczycha miał to być ostatni rok podstawówki, nauczyciele mieli go już tak dosyć i byli tak bezsilni, że postanowili go przepuścić, niech idzie sobie w świat, byle dalej. Cała szkoła o tym wiedziała.

Ale mieć go na co dzień, nos w nos, to było ponad siły Marcina! Pod dom banda Karczycha zapuszczała się rzadko, widać im było za daleko. Ale tu pewno przyjdzie się często z nim użerać.

Nagle rozległ się dźwięk telefonu. Chłopiec usłyszał radosny głos mamy. Po chwili odłożyła słuchawkę.

- Kto dzwonił? – spytał z zaciekawieniem, otwierając drzwi.

- Muszę jechać do pracy – odparła, lekko zmieszana. – Nie wiem, kiedy wrócę. Zrobisz sobie kolację? – Już otwierała szafę i palcami sunęła po wieszakach ze swoimi sukienkami.

Marcin miał dopiero jedenaście lat, ale nie był głupi. Patrząc jak jego mama ubiera ciemnoczerwoną długą sukienkę, pomyślał, że przecież do pracy zwykle brała gorsze ciuchy, bo tych naprawdę dobrych szkoda na te włosy i chemię, jak sama zresztą czasem mówiła.

Nie chciała mu powiedzieć, dokąd idzie, to nie, ale mogła przynajmniej nie traktować go jak głupka.

Mama mylnie wzięła jego wyraz twarzy za obawę, bo przed wyjściem uścisnęła Marcina mocno.

- Nie bój się, wrócę wieczorem. – I już jej nie było.

Wrócił do lekcji, ale wkuwanie matmy zupełnie mu nie szło, nie potrafił się skupić. Wreszcie zerknął na półkę z książkami od Pati, chwilę pomedytował, po czym sięgnął po zachwalanego Akunina.

„Trudno, najwyżej będzie jedyna” – pomyślał, gdy po dwóch stronach kryminału miał ochotę czytać go dalej.

Książka od matematyki spadła z blatu na podłogę, ale nawet jej nie podniósł.

W nocy obudziła go głośna rozmowa.

- A ja co, mam wieczność czekać? – podniesionym głosem mówiła mama. – Tadek, tu nie brakuje facetów, którym się podobam. Ani się obejrzysz, a zostaniesz sam.

Przekręcił się na łóżku i zamarł. Mama kłóciła się z tatą!

- To nie wracaj. Damy sobie radę… Tylko potem drzwi będą zamknięte, rozumiesz?

Cisza.

- A co mnie obchodzi, masz czy nie masz jakąś lafiryndę?! Tu na ciebie czekamy ja i Marcin…

Cisza.

- Tak, w ostateczności trochę pomieszka u babci w Poraju, aż się wszystko ułoży.

To był cios w serce. Mama krzyczała na tatę, Marcin zrozumiał, że on nie chce wrócić z Anglii, a ona była gotowa oddać Marcina babci! Jego własna mama!!!

Wtulił twarz w poduszkę i starał się płakać tak cicho, żeby nikt go nie usłyszał.

To był najgorszy, absolutnie najgorszy dzień w jego życiu!

 

Rozdział 2

 

Najgorszy dzień wcale nie skończył się tak, jak ktoś mógłby pomyśleć. Bo… dla Marcina nie skończył się wcale!

Chłopiec długo płakał w nocy, a kiedy się obudził, czuł, że ten feralny wczorajszy dzień trwa nadal. Mrówki chodziły mu pod oczyma jak myszy pod dywanem – co się podrapał, żeby się tych stworzeń pozbyć, zaraz gdzie indziej pojawiały się następne.

Smętnie powlókł się do kuchni, po drodze naciągając przez głowę pomarańczową koszulkę z obliczem Sherlocka Holmesa, które kiedyś Pati namalowała mu wodoodpornymi farbami. Detektyw pykał swoją fajeczkę, a w chmurę dymu wkomponowany był napis „And what, dr. Watson?”

Na stole, zamiast śniadania, leżał przyciśnięty morską muszlą ze sterczącymi kolcami banknot dziesięciozłotowy. Mrucząc pod nosem, Marcin zrobił sobie kanapkę. Nadal nie mogło mu się pomieścić w głowie, jak to możliwe, że nagle oboje rodzice przestali go kochać?!

Najgorzej, że nie miał z kim o tym porozmawiać. Czasem, jak człowiek ma  tych jedenaście lat, to dorosłym wydaje się, że nic mu nie trzeba tłumaczyć. Bo albo za głupi, albo wszystkie rozumy połknął i wystarczająco mądry, sam wszystko zrozumie. A Marcin teraz bardzo by chciał, żeby ktoś mu wyjaśnił, dlaczego tata woli zostać w Anglii niż wrócić do domu, a mama jest gotowa oddać Marcina babci mieszkającej dwieście kilometrów dalej, chociaż codziennie synowi powtarza, że go kocha.

Ani się spostrzegł, jak na zegarze znów zrobiło się strasznie późno! „Spóźnię się!” – pomyślał przerażony. – „Wojtala postawi mi najpierw eskę za spóźnienie, a potem taką jedynkę, że się nie pozbieram!”

- Ej, witam pana detektywa! – zawołała za nim Pati, kiedy zamykał drzwi na klucz. Zbiegała ze schodów z impetem, biorąc po trzy stopnie naraz. Była drobną, niewiele wyższą od Marcina brunetką o zielonych oczach, które w jej pociągłej twarzy lśniły jak pożyczone od kota. Jej glany wydawały odgłos niczym wojskowe trepy, można by pomyśleć, że to na apel pędzi ze czterech spóźnionych żołnierzy. – Nowego Mankella widziałeś? Mam go – pochwaliła się. – Do połowy dobry, a dalej to nie wiem, bo nie doczytałam – i już pędziła dalej, nie czekając na Marcina. Chodziła do drugiej klasy gimnazjum w Miechowie, spieszyła się na autobus.

Marcin bardzo ją lubił. Któregoś razu, kiedy siedział na ławce pod domem i czytał zbiór opowiadań Conan-Doyle’a o Sherlocku Holmesie, ktoś wyrwał go z lektury, bezceremonialnie odchylając brzeg książki, żeby sprawdzić tytuł.

- Staroć! – orzekł miły dziewczęcy głos. – Teraz na topie są Mankell i Akunin.

I tak zaprzyjaźnił się z Pati, buntowniczką z wyboru, wielbicielką nowoczesnego kryminału, nieszczęśliwie zakochaną w koledze z liceum.

Teraz też powinien biec, ale po strasznej nocy nie miał na to ochoty. Najwyżej się spóźni – no i co?

Do szkoły wpadł równo z dzwonkiem, ale Wojtala grzebała się w pokoju nauczycielskim na tyle długo, że zdążył się wysapać, zanim przyszła z kluczem. A potem się zaczęło. Polski, muzyka, historia, znów polski.

I przerwa, na której Kirasiński pokazywał złamanie z przemieszczeniem, a Marcin dowiedział się o istnieniu Czarnego Zająca.

Wtedy Marcin pomyślał, że Krzysiek żartuje. Chłopaki już tak mają, że lubią się wzajemnie straszyć.

A zresztą, miał na głowie ważniejszy problem niż jakiś tam zając. Po nocnej rozmowie rodziców nagle dotarło do niego, że remontują mieszkanie, ale… kto tam zamieszka?!

„Gdyby coś porywało dzieci z osiedla, to pewno dorośli by o tym słyszeli, prawda?” – pomyślał.

Kilka następnych dni minęło jak z bicza trzasnął. Wszyscy zapomnieli o szaleństwach  pogody, gdy tylko nadeszła nieco spóźniona złota polska jesień. Zrobiło się bardzo ciepło, Marcin z chłopakami, kiedy tylko mogli, grali w piłkę. Nawet Karczycho jakoś o nim zapomniał, z Krzyśkiem mijali się z daleka – i tylko patrząc na mamę, Marcin widział, że coś jest nie tak. Oczywiście udawała, że wszystko w porządku, ale była coraz bardziej przybita. Cały czas na przemian to Marcina przytulała mocno, to łagodnie odsuwała od siebie, żeby nie widział, jak się jej szklą oczy.

On też starał się trzymać, chociaż w środku brzucha rosła twarda kulka. Nocami nerwowo nasłuchiwał, czy mama nie rozmawia z tatą albo babcią o oddaniu go.

A któregoś dnia runął stary, drewniany mostek przerzucony przez Kałużę, odcinając spokojniejszą drogę do miasta. Mało kto lubił chodzić czy jeździć Reymonta, wszyscy woleli nawet nadłożyć parę minut drogi przez Krzyki – a teraz pozostała im jazda główną drogą, razem z tirami i autobusami. Brrr!

Był to jeden z tych niewielu przypadków, kiedy miasto zostało pokazane w telewizji, bo most zarwał się właśnie pod tirem, który zignorował zakazy i postanowił ominąć zatłoczoną Reymonta. Gdy most się załamał, tir wpadł do Kałuży i potrzebna była akcja ratownicza. Chłopcy z osiedla żałowali, że kiedy się o wypadku dowiedzieli, tir został już wyciągnięty i odholowany. Tylko oba końce mostu nad wąwozem, którym płynął strumień, sterczały niby ułamane gałęzie czy obcięte krokwie dachu.

- To znak – powiedział Krzysiek, kiedy następnego dnia spotkali się z Marcinem w szkole. – Czarny Zając oddzielił nas od reszty świata, łatwiej mu będzie nas wybrać po jednym…

Marcin wzruszył ramionami. Dzieci nawet się ucieszyły, bo z powodu problemów z dojazdem kilkoro nauczycieli spóźniło się na lekcje, a nic tak nie cieszy ucznia, jak przełożona kartkówka czy odpytywanie z nudnej lektury.

- Czarny… – powtórzył Krzysiek.

- Przestań bredzić! – rozdrażniony Marcin stracił cierpliwość. Jak człowiek ma na głowie rozwód rodziców, to co go obchodzi jakiś most czy zając?! – Nie ma żadnego potwora, a most był stary, przecież wiesz! Skrzypiał od zawsze. I jacy odcięci? Reymonta samochody śmigają jak dawniej!

- Myślisz, że kłamię? – mruknął zły Krzysiek. – To sprawdź. Pamiętasz? Asia Rybicka spod 27, pierwsza klatka.

Marcin rozmyślał nad jego słowami, z niechęcią czekając na polski z Wojtalą. Wiecie, jak to jest: niby człowiek puszcza takie bzdury koło ucha, jak prosiła mama, ale gdzieś tam jakiś diabeł szepcze A może to prawda?.

Gramatyka wchodziła Marcinowi całkiem znośnie, odetchnął więc z ulgą, kiedy wychowawczyni zapowiedziała powtórkę pod kątem próbnego egzaminu. Szkoła Marcina postanowiła bowiem w listopadzie urządzić nieformalny test przed gimnazjum, chociaż ten prawdziwy będą pisać dopiero za pół roku, w kwietniu. To znaczy, pisać będą szóste klasy. Ale nowa szkoła Marcina dzielnie uczestniczyła w wyścigu szczurów, wszystkie klasy przygotowując do ostatecznego egzaminu. – Niech się przyzwyczajają – tłumaczyli nauczyciele. A uczniów nikt o zdanie nie pytał.

Nawet złapał czwórkę, kiedy Wojtala wyrwała go do tablicy. Przydaje się czasem oczytanie.

W pewnej chwili Wojtala spojrzała na swój telefon komórkowy, który wyjęła z torebki, zrobiła przestraszoną minę i wyszła z klasy. Zostali sami. A „sami” oznaczało „rozszalały żywioł, którego nawet Pan nie okiełzna”, jak czasem z goryczą o V b mówił ksiądz Franek.

Marcin zwykle siedział w ławce z Damianem Karlińskim. Teraz jego kolega wyjął z torby podprowadzony bratu komiks i zaczęli go przeglądać.

Nagle do klasy weszła sekretarka, pani Ewa. Rozejrzała się, odszukała spojrzeniem Marcina i zdecydowanym krokiem ruszyła ku niemu, stukając szpilkami, bo była to młoda, niska blondynka, która dodawała sobie w ten sposób wzrostu i powagi.

- Lenart?

Marcin nerwowo podniósł głowę. W jego oczach malowało się pytanie, o co znów chodzi, i strach, że zostaną z Damianem nakryci na oglądaniu komiksu dla dorosłych, bo Gainman do zalecanych przez szkołę raczej nie należał.

Sekretarka spojrzała na niego z odrobiną złości.

- Nie zapłaciłeś za mundurek. Czy ja za ciebie muszę o wszystkim pamiętać?

Marcin poruszył się, szurnęło krzesło i popchnięta ławka. Sekretarka skrzywiła się jeszcze bardziej.

- Mógłbyś się nie wiercić, kiedy z tobą rozmawiam.

- Bo on ma adehade, psze pani! – krzyknął Rudas. A paru innych chłopców natychmiast podjęło jego słowa, wyśpiewując: – „A-de-ha-de!”, „A-de-ha-de!”, „Bo Lenart ma a-de-ha-de!”, na melodię najnowszego przeboju Dody.

Sekretarka wzruszyła ramionami. „Co za klasa”, zdawał się mówić jej zmęczony wzrok.

- Masz te 50 zł? – A widząc ledwie dostrzegalne zaprzeczenie Marcina, rzuciła: – To przynieś na jutro, albo będziesz musiał mundurek oddać – i z ulgą opuściła salę.

Marcin, czuł, jak płoną mu policzki. Chciał zedrzeć z siebie tę pomarańczową szmatę, rzucić ją na podłogę i zdeptać. Po prostu zapomnieli z mamą przez ten remont i problemy z ojcem. Ale czy to powód, żeby robić mu wstyd przed klasą?

Ci patrzyli na niego ze zdziwieniem lub uśmieszkami. Po chwili wróciła bardzo smutna wychowawczyni i lekcja potoczyła się dalej, ale na przerwie temat powrócił, kilku chłopaków podśpiewywało nadal. Turleja udawał, że zdziera z siebie mundurek, paru innych chłopaków zaczęło na niego napadać, niby to chcąc mu siłą odebrać niezapłacony ciuch. A Rudas, najgorszy typek z całej klasy, ciągle szukający okazji do pokazania, że warto z nim trzymać, scenicznym szeptem zaproponował zrobienie zbiórki dla biednych.

Marcin zaciskał zęby, bo co, będzie się bić z kretynami?

To właśnie wtedy postanowił, że udowodni tym ciołkom, ile jest wart.

Postanowił rozwikłać tajemnicę Czarnego Zająca, choćby miał paść trupem.

Rozwikłać i zostać sławnym. Jak Sherlock Holmes.

Chwilę walczył z zamkiem w drzwiach, nim zrozumiał, że są otwarte.

- O, cholera! – mruknął pod nosem. – Nie zamknąłem?

Pchnął je – i wtedy zobaczył w przedpokoju mamę. Zaniepokojona zgrzytami, wysunęła się z dużego pokoju. W ręku trzymała filiżankę z kawą. Zapach natychmiast skojarzył się Marcinowi z lodami dwa lata temu, krótko przed wyjazdem taty do Anglii. Poszli wtedy do kawiarni na rynku w Miechowie i tata spytał, jakie lody Marcin chce, a on uparł się właśnie na kawowe. I dostał. Skubał je łyżeczką i jadł z taką dumą, jakby przygotowano je dla samej królowej angielskiej. Odtąd zapach kawy sprawiał, że robiło mu się jakoś miękko na sercu, a szczególnie, kiedy tata był tak daleko.

- Wpadłam tylko na chwilę, z zakupami – wyjaśniła mama i upiła łyk z filiżanki.

Nagle przyjrzała mu się uważniej.

- A ty masz jakąś niewyraźną minę – stwierdziła podejrzliwie. – Jesteś chory?

- Mama, czy ja mam adehape? – Marcin unikał jej wzroku, patrzył w dół, na swoje stopy.

Mama zdębiała. Przez chwilę nie rozumiała, o co mu chodzi.

- ADHD. Nie masz – stwierdziła wreszcie stanowczo. Zjeżyła się naraz, powiodła szybkim spojrzeniem po ciasnym przedpokoju, jakby szukała broni, którą przyłoży niewidzialnemu przeciwnikowi. – A kto ci nagadał takich bzdur?

Marcin rzucił plecak na szafkę z butami przy drzwiach. Przygryzł wargę, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

- Tylko pytałem.

- Akurat!

- Mama, ja mam dosyć kłopotów… – zaczął.

- No, już mi mów!

Chcąc nie chcąc, Marcin opisał jej zajście w szkole.

- Pójdę do twojej wychowawczyni! I do dyrektora! – stwierdziła mama, kiedy skończył. W jej ciemnych oczach błyskał gniew. – Nie mogą ci tak dokuczać…

- Zostaw – poprosił chłopiec. – To moja sprawa.

- Mam to tak zostawić? – mama była wściekła, ręce się jej trzęsły z oburzenia. – Marcin, to trzeba powiedzieć dyrektorowi, oni nie mają prawa cię tak wyzywać!

Marcin westchnął. I co, mama zbije Rudasa? Przyleje Maledończykowi? Ona interweniuje, co i tak nic nie da, a oni potem złapią go w kącie i tak obrobią mu tyłek, że rok na poduszce będzie musiał siedzieć. Albo z Baobabem, bo nikt z nim nie usiądzie w jednej ławce, jak z zadżumionym. Taka jest szkoła, czego mama nie rozumiała.

- Ty pójdziesz naskarżyć, a ja będę mieć więcej kłopotów niż tę jedną chryję – burknął. – To dzięki!

Mama westchnęła z rezygnacją, poczochrała Marcina po głowie.

- Jak chcesz. To wracam do pracy, bo mnie zwolnią.

Po południu postanowił zobaczyć, jak się mają resztki mostu na Kałuży, bo chłopaki mówiły, że ma tam stanąć prowizoryczna kładka.

Na miejscu Marcin przekonał się, że opowieści o nowym moście, choćby i tymczasowym, były mocno przesadzone. Nikt nic nie robił. Parów był w tym miejscu wydarty do gołej ziemi, widać najpierw tir połamał zarośla, a potem wyciągający go strażacy musieli się pozbyć krzewów, które porastały go aż po lustro wody. O ile metrowej szerokości strugę można tak nazwać. Teraz miejsce wyglądało jak po przejściu jakiegoś gigantycznego kreta albo wielkiej głodnej krowy, która wyżarła nie tylko trawę, ale również krzaki oraz młode drzewka, jakich pełno rosło nad brzegiem strumienia.

Za to spotkał Adriana Wakulińskiego, który też przyszedł rzucić okiem na miejsce katastrofy. „Waku” wciąż wybierał się na koszykówkę. Kiedy jeszcze Marcin chodził do starej szkoły, obaj rzucali nie tylko piłką, ale i zmiętymi sreberkami do koszy, planowali zapisać się do sekcji koszykarskiej w Miechowie. Marcin zmienił rok temu szkołę i jakoś mu przeszło, Wakuliński wciąż snuł marzenia, że zostanie polskim Jordanem czy LeBronem Jamesem.

Wracając, Marcin spotkał Krzyśka, który też zamierzał sprawdzić, co z mostem. Zawrócił go, mówiąc, że nie ma czego oglądać.

- Dobra, załóżmy, że Czarny Zając istnieje – zaczął w pewnej chwili. Przystanął w miejscu, gdzie chodnik rozszerzał się, tworząc małą pętlę z dwiema ławkami oraz klombem rosochatych krzewów pośrodku. Dalej, za przejazdem kolejowym, zaczynała się Jenota po prawej, a Domino i pierwsze od tej strony bloki Ćwierklańca na wprost i po lewej. – Załóżmy, że grasuje po Ćwierklańcu. Co o nim wiadomo?

Krzysiek intensywnie żuł gumę. Przez chwilę wydawał się ważny, kiedy tak Marcin czekał na jego słowa.

- No wiesz – rzekł wreszcie, przeciągając słowa jak ktoś, kto waży każde z nich, aby nie powiedzieć czegoś pochopnie. – Prowadzimy śledztwo…

- I co?

Krzysiek wzruszył ramionami. Popatrzył na bloki odległe o sto metrów, jakby szukał tam natchnienia.

- Nic. To potwór przecież. Albo duch. Ale Asia Rybicka zniknęła, nie? – wypluł gumę w dłoń i rozejrzał się w poszukiwaniu kosza. – To całkiem jak z mostem. Był i nie ma.

- Nie całkiem – poprawił go Marcin. – To głupi kierowca tira skasował most. Gdyby nie chciał sobie skrócić drogi, nic by się nie stało.

Popatrzył na drogę. Ciasna i niewygodna, zwykle jednak była zatłoczona nie mniej niż Reymonta, bo codziennie spora część Ćwierklańca wybierała właśnie ją, by dostać się do centrum miasta.  Dziwnie było teraz patrzeć na pustą jezdnię.

- A czemu tak głupio go nazwaliście? – podjął po chwili. – Nie można było inaczej, Czarna Bestia albo ja wiem?, Potwór z Ćwierklańca?

Krzysiek wzruszył ramionami. Patrzył gdzieś w bok, ale Marcin miał wrażenie, że nie na krzaki wyglądające jak fryzura jakiegoś buntownika, tylko raczej zagląda we własne myśli.

- Kiedy on, jak tak leciał na Karczycha, to wyglądał właśnie jak zając. Wielki, rozumiesz, czarny, ale zając. To jak go mieliśmy nazwać? – odparł wreszcie Krzysiek.

Marcin pokiwał głową. W milczeniu wędrowali w stronę Ćwierklańca.

Jak każdy porządny detektyw, ufał przede wszystkim swojej pamięci i zmysłowi obserwacji. Ale na wszelki wypadek na małej karteczce zapisał sobie adres. Asia Rybicka, Ćwierklaniec 27, I klatka, mieszkanie 14.

Marcin ukroił sobie kanapkę i gryzł ją z namysłem, zastanawiając się, czy warto pchać się w to śledztwo. Załóżmy, że zdoła wykryć przestępcę. Dorośli nie docenią, bo przecież nie słychać, żeby ich ta sprawa obeszła. Dzieci – no, tu na pewno taki Karczycho patrzyłby na niego z uznaniem i dał mu spokój. Paru innym kolegom też by zaimponował. Ale na tym koniec.

Westchnął. Popatrzył na półkę z książkami. W jego życiu w ostatnim czasie katastrofy następowały jedna za drugą. Sukces odmieniłby złą passę. Może trzeba zaryzykować?

Wreszcie wstał od stołu i wzruszył ramionami. Nie ma co, trzeba rzecz sprawdzić na miejscu. Najlepiej przed angielskim.

Ubrał się przyzwoicie – o ile chłopcy, dla których garnitur czy szkolny mundurek to mordęga, a t-skirt po tygodniowym noszeniu nadal jest czysty, są w stanie pojąć, co to znaczy – i ruszył na swoje pierwsze w życiu śledztwo.

Zmierzając w stronę bloku Asi, zaczął się zastanawiać nad całą sprawą. „Może ją porwał ktoś robiący zakupy?” – pomyślał w pewnej chwili.

Wyobraźnia podsunęła mu natychmiast taką scenę. Podchodzi ktoś do kasy, płaci za dżemy, mąkę, szampon i soki, po czym dodaje: – „Aha, jeszcze chciałem jedną małą dziewczynkę, na której półce mogę ją znaleźć?”

Ale kiedy dotarł pod właściwy numer, szybko spoważniał. Na wizytówkach przy drzwiach wejściowych do klatki rzeczywiście pod czternastką widniało nazwisko „Rybicki”.

Marcin dyskretnie pociągnął drzwi, ale – jak się spodziewał – te nie puściły. Pani Ela opowiadała mu o czasach, kiedy wszystkie drzwi do kamienic i bloków były zawsze otwarte, tylko na klamkę, a ludzie bardziej sobie ufali – ale Marcin takich czasów nie pamiętał, a domofony były teraz zamontowane wszędzie, nawet w starym budownictwie na Jenocie.

Nawet nie próbował sięgnąć do przycisku, bo na nim mógłby utknąć. A Marcin koniecznie chciał z kimś porozmawiać, stanąć twarzą w twarz – jak w książkach robili wszyscy wielcy detektywi. Twarz rozmówcy miała być jak księga, której należy się uważnie przyjrzeć, a wtedy ona ujawni swoje sekrety.

Usiadł na drewnianej ławce przed klatką i poczekał, aż ktoś będzie wychodzić. Wreszcie, po kilkunastu minutach, doczekał się chłopaka z długimi kręconymi włosami rozwianymi tak, jakby miał do dyspozycji osobisty huragan. Energicznie wypchnął drzwi od wewnątrz i kroczył dalej, w niezapiętej dżinsowej kurtce. Bardzo przypominał Pati. Marcin szybko zerwał się z ławki i w ostatniej chwili złapał drzwi, niemal przycinając sobie palce.

Szybko sprawdził, że mieszkanie znajduje się na drugim piętrze. Marcin szedł, liczył schody, przyglądał się żółtobrązowej lamperii, tak samo brzydkiej, jak w jego bloku i zastanawiał się, jak zacząć rozmowę.

Wreszcie stanął przed drzwiami obitymi drewnem, z tabliczką „Rybicki D.” Westchnął, zagryzł wargę, pomyślał „Boże, ale ja jestem głupi!” i nacisnął dzwonek.

Cisza. Nikt nie otwierał.

„Dureń! Bo akurat ktoś na mnie czeka… chyba, że zaraz wyskoczy ze środka Czarny, wciągnie mnie i zacznie żreć żywcem!”

Trochę mu się zrobiło nieswojo, ręka zadrżała, kiedy dzwonił po raz drugi.

Cisza.

Już miał odejść, przyznając się do fiaska wyprawy – „Ale przynajmniej nikt mnie nie zjadł”, odetchnął z ulgą – kiedy nagle za drzwiami rozległo się powolne szuranie. Marcin odskoczył na bok, tymczasem szczęknęły otwierane zamki i drzwi uchyliły się na szerokość dwóch palców. Przez szczelinę wyjrzała twarz starszej kobiety, a właściwie zobaczył jedno podkrążone oko i pomarszczony policzek, zupełnie jakby ktoś rozdarł na pół zdjęcie.

- Ja do Asi… – zaczął niepewnie Marcin. – Chciałem… – Tu utknął, bo nie wiedział, co ma powiedzieć. „Chciałem sprawdzić, czy jej nie porwali?”

- Asi nie ma i nie będzie – niewyraźnie odparła kobieta, jakby zapomniała włożyć sztuczną szczękę. – Idź, dziecko, ja muszę odpoczywać – zatrzasnęła Marcinowi drzwi przed nosem.

- O kurcze – mruknął zaszokowany. – O kurde balans…

Zniknęła! A więc Krzysiek mówił prawdę!

A skoro tak…

Czarny Zając istniał naprawdę!

Aż go przeszył dreszcz i ścisnęło w żołądku, kiedy sobie uświadomił, co to naprawdę oznacza.

I nagle zaczął się bać, że sobie z tym wszystkim nie poradzi. I że chociaż jest rozwinięty ponad swój wiek, to przecież nadal ma tylko jedenaście lat.

Musiał mieć dziwną minę, bo pani Ela od razu w drzwiach spostrzegła, że coś jest nie tak.

- Jesteś chory? – spytała zaniepokojona, wpuszczając go do środka. – Chcesz herbaty malinowej?

Herbata malinowa była zdaniem nauczycielki angielskiego dobra na wszystko, a szczególnie na to, żeby się otworzyć, opowiedzieć o problemie, co pozwoli przejść od herbaty malinowej do zaordynowania jakiegoś lepszego lekarstwa. Marcin bardzo lubił panią Elę, chociaż wcale nie wiedział, czy dodatkowy angielski jest mu potrzebny. Ale czekał z niecierpliwością na wtorkowe i czwartkowe popołudnia (choć czasem te dni się zmieniały, nie mieli takich sztywnych terminów, raczej chodziło o to, aby wygospodarować dwa popołudnia w tygodniu), bo trochę się uczyli, a trochę rozmawiali o życiu i świecie, który pani Ela zwiedziła wzdłuż i wszerz jako pilot wycieczek. No i o historii miasta, na przykład o Jenocie, gdzie z kilkuletnią przerwą mieszkała od dzieciństwa.

- Mam problem. Detektywistyczny – przyznał z niewyraźną miną, kładąc buty na wewnętrznej wycieraczce. Nauczycielka zawsze powtarzała, że tak jak mieszkanie ma dwoje drzwi, wejściowych i wyjściowych, służących do czego innego, tak też powinno mieć dwie wycieraczki, żeby mieszkania nie zabrudzić, a jednak nie zostawiać kawałka gościa za drzwiami.

- A po angielsku? – spytała teraz. – I have a detectivist trouble? Czy jakoś inaczej?

Marcin skinął głową i powtórzył. Prawdę mówiąc, było to banalne, już dawno przeszli do trudniejszych rzeczy, ale rytuał to rytuał.

Potem zrobili powtórkę materiału z ostatniego miesiąca. Marcin nie miał szczególnych zdolności językowych, ale jakoś sobie radził. Mama uznała, że przydadzą mu się dodatkowe lekcje, a on nie protestował, bo liczył, że w wakacje odwiedzi tatę w Anglii, i wtedy bez języka ani rusz.

Na koniec pani Ela wyjęła z regału z książkami jakąś broszurkę i podała ją Marcinowi.

- Tu masz dobrą historię detektywistyczną – uśmiechnęła się. – To Edgar Allan Poe. A przy okazji poćwiczysz język.

Wychodząc od niej Marcin uświadomił sobie, że ta starsza, emerytowana nauczycielka mieszka jak w bańce innej rzeczywistości. Przez te dwie spędzone u niej godziny całkiem zapomniał o wszystkich problemach. Herbatka malinowa zadziałała.

W domu oczywiście powinien był zabrać się za czytanie „Hobbita”, bo Wojtala w poniedziałek łeb mu urwie, tak przemagluje z lektury, że wyniosą Marcina od razu na dwóch jedynkach.

Ale nie potrafił się zabrać za tę książkę. Myślał.

No bo wyobrażacie to sobie? Z jednej strony komputery, komórki, kosmiczne rakiety – a z drugiej prawdziwy potwór, jak z filmów grozy. I to na Ćwierklańcu!

Wreszcie zabrał się za książkę od pani Eli. Historia o Złotym Żuku natychmiast go wciągnęła.

Mama Marcina znów wyszła wieczorem. A on siedział, wpatrzony w okno – i zastanawiał się, co robił Hercules Poirot, kiedy był mały. Też rozwiązywał zagadki? A Holmes, co robił Holmes? I czy w życiu codziennym, gdy miał jedenaście lat, też radził sobie tak dobrze, jak później z ujawnianiem morderców, oszustów czy innych przestępców?

Marcin przygryzł wargę, popatrzył na okienko wyrysowane przez Pati. Czasem rzeczywiście chciałby tam pójść, albo do jakiegoś innego świata, wolnego od kłopotów. Ale Pati też miała swoje problemy, a owe lepsze światy nie istniały.

„A może faktycznie lepiej by było trafić do babci, do Poraju?” – pomyślał w pewnej chwili, z rezygnacją spoglądając w okno. Do szyby przylepił się jesienny liść. Dookoła niego szyba dawała delikatny niebieski odcień, a lekko pomarańczowy liść jarzębiny wyglądał jak wejście do tajemniczego, pomarańczowego, ciepłego świata. – „Bo co, jeśli ten nowy facet mamy okaże się jakimś burakiem nie do wytrzymania? Będzie udawać, że mnie kocha, a tak naprawdę będzie miał mnie gdzieś?

A jeśli okaże się, że ma własne dzieci?!”

Marcin długo tego wieczoru patrzył w okno, z którego wiatr dawno już porwał przylepiony liść. Czuł się tak bezradny, że nawet na płacz nie miał sił. Zaciskał tylko coraz mocniej zęby, aż wreszcie zaczęły go boleć mięśnie szczęki, a masowanie nie pomagało, bo na ból duszy to marne lekarstwo.

Następnego dnia na dużej przerwie zrezygnował z obiadu, które mama zdecydowała się wykupić (bo tak miała więcej czasu wieczorem na odpoczynek, jak mu wyjaśniła, niż gdyby stała przy garnkach. Chociaż to było mydlenie oczu, bo dzięki temu miała więcej czasu dla siebie, na te przeklęte wyjścia) i odszukał w szkole Krzyśka. Galopem popędził na dół, gdzie powinna teraz być jego klasa.

Wyminął sklepik przy głównym wejściu, gdzie już uformował się ogonek chętnych na drożdżówki, minipizze i zwyczajne kanapki, i wpadł do drugiego skrzydła.

Tam musiał wyhamować, bo już zza zakrętu dobiegał go podniesiony głos, po którym rozpoznał księdza Franka. Ochrzaniał chłopaków, którzy huśtali się uwieszeni klamki dużego okna.

- A jak szyba pęknie i spadnie na was, to co? – ryczał czerwony na twarzy ksiądz Franek.

Marcin wyminął go i wreszcie dotarł do klasy Krzyśka.

- Chodź! – kiwnął na niego i poczekał, aż odejdzie od grupy kolegów. – Na boisko. Mamy do pogadania.

Krzysiek, chociaż krzywił się z niechęcią, dał się poprowadzić na boisko. Tu mimo chłodu grupa szkolnych sportowców obojga płci z zapałem ćwiczyła skłony pod wodzą Harliczka. Na nich, kiedy usiedli na trawie, nikt nie zwracał uwagi.

- No dobra – zaczął Marcin, bacznie patrząc, czy ćwiczący nie podchodzą zbyt blisko. – Sprawdziłem. Rybicka naprawdę zniknęła.

- A widzisz! – ucieszył się Krzysiek, zupełnie jakby wygrał rower, a nie potwierdziła się informacja o cudzym nieszczęściu. – To teraz patrz, czy Czarny znów nie zaatakuje.

Marcin chwycił go za ramię.

- Przecież to właśnie bez sensu! Chcesz się ciągle bać? Trzeba go odszukać, nie? Co o nim wiesz? – przeszedł do rzeczy.

Krzysiek zmarkotniał. Widać było, że wkracza na niepewny teren. W przeciwieństwie do ćwiczących, którzy wykonywali różne łamańce, zachęcani przez Harliczka, zagrzewającego ich głośnymi okrzykami. Niektórzy na trawie zaczęli robić gwiazdy, inni trenowali pady, a jedna z dziewczyn zrobiła taki szpagat, że Marcinowi włosy stanęły dęba – jakim cudem po tym wszystkim ona nadal była cała?!

- Nikt nic nie wie. Może Karczycho… – z namysłem rzekł wreszcie Krzysiek. – Coś tam sprawdzał, ale nie mówił, co konkretnie…

- To się dowiedz – zarządził Marcin, nerwowo rozglądając się wokół. – Gęba na kłódkę, ale wypytaj Karczycha i innych. I mi powiedz. Spotkamy się o piątej przy wierzbach.

- Ale…

- Wy się tylko boicie, Karczycho też – warknął Marcin. – I nic nie zrobicie, nic. Bo nie umiecie!

To był celny strzał, takie radykalne poderwanie autorytetu bandziora. Krzyśka zamurowało.

- O Jezu, no dobra, tylko spotkajmy się gdzie indziej, nie przy wierzbach! – stęknął po chwili, blady na twarzy.

Marcin spojrzał na niego ze zdumieniem. Wydawało mu się niemożliwe, żeby ktoś nie lubił tego miejsca. Był to taki mikroskopijny park pośrodku osiedla, niedaleko Fajerek. Kilkanaście drzew i sporo krzewów ozdobnych, w razie potrzeby mogących udawać nawet dżunglę. Pełno tam było huśtawek, konarów, na których można usiąść, i altan uplecionych z opadających niby warkocze gałązek.

Bo choć Ćwierklaniec poza Jenotą był zapełniony brzydkimi blokami, to wyglądało na to, że mieszkający w nich ludzie postanowili je zasłonić zielenią, klombami kwiatów, Podobno były tu wcześniej łąki i zarośla pełne ptactwa, od którego wzięło swą nazwę osiedle, i spłoszone budową, odleciały, ale powróciły po zarośnięciu Ćwierklańca zielenią,  aby jeść głóg czy jarzębinę i wić tu gniazda. W lecie pełno tu było motyli, pszczół, zdarzały się nawet gniazda szerszeni… Jedyna różnica pomiędzy tym małym parkiem a resztą osiedlowej zieleni polegała na tym, że tu można było przyjść specjalnie na huśtawki, nikt nie przeganiał krzyczącej dzieciarni ani nie groził zabraniem piłki.

- No dobra – zadecydował wreszcie łaskawie Marcin. – To przed Biedronką o piątej?

Krzysiek z ulgą kiwnął głową.

Wracając do klasy, obok sklepiku Marcin zobaczył znów księdza Franka. Wyszedł z kolejki i właśnie podawał jakiejś małej dziewczynce bułkę.

Czekając na piątą, Marcin sprawdzał słówka z angielskiej wersji „Złotego Żuka”. Ale nie szło mu to w ogóle, nie potrafił się skupić. Słówka, czy raczej ich sensy, odbijały się od jego umysłu jak od czarnej ściany.

- Niczego się nie dowiedziałem – przyznał Krzysiek, kiedy pojawił się Marcin, mocno spóźniony. – I na razie nie będę pytać, bo Karczycho zrobił się podejrzliwy.

Marcin spojrzał na zegarek. Wpół do szóstej, zaraz wróci mama. Trzeba pędzić do domu.

- No trudno, ale jakby co, dawaj znać, rozumiesz?

Co by na miejscu Marcina zrobił porządny detektyw?

Jeszcze raz przeprowadziłby oględziny miejsca, w którym popełniono przestępstwo. I to właśnie Marcin postanowił zrobić. Może to coś da, a może nie, ale detektyw Poirot by tego kroku nie zaniechał.

Tylko kiedy znaleźć na to czas? Mama wróciła i siedziała w domu, a Marcin nie bardzo mógł się wymknąć.

A właściwie mógł, ale walczyły w nim dwie sprzeczne postawy. Z jednej strony chciał iść, prowadzić śledztwo, wyjaśnić tajemnicę i zebrać należne pochwały. Ale z drugiej, wszystko to razem: nagle ujawnione kłótnie rodziców, kłopoty z Karczychem i jeszcze jakaś bestia grasująca po osiedlu, przygniotło go mocno. Poczuł się mały i słaby.

Zrobiła się noc, ciemna i wietrzna, kiedy postanowił: „Zrobię to jutro, przed lekcjami.”

Długo krążył wokół bloku Asi, szukając różnych śladów. Ba, był przygotowany, z internetu wydrukował sobie nawet wzór zajęczego tropu. Ale znajdował wciąż tylko kupy, odciski łap, mokre plamy… a czasem dziwnie wyglądające wgniecenia, które mogły być czymś więcej, ale czym były naprawdę, rozdeptane ludzkimi butami?

Jego uwagę przyciągnął taki zagadkowy ślad, który według jakiegoś myśliwego wyglądał nieco podobnie jak ślad zająca uciekającego przed wilkiem. Wilki tutaj? – Marcin w pierwszej chwili wyprostował się ze zgrozą i obejrzał przez ramię, nim znów pochylił nad tropem.

Nagle ktoś chwycił go za ramię. Marcina przeszył piorun, wyprostował się tak gwałtownie, że niemal wybił zęby niskiemu, szczupłemu mężczyźnie w białej koszuli z zawiniętymi mankietami, który po cichu stanął za nim.

- A co ty robisz? – spytał. – Widziałem, jak grzebałeś w koszu… Głodny jesteś?

Marcin zastygł z przerażeniem. W jego głowie obudziło się kłębowisko pytań – co ma odpowiedzieć?

Wreszcie uznał, że w takiej sytuacji prawdziwy detektyw nie zdradziłby się drgnięciem powieki, zagrałby swoją rolę do końca. Przywołał na twarz najlepszy uśmiech, na jaki było go stać, i wyjaśnił:

- Szukam kluczy, bo mama chyba gdzieś tutaj je zgubiła.

- A to może pomogę? – zaoferował się mężczyzna. – W pęku czy w jakimś portfeliku?

Marcin skinął głową, udając, że ta oferta pomocy przyszła w sama porę.

- Tylko klucze.

Z oczywistych powodów żadnych kluczy nie odnaleźli, za to chłopiec wypatrzył w trawie dwa złote. Też cieszy, chociaż wolałby wpaść na trop Czarnego.

Wreszcie umknął pod Biedronkę. Wszedł do środka, kupił sobie batona, odczekał trochę i wrócił pod blok Asi Rybickiej, mając nadzieję, że mężczyzny już tam nie będzie.

Ale nadal nie umiał znaleźć jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Sytuacja wyglądała tak, jakby Czarny Zając pojawił się raz, porwał Asię i zniknął, pojawił się znów kilka dni później, trafił na Karczycha, który go sfilmował, a od tamtej pory nic się nie działo. Chyba, że ludzie zatarli ślady, a kolejne ofiary Czarnego starano się ukryć. Sprawa wydawała się beznadziejna….

Zerknął na zegarek.

- O kurczę! – Śledztwo zabrało mu dwie godziny! Była dziewiąta czterdzieści siedem! Właśnie skończył się drugi polski.

„Zabije mnie” – pomyślał, przerażony, zrywając się do biegu w stronę szkoły. – „Normalnie zabije i przekręci przez maszynkę.”

Marcin miał nadzieję, że sprawa wyda się później, kiedy już coś odkryje – i wtedy przekona mamę, że zrobił słusznie. Ale jeszcze tego samego dnia wieczorem przyszła do jego pokoju. Usiadła na fotelu, westchnęła i zaczęła:

- Marcin, nie możesz wagarować.

Chłopiec wzruszył ramionami, nadal śledząc trailer jakiegoś amerykańskiego serialu kryminalnego na youtubie.

- To tylko dzień. Musiałem się zastanowić. A poza tym, spóźniłem się tylko.

Mama powtórzyła:

- Nie możesz wagarować. Następnym razem odbiorę ci kieszonkowe.

Na to Marcinowi pociemniała twarz. Przecież nie zrobił nic złego, nie aż tak złego. A mama? Może go zostawiać wieczorem? A tata?

- Tata by to zrozumiał – burknął. Nie była to prawda, ale czasem i w Marcina wstępował diabeł.

Mama gwałtownie wstała z fotela, spojrzała ostro na syna.

- Nie mów mi o tacie! Od miesięcy nie przysyła pieniędzy, jakby mu nie zależało! – krzyknęła ostro.

Podeszła do drzwi, nie otworzyła ich jednak, zawróciła, spojrzała z troską na Marcina.

- Ale to wcale nie oznacza, że jak w domu nie ma męskiej ręki, to możesz robić wszystko! A w ogóle, może się tu pojawi męska ręka! – warknęła, zamykając za sobą drzwi.

Wstrząśnięty Marcin usiadł na łóżku ze splecionymi rękoma. Nagle zerwał się, podbiegł do drzwi, otworzył je i krzyknął:

- Z tatą to by było inaczej! Mógł nie jechać! Mogłaś go zatrzymać! – Zamknął drzwi i z powrotem rzucił się na łóżko.

Za plakatem z Indianą Jonesem, który na takie sytuacje nie umiał nic poradzić, bo sam sobie kiepsko radził z kobietami, mama wybuchnęła rozpaczliwym szlochem.

A Marcin objął kolana rękoma i kiwał się w rozpaczy.

Za oknem rozległ się gwizd pociągu pędzącego do centrum miasta.

*

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *