Dziura w sercu

Romuald Pawlak

Dziura w sercu

Ściągnij fragment!

 

 

Rozdział 1

Ptaki krzyczały tak przeraźliwie, że umarłego by obudziły. Stadkami zlatywały na sosny rosnące pomiędzy dwoma blokami. Gromadziło się ich coraz więcej. Wyglądały jak ciemne deszczowe chmury przemykające po niebie. Z iglastych koron dobiegał wrzask, jakby wróble nie były pewne, czy jutro nadejdzie świt.

Fusia czekała na Iwkę i siedząc na ławce w pobliżu wejścia do klatki schodowej, bezczelnie zaglądała w okna mieszkania na parterze. Denerwowała się coraz bardziej.

„No co jest, Iwka?!” – krzyczała w myślach, nerwowo skubiąc zębami pomalowane szminką usta.

Szminka była superdroga i przeznaczona wyłącznie na wyjątkowe okazje, ale dziś właśnie taka okazja się nadarzała. Tylko że jeśli jej przyjaciółka prędko nie zejdzie, to Fusia tę szminkę zliże i zamiast efektownej nasyconej wiśni pokaże nieciekawe spierzchnięte wargi, których się wstydziła. Wszystko przez ten nerwowy odruch ich przygryzania, nad którym nie potrafiła zapanować.

Za oknem poruszyła się firanka, błysnęły okulary Trębickiej. Ich grube brązowe oprawki sprawiały, że starsza kobieta przypominała nurka ze zdziwieniem spoglądającego w pysk jakiejś paskudnej, wścibskiej ryby.

Dziewczyna odwróciła wzrok i przebiegła spojrzeniem po pomalowanej na żółto ścianie bloku aż do drugiego piętra. Z nerwów cały czas się wierciła. Serce jej biło przyspieszonym rytmem, ale nie tak przyjemnie, jak wtedy, gdy dzieje się coś fajnego, tylko gorączkowo, powodując niemiłą drżączkę.

Pieniędzy na karcie Fusia nie miała, ledwie złotówkę czy coś koło tego, więc na razie powstrzymywała się przed dzwonieniem do Iwki, żeby ją ponaglić. Domofon kusił, ale jeśli trafi na rodziców przyjaciółki, mogą pojawić się problemy. Oni nie rozumieją swojej córki i jej koleżanek. Raz już nałożyli na nią szlaban, tak jakby to ona była winna, że chłopak, niezbyt zresztą przystojny, wypił sobie piwo na odwagę, a potem przesadził z wylewnością uczuć wyznawanych przez domofon – pech chciał, że nie Iwce, tylko właśnie jej rodzicom. Dobrze, że policji nie wezwali.

A niech to! Iwka mówiła, że zajrzy do domu tylko na chwilę. Przecież spieszą się na randkę! To znaczy Fusia się spieszy. Pierwsza randka w jej życiu. Z Adrianem. Nie kojarzyła go, ale to nic, znał go Timon, chłopak Iwki. I kiedy Adrian powiedział, że widział Iwkę z taką niezłą dziewczyną, i spytał, czy Timon by mu nie pomógł, Timon i Iwka postanowili zaaranżować randkę dwóm sierotom, co to same nie umiały dobrać się w parę.

Zresztą, prawda była taka, że Fusia poszłaby na randkę z każdym, nawet z samym diabłem, byle wcielonym w jakiegoś sensownego chłopaka. Od ponad miesiąca poważna gimnazjalistka, jeszcze nigdy się z nikim nie spotykała – co za obciach! Musiała kłamać, że się całowała. Fakt, raz wujek pocałował ją w policzek, w Legionowie, jak miała jedenaście lat. Ale to się przecież nie liczy, wujek to rodzina.

„Iwka!!!” – wrzasnęła w duchu, z trudem powstrzymując się od kolejnego przygryzienia wargi.

Nagle stuknęły otwierane drzwi i jej przyjaciółka wyszła z klatki. W samym sweterku, chociaż było chłodno. Minę miała nietęgą, na jej pociągłej twarzy błąkał się dziwny uśmiech.

– Bo wiesz – zaczęła niepewnie, odwracając wzrok – Timon powiedział, że ten Adrian…

Przerwała i przytrzymała nogą zamykające się drzwi.

Fusia zbladła. Powoli, jakby dźwigała zbyt ciężki plecak, wstała z ławki. Czuła, że jej krew zamienia się w lód i płynie teraz zbrylona jak kra na rzece wiosną – przeciska się przez żyły, kłując boleśnie.

– Nic nie mów! – sucho przerwała przyjaciółce. Ze złością popatrzyła na Trębicką, która przyglądała się całej scenie, ukryta za firanką. – Nie chce, to nie, łaski bez!

– On podobno chce, tylko dzisiaj nie ma czasu. – Iwka próbowała jakoś wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.

No bo co robić? Rozbudziła w sercu Fusi nadzieję, a tu taka wtopa!

Fusia poprawiła na sobie obcisłą dżinsową kurteczkę, jedną z niewielu ładnych rzeczy, jakie wisiały w jej szafie. Tyle że to, jak wyglądała, nagle straciło znaczenie – i tak nie miała się komu podobać. Równie dobrze mogłaby tu stać w podartych szmatach. Albo w samej koszuli nocnej. Chociaż nie… Gdyby była w koszuli, to może jednak jakiś chłopak uznałby, że warto się nią zainteresować?

– Idę do domu – mruknęła, starając się powstrzymać łzy. – Cześć.

I poszła, choć wcześniej się umawiały, że po randce pojadą razem na zakupy do centrum miasta.

Iwka nie zatrzymywała koleżanki. Widać, ulżyło jej, że nie będzie musiała niańczyć rozżalonej sieroty.

W domu Fusia nie odezwała się do ciotki ani słowem. Zdjęła kurtkę w przedpokoju i od razu poszła do siebie. Ponuro spojrzała na Baja – słonia z plakatu. Właściwie nawet nie plakatu, tylko cyrkowego afisza, który – zawieszony na przeszklonych drzwiach – oddzielał przestrzeń należącą do Fusi od reszty mieszkania i stanowił tutaj jej najbardziej osobistą rzecz. Widniejący na nim zwierz huśtał na trąbie małe dziecko. Dostała go od taty, kiedy miała dziesięć lat. Zabrał ją wtedy do cyrku, gdzie dziewczynce podobało się tak bardzo, że zaraz po wyjściu chciała iść tam znowu. Tata jedynie się roześmiał i powiedział, że drugi raz nie pójdą, ale zaraz dostanie od niego coś, co będzie jej przypominało obejrzane przedstawienie. I zniknął, a po chwili wrócił z tym plakatem, który wkrótce stał się dla nastolatki bramą do wspomnień dzieciństwa.

– Beznadzieja, wiesz? – rzuciła półgłosem, żeby ciotka nie usłyszała. – Do chrzanu to wszystko. Zakopać i zaorać.

Płakać zaczęła dopiero wtedy, gdy wsadziła głowę pod koc z polaru w niebiesko-czerwoną kratkę. Najpierw pozwoliła łzom cicho spływać po policzkach, a potem szlochała coraz głośniej.

„Wybrakowana – żaliła się przed sobą. – Jestem wybrakowana i nikt mnie nie chce!”.

*

Fusia naprawdę była wybrakowana. Zanim trafiła do Kalenicy, mieszkała pod Warszawą, w Legionowie. Teraz patrzyła na tamte dni jak na świat spowity mgłą, tak gęstą, że z trudem dawało się w niej cokolwiek zobaczyć. Szczegóły się zatarły, pozostały tylko zarysy wspomnień, a i te dziewczyna starała się zepchnąć w niepamięć. Były bowiem przykrym dowodem na to, że jej życie kiedyś wyglądało zupełnie inaczej. Dom, rodzice, wycieczki… Rozpamiętywanie przeszłości bolało i czasem wolałaby o tym wszystkim zapomnieć.

Na przykład, że mama nie żyje, a tata odszedł w siną dal – więc też jakby umarł. Zresztą w głowie Fusi rysy twarzy obojga, a szczególnie taty, stopniowo się rozmywały. Wprawdzie w zaklejonej kopercie trzymała zdjęcia rodziców i w każdej chwili mogła ich sobie przypomnieć, tylko po co?

– Wychodzę do Bartnickiej – rozległ się nagle za drzwiami stłumiony głos ciotki, przerywając jej smutne myśli. – Zamknij za mną, dobrze?

Fusia niechętnie wstała, otarła policzki i wyszła z pokoju.

Ciotka Stasia mimo nieco podeszłego wieku wciąż nieźle się trzymała i dzielnie wygrywała zarówno z chorobami, jak i z problemami codziennego życia. Nikt by nie powiedział, że wygląda staro. Dbała o siebie, czasem nawet chodziła do fryzjera czy kosmetyczki. Ciężkie życie wycisnęło na jej twarzy więcej zmarszczek niż u przeciętnej sześćdziesięcioletniej kobiety, a na Fusię patrzyła niekiedy zbyt surowym wzrokiem, ale tak naprawdę miała dobre serce. Przecież po śmierci mamy dziewczynka omal nie wylądowała w domu dziecka! Nikt jej nie chciał, dopiero ta starsza krewna się ulitowała, choć była już schorowana i luksusów zapewnić nie mogła. Fusia czuła wobec niej wdzięczność, bo dom dziecka wydawał jej się horrorem, którego na pewno by nie przeżyła.

– Płakałaś? – raczej sucho stwierdziła, niż spytała ciotka, badawczo spoglądając na dziewczynę. W tym spojrzeniu jednak zamiast współczucia kryła się raczej sugestia, żeby spróbować pokonać przeciwności. Bo – jak wiadomo – „czego nie można zmienić, do tego trzeba się przyzwyczaić”.

Fusia milczała, stojąc w drzwiach swojego pokoju. Wreszcie wzruszyła ramionami. Nie chciała o tym gadać.

– Musisz być twarda, dziecko – westchnęła ciotka, mylnie biorąc jej łzy za oznakę tęsknoty za rodzicami. – No nic, idę do Bartnickiej, obiecała mi kilka słoików ogórków swojej roboty. Może trochę tam posiedzę, razem obejrzymy jakiś serial.

Po chwili dziewczyna zamknęła za nią drzwi na klucz, myśląc o tym, że starsi ludzie mają swoje dziwactwa. Ciotka panicznie się bała, że jakiś złodziej wejdzie do mieszkania, kiedy zostawi Fusię samą. Za to w ogóle nie brała pod uwagę, że podobne nieszczęście może się zdarzyć, gdy to Fusia wyjdzie albo gdy obie będą w mieszkaniu. Nie obawiała się też, a w każdym razie tego nie okazywała, że Fusi coś się stanie w szkole, a przecież każdy wie, że bywa tam naprawdę niebezpiecznie. Do tego gimnazjum Fusi nie cieszyło się najlepszą opinią. Zapewne dorastał w nim niejeden przyszły bandyta, na razie trenujący na szkolnych korytarzach, gdzie obok gimnazjalistów ze starszych klas, wyrośniętych jak Pudzianowski, plątało się sporo słabych dziewcząt i młodszych chłopców, którzy wyglądali jak z czwartej klasy podstawówki.

A w drodze – co mogło się wydarzyć w drodze z domu do szkoły i z powrotem? Gdy się nad tym zastanowić, nadmiar niebezpieczeństw czyhających na uczniów przyprawiał niemal o szaleństwo. Fusia jednak w ogóle nie zaprzątała sobie głowy takimi rozmyślaniami, tym bardziej że po śmierci mamy raczej nie wierzyła, że spotka ją jeszcze jakaś większa krzywda…

Obiecała sobie zresztą, że nie da się zwariować. Ciotka, doświadczona przez los, jest chora i samotna – no, przynajmniej była samotna, zanim pojawiła się Fusia – więc można ją zrozumieć. Ale ona nie zdziwaczeje, nie ma mowy! Po prostu nie ma mowy!

Zrobiła kilka kroków z przedpokoju do dużego pokoju, który nadal nosił miano salonu, chociaż od śmierci wujka ciotka rzadko przyjmowała w nim swoje – równie stare jak ona – przyjaciółki. Czasy świetności tego domu minęły. Honoru broniła jedynie mahoniowa meblościanka sprzed jakichś dwudziestu lat i stół z krzesłami w podobnym kolorze oraz wieku. Telewizor, choć młodszy, też już swoje odsłużył. Właściwie nie było tu nic nowego, jakby właścicielka chciała zatrzymać czas. Nawet pachniało nie tyle kurzem, ile po prostu starością.

Nie miał kto zadbać o to, żeby uczynić mieszkanie nowszym i wygodniejszym. Ciotka nie widziała takiej potrzeby, a Fusi nie zależało.

Zajrzała do kuchni, nalała sobie szklankę soku rozcieńczonego wodą i wróciła do swojego pokoju.

Z niechęcią popatrzyła na górę zeszytów. Lekcji do odrobienia sporo, trzeba się do nich wziąć. Nie żeby Fusi się chciało. Ale to pierwszy rok gimnazjum, w dodatku pierwszy semestr. Wiedziała, że zanim zacznie się obijać, powinna spróbować zrobić dobre wrażenie. Matematyczka wydawała się ostra, trudno liczyć na jakąkolwiek taryfę ulgową. Ale Hampel, facet od polaka, wyglądał na takiego jak Miśkiewicz w podstawówce: kiedy już wyrobił sobie o kimś opinię, rzadko ją zmieniał. Więc jeśli zobaczy, że Fusia się stara, to pewnie spojrzy pobłażliwiej, kiedy dziewczyna nie przeczyta lektury albo odpuści sobie zadanie z gramatyki.

Tylko jak zrobić dobre wrażenie, skoro w podstawówce czytali proste wierszyki i bajeczki dobre dla przedszkolaków, a tu nagle Hampel każe analizować Dziady? Fusia czytała zadany fragment, a słowa wieszcza wirowały w jej głowie niczym karuzela i za nic na świecie nie dawały się uchwycić, kiedy próbowała wycisnąć z nich jakiś sens.

*

– Słuchaj – zaczęła Iwka następnego dnia, gdy rozbierały się w szkolnej szatni. Odwiesiła do szafki modną polarową kurteczkę w śliwkowym kolorze. Odrzuciła na bok długie ciemne włosy. Była całkiem ładna i wiedziała, jak zrobić wrażenie na chłopakach. – No sorry, taki pech.

Fusia lekceważąco machnęła ręką, chociaż wiele ją to kosztowało. Udawała, że całą jej uwagę pochłaniają zabłocone krótkie kozaczki i sprawdzanie, czy nie ubrudziła sobie od nich spódnicy.

– Daj spokój, Iwka, nic się nie stało. Wyluzuj. To co, idziemy dzisiaj do Pachnidlaka?

Pachnidlakiem nazywano w Kalenicy sklepik na rynku, wciśnięty pomiędzy duży sklep spożywczy a zakład fotograficzny. W ciasnym pomieszczeniu chodziło się pomiędzy regałami tak, że nie sposób było zawrócić, kiedy zebrało się więcej klientów. Jednak tutejsze nastolatki uwielbiały to miejsce, przede wszystkim ze względu na sympatyczną obsługę i niewygórowane ceny.

Od razu po lekcjach przyjaciółki wsiadły do czternastki i podjechały dwa przystanki, żeby było szybciej. Iwka temat nieudanej randki uznała za zamknięty, jak najęta trajkotała o jakimś fantastycznym toniku na trądzik. Fusia słuchała jednym uchem, wciąż rozmyślając o swoim zezowatym szczęściu. Do niczego nowego nie doszła, poza tym, że chyba powinna zagrać w totka, wygrać, kupić porządne ubranie i kosmetyki, nawet perfumy Chanel – co sobie będzie żałować! – może wtedy jakiś chłopak zwróci na nią uwagę. Bo i w szkole, i na ulicach dziewczyny urządzały istną rewię mody – każda szukała swojego stylu. A ona? Jak ma szukać swojego stylu, kiedy jej szafa świeci pustkami, a pieniędzy brakuje na byle szalik? I stać ją tylko na krem z Biedronki. Całkiem niezły zresztą; dowiedziała się o nim na forum dla nastolatek, które borykały się z takim samym problemem jak ona, czyli z brakiem kasy. Tylko że krem z Biedronki to nie to samo, co markowy produkt, którym można się dyskretnie pochwalić.

Wysiadły na rynku, obok pomnika Bohaterów Drugiej Wojny Światowej, a stamtąd było już tylko kilka kroków do Pachnidlaka. Po chwili znalazły się w sklepie.

Oglądały właśnie półeczkę z wymarzonymi kosmetykami. Iwka z zapałem tłumaczyła, że ten tonik to niby raczej dla chłopaków, ale dziewczyny też używają, poza tym w razie czego i Timon skorzysta. Nagle zamilkła. Fusia tego nie zauważyła, zamyśliła się, bo zrobiło się jej głupio, że stoi tu bez sensu, jakby mogła sobie coś kupić. Wreszcie Iwka trąciła przyjaciółkę w ramię.

– Oranyranyrany! – zajęczała, wskazując ruchem głowy regał pod ścianą, gdzie stały farby i szampony do włosów.

Fusia spojrzała i zobaczyła parę – dziewczynę i chłopaka. Drobna blondynka o pociągłych rysach twarzy, w zielonej sukience za kolana, na którą miała narzuconą lekką skórzaną kurteczkę, wyglądała jak leśny elf albo rusałka. Iwce jednak chodziło zapewne o jej towarzysza. Wyższy o głowę, o ciemnych włosach, czujnie rozglądał się dokoła, jakby obecność tylu kosmetyków go onieśmielała. Na jego śniadej twarzy malował się niepokój. Wyglądał na jakieś szesnaście–siedemnaście lat.

– Zajęty przecież – mruknęła Fusia w taki sposób, żeby jej słowa dotarły tylko do uszu Iwki.

– Ale popatrzeć można! – odszepnęła tamta, zastygając w zachwycie. – To za darmo, Fuśka. Chyba będę tu przychodzić codziennie…

Fusia jeszcze raz przyjrzała się szatynowi. Owszem, niezły, ale nie aż tak, żeby na jego widok mięknąć jak zwiędła marchewka.

– A co na to Timon? – spytała.

Przecież przyjaciółka wciąż się chwaliła swoją wakacyjną zdobyczą. W dodatku kiedy już przerobiła chłopaka z Tymoteusza na swojskiego Timona, od razu pokochała go bardziej, tak przynajmniej mówiła.

Iwka drgnęła. Odciągnęła Fusię na bok, żeby nie daj Boże obiekt jej zachwytu niczego nie usłyszał, i syknęła:

– Timon to Timon, dziś jest, jutro nie wiadomo. A ten jest cudny, do schrupania, jak kostka cukru, rozumiesz?

*

Nie bardzo się chciało Fusi wracać do domu. Wlokła się krok za krokiem, aż wreszcie dotarła do właściwych drzwi. Otworzyła je sobie kluczem.

Na ekranie starego telewizora obraz był niewyraźny, jednak ciotka wpatrywała się w niego, jakby sprzedawali tam cudowne recepty na życie. Ledwie zauważyła przyjście Fuśki. Dziewczyna z niedowierzaniem pokręciła głową. Ta kobieta powinna kupić sobie nowy telewizor, choćby na raty, skoro ogląda tyle seriali, że nawet ich tytuły spamiętać trudno.

Weszła do swojego pokoju. W niewielkim pomieszczeniu – niecałe trzy na trzy metry – po wstawieniu biurka, łóżka i szafy znalazło się jeszcze trochę miejsca na wąski regał z książkami. Pośrodku, przed biurkiem, stało plastikowe krzesło. Luzu zostało tyle, że dawało się zrobić zaledwie dwa kroki. Tak wyglądał jej świat. Ciasny i mało przytulny, ale co mogła na to poradzić?

Fuśka czuła się czasem jak te porzucone przez rodziców dzieciaki z reportażu, który kiedyś czytała w jakimś kolorowym miesięczniku. Choć niby wszyscy się nią zajmowali: ciotka, wychowawczyni w szkole, która oczywiście znała sytuację rodzinną uczennicy, a nawet Sadowska, sąsiadka z dołu, przekonana, że trzeba od czasu do czasu zaprosić „sierotkę” na ciastko, żeby osłodzić jej życie. Dziewczyna buntowała się w głębi serca, ale nie chciała robić przykrości ciotce, więc zgadzała się zjeść szarlotkę czy ptysia i zamienić kilka słów ze starszą panią. Tyle że tak naprawdę pragnęła tylko jednego: niech się ludzie od niej odczepią, niech po prostu dadzą jej spokój. Wcale nie chce, żeby się o nią troszczyli wszyscy. Niech się odnajdzie ojciec i zrozumie, że wciąż ma córkę, albo niech mama zmartwychwstanie. To w zupełności wystarczy, nie potrzebuje pomocy i współczucia obcych!

Niekiedy wieczorami Fusia stawała w oknie i przyglądała się przechodniom, jak spacerowali albo przemykali pomiędzy blokami, samotnie lub we dwie–trzy osoby, roześmiani i szczęśliwi albo wyraźnie zagonieni; trafiały się i rodziny z dziećmi czy psem biegającym wokół jak wolny elektron. Zaciskała wtedy zęby tak mocno, że rozgryzała wargę, a potem zlizywała płynącą krew i krzyczała w duchu: „Wybrakowana! Jestem wybrakowana i nikomu niepotrzebna!”.

Tak, niech ją wszyscy zostawią w spokoju, niech zajmie się nią tata, a jeśli on nie chce, to niech tylko pozwolą jej szukać szczęścia po swojemu. Może wówczas znajdzie sobie chłopaka.

Gdyby przynajmniej miała inaczej na imię…! Szybko doszła do przekonania, że za jej kłopoty przynajmniej częściowo odpowiada imię: Faustyna! Żywiła urazę do matki, szarpała się pomiędzy miłością i gniewem wobec niej z tego powodu. Po co jej imię po jakiejś świętej? Ona nie chce być świętą, nie umie. Chce tylko być szczęśliwa i czuć, że życie ma sens!

A na razie nie miało. Fusia uznała, że musi sama zatroszczyć się o swoją przyszłość. Bo ciotka niczego nie rozumie. Tylko jak to zrobić? Brakowało jej pomysłu, nie wiedziała, kim mogłaby zostać. Nie miała żadnego hobby. Żyła z dnia na dzień, pogrążona w rozpaczy, która nawet nie była czarna, lecz dokładnie taka, jak całe życie Fusi: szara i nudna.

Jakoś przetrwała ostatnią klasę podstawówki już tutaj, w Kalenicy, chociaż trafiła do niej z opinią dziecka trudnego i zamkniętego w sobie. A jaka niby miała być po wypadku? I po przenosinach spod Warszawy do tego małego miasteczka?

Gimnazjum też ją rozczarowało. Wprawdzie minął ledwie miesiąc, ale już widziała, czego może się spodziewać. Kilka osób znała z osiedla albo z podstawówki, jak Iwkę czy Karolę. Cud nie nastąpi, za wiele z tych murów nie wyniesie. A ona tak chciałaby się nauczyć czegoś konkretnego. Ale na to brakowało pieniędzy, a szkoła nie proponowała niczego poza zajęciami wyrównawczymi. Była tylko poczekalnią przed liceum. Błędne koło.

Fusia uciekała więc w marzenia, w których ratowała ludziom życie jako lekarka albo pisała bestsellerowe książki. Albo robiła jedno i drugie. Ewentualnie była gwiazdą telewizyjną. Chociaż dobrze wiedziała, że na nic takiego się nie zanosi.

Nagle ktoś zagwizdał pod jej oknem. Wyjrzała.

– Fuśka, stawiam lody, idziesz? – To była Klaudia.

W zadumie popatrzyła na górę zeszytów leżących na biurku. Ech…! Zwłaszcza ten Hampel…

– Idę – zawołała.

Trudno. Zeszyty muszą poczekać.

*

Klaudii dopisywał humor, bo dostała od dziadka na urodziny pieniądze – i mogła pokazać, że je ma, co nie zdarzało się często. Postanowiła więc wyciągnąć na lody Fusię i Dankę.

Iwka była właściwie jedyną przyjaciółką Fuśki w szkole, a Klaudia i Danka tworzyły coś na kształt jej paczki na osiedlu. Młodsze od niej o rok, chodziły jeszcze do podstawówki, tej na Klonowej. To bardziej one szukały kontaktu z nią, ale Fusia ich nie odrzucała, bo inaczej czasem nie miałaby do kogo ust otworzyć.

Kupiły sobie po migdałowym magnum w Żabce i stały przy wyjściu ze sklepu, odwijając papierki, kiedy zza rogu wyszła grupa zakapturzonych nastolatków, a razem z nimi pojawiły się hip-hopowe bity z empeczwórki.

– Te, gruba! – prychnął najniższy, patrząc na Klaudię. Pewno chciał zaimponować kolegom. – Marchewkę jedz, będziesz zdrowsza.

I rechocząc, wszyscy razem odeszli na przystanek autobusowy.

Klaudia zrobiła się czerwona na twarzy. Nie pierwszy raz słyszała docinki na temat swojej postury, bo – prawdę mówiąc – rzeczywiście nie była szczupła, ale dziś obchodziła urodziny, więc ją to szczególnie zabolało. Łzy błysnęły jej w oczach, opuściła rękę z lodem.

– To głupki, nie ma co się przejmować – szepnęła Fusia, ściskając przyjaciółkę za ramię.

Danka milczała, uśmiechając się pocieszająco. Jednak lody już im nie smakowały, rozmowa się nie kleiła i szybko rozeszły się do domów.

Siedząc wieczorem nad zeszytami, Fusia pomyślała nagle, że nie tylko ona jest wybrakowana.


Rozdział 2

Fusia nigdy w życiu by się nie domyśliła, że ten dzieciak oznacza kłopoty. Miał siedem, może osiem lat, krótko przycięte rudawe włosy i potężną szczerbę, czarną dziurę w miejscu prawej górnej jedynki. Na jego szyi wisiał klucz, ale widać było, że chłopiec w ogóle o nim nie pamięta i zaraz go zgubi. Kiedy przeskakiwał przez klomb przed klatką schodową, tam i z powrotem, klucz na tasiemce wirował mu wokół głowy jak wściekła, próbująca się zerwać z uwięzi pszczoła, przywiązana do zielonej nici.

Fusia minęła go bez słowa i wbiegła na drugie piętro.

– Już szykuję ci obiad – powiedziała ciotka. Na stole stały pełne torby, musiała przed chwilą wrócić z zakupów. – A ty zanieś to temu malcowi, który czeka przed blokiem. – Podała jej kawałek jakiegoś ciasta z kremem w tekturowym pudełku.

Fusia stanęła jak wryta. O co chodzi?

– No, nie stój tak, zanieś mu. – Ciotka się uśmiechnęła. – Masz młode nogi, wyjdzie ci na zdrowie, jak się przebiegniesz po schodach. – I już, ucinając wszelkie dyskusje, odwróciła się w stronę lodówki, żeby wyjąć garnek z zupą.

Fusia trzymała w ręku paczkę i zastanawiała się, co z nią zrobić. Wreszcie wzruszyła ramionami i nie wkładając butów, w papuciach zeszła na parter. Uchyliła drzwi klatki schodowej i się rozejrzała.

Mały przestał niszczyć biedny klomb ze skalniakami. Siedział teraz na metalowej poręczy schodów i przyglądał się ptakom. Te obsiadły krzak głogu i przekomarzały się między sobą, podskakując z gałęzi na gałąź i od czasu do czasu skubiąc dojrzewające owoce.

– Trzymaj. – Fusia zrobiła krok i stanęła przed chłopcem. Niemal wcisnęła mu w dłoń paczuszkę.

– Ooo! – powiedział zaskoczony, a na jego twarzy pojawił się taki uśmiech, jaki widuje się na buziach dzieci, których marzenie właśnie się spełnia. Odwinął papier. Zapachniało ciastem. – Super! A ty…?

Fusia już go nie słuchała, wróciła do klatki.

„Głupi bachor” – myślała, idąc po schodach i wpatrując się w brudną żółtą lamperię.

Jednak coś ją zaniepokoiło. W swoim pokoju zaraz podeszła do okna i lekko odchyliła firankę.

Dzieciak wciąż siedział na barierce, zlizując z palców okruchy ciasta. Po chwili zadarł głowę, więc cofnęła się szybko, w obawie, by jej nie zobaczył.

Dlaczego ciotka daje mu ciasto? Same by lepiej zjadły…

Nagle przez otwarte drzwi zajrzała ciotka.

– Na co patrzysz? – spytała. Jej głos brzmiał trochę szorstko, jakby nie za dobrze się dziś czuła.

Fusia nie odpowiedziała. Usiadła na krześle przy biurku.

– Na Jacka? – domyśliła się kobieta. – Głodny był.

Dziewczyna pokiwała głową. No cóż, dobra. Ma na imię Jacek. Głodny, niech będzie. Tylko dlaczego częstuje się go ciastem, nie chlebem?

Ale po co się wtrącać? Nie jej sprawa.

*

Nie wytrzymała jednak.

Siedziały przy kolacji, kiedy ktoś natarczywie zaczął dzwonić przez domofon. Fuśka poszła sprawdzić, kto przyszedł, ale nikt się nie odezwał. Wróciła, usiadła, wzięła kanapkę w rękę i… wtedy domofon znów się rozbrzęczał. Zacisnęła usta.

– Może to jednak ktoś do nas? – powiedziała ciotka, patrząc na nią bezradnie.

– Pewno ten głupi bachor – mruknęła Fusia z pełnymi ustami. – Nie ma co chodzić bez sensu.

Ciotka westchnęła ciężko.

– Fusiu, to nie jest żaden bachor, tylko Jacek Kwiatkowski. A poza tym tak się nie mówi, to niegrzeczne.

– Wszyscy tak mówią – odparła dziewczyna. – Właśnie tak się teraz mówi, takie czasy…

– Jacy wszyscy? – cierpko spytała ciotka, patrząc na Fusię. Wzruszyła ramionami. – Dziecko, czy ty chcesz w życiu coś osiągnąć? Wystarczy cię posłuchać przez pięć minut i od razu wiadomo, co sobą reprezentujesz…

– I tak nic sobą nie reprezentuję! To po co się mam starać?! – Fusia wstała od stołu. – Dziękuję! – rzuciła przytomnie, choć krew już w niej zawrzała.

Poszła do swojego pokoju i z trzaśnięciem zamknęła drzwi.

*

Jakby tego wszystkiego nie dosyć, Fuśka obraziła się na Iwkę. Prawda, że siedziały w jednej ławce, oplotkowywały chłopaków i koleżanki, zachwycały się Lady Gagą i chodziły razem po sklepach. Jednak upokorzenie w związku z nieudaną randką tkwiło w sercu Fusi jak wielka zadra i winą za to trochę obarczała przyjaciółkę.

Nie pytała o Adriana, nie chciała o nim słyszeć, przestał dla niej nie istnieć. Teraz, nawet gdyby podjechał karetą zaprzężoną w cztery konie i błagał o przebaczenie, powiedziałaby mu: „Spadaj”.

Nie chciała być jego dziewczyną na siłę, z litości. Nie po tym, jak Iwka i Timon się dowiedzieli, że Adrian jej nie chce.

Ale jej serce rozpaczliwie pragnęło miłości. Tylko jak ją znaleźć?

Dziewczyna wiedziała jedno: żeby zdobyć faceta, trzeba najpierw dobrze wyglądać, a potem znaleźć się w odpowiednim miejscu. Być może dlatego Iwka więcej czasu niż na nauce spędzała w Pachnidlaku i sklepach z ciuchami, polując na okazje.

Kiedy ciotka poszła do sąsiadki na kawę, Fusia sprawdziła, czy drzwi są zamknięte, a potem stanęła przed wielkim prostokątnym lustrem w ramie przypominającej wieniec z liści bluszczu, stojącym na komodzie w salonie.

Dolną jego część zajmowało zdjęcie cioci i jej zmarłego męża. W lewym górnym rogu tkwiła przypięta do drewna jeszcze jedna fotografia. To właśnie z jej powodu Fusia niechętnie przychodziła się tu przejrzeć. Była to zwykła czarno-biała fotka, jakich robiono wiele kiedyś, zanim je wyparły zdjęcia z aparatów cyfrowych i komórek. Przedstawiała ciotkę obejmującą ramieniem mamę. Ta zaś nachylała się nad becikiem, z którego wychylał się rozdziawiony pyszczek malucha: czteromiesięcznej Faustynki. Widok tych dwu kobiet i siebie maleńkiej ranił Fusię do głębi. Tym bardziej że – co charakterystyczne – na fotografii brakowało taty.

Teraz jednak podeszła i popatrzyła na swoje odbicie. Z lustra spoglądała na nią drobna nastolatka o pyzatej twarzy okolonej czarnymi, kręconymi, krótko obciętymi włosami. Już nie dziecko, o figurze zaokrąglającej się w biodrach i biuście, ale twarzy jeszcze trochę dziecięcej i zadartym nosku sterczącym pośrodku. W oczach malował się bunt, a zaciśnięte wargi powstrzymywały słowa goryczy, którą była przepełniona. Patrząc na swoją postać, widziała… pomieszanie z poplątaniem. Ani to, ani tamto. Coś pośredniego. Jednym słowem: tragedia.

– Wybrakowana – warknęła z pogardą. – Idź stąd!

Nie odeszła jednak. Zaczęła się zastanawiać, jak się ubrać, żeby dobrze wyglądać.

Zdecydowała się na modną fioletową bluzkę na ramiączkach. Na to narzuci krótki, rozpinany czarny sweterek, żeby co nieco było widać. Na wierzch oczywiście niezapięta dżinsowa kurteczka. A na dół dżinsowe rurki – uniwersalnie. Efekt pewnie nie okaże się zniewalający, ale może wystarczy? Chłopaki i tak się nie znają, wystarczy, że mignie im kawałek uda czy piersi. Tak przynajmniej mówiły bardziej doświadczone dziewczyny – i Fusia postanowiła posłuchać ich rad.

Zrobi wrażenie.

Jeszcze tylko trzeba pójść tam, gdzie ktoś będzie mógł ją zobaczyć i poderwać. Bo do Fusi wreszcie dotarło, że nie ma zmiłuj, musi sobie sama poszukać chłopaka, zamiast bezczynnie czekać na księcia z bajki. Tak naprawdę zadowoliłaby się nawet giermkiem, tyle że giermkowie, jak się dowiedziała na historii, cały czas jeżdżą za swoimi panami. Więc nawet takiego gorszego chłopaka nie znajdzie, jeśli się trochę nie wysili. Powinna brać przykład z Iwki, która łowiła nawet w Pachnidlaku.

Kłopot w tym, że chłopaki rzadko zaglądają do Pachnidlaka. Oni raczej krążą po sklepach motoryzacyjnych, chodzą do kina, czasem do jakiegoś salonu gier czy na boisko. Jak któryś sam wkracza do kosmetycznego, to albo jest stracony, bo kupuje coś swojej dziewczynie, albo mama go wysłała.

Nie, jedyne wyjście to zarzucić wędkę tam, gdzie są ryby.

Kino w Kalenicy było jedno, nie za duże, i Fusia obawiała się, że jak pójdzie do niego sama, spotka koleżanki, a te natychmiast ją obgadają. Do kina to może pójść, kiedy już będzie miała chłopaka. Wtedy pokaże się wszystkim. A na razie musi działać dyskretnie. Może pojechać do Poznania? Tak właśnie postanowiła zrobić.

Ale to jutro. Albo pojutrze. Najpierw spróbuje w Kalenicy, pospaceruje ulicami, pójdzie w tłum i się pokaże, modna i uśmiechnięta, choćby jej przyszło od tego uśmiechu szczękę sobie zwichnąć. Przecież lepiej, żeby chłopak mieszkał na tym samym osiedlu albo przynajmniej w tym samym mieście. No bo co, ma dojeżdżać z Poznania, żeby ją odwiedzić albo zabrać na lody? Cóż, interesuje ją jedynie chodzenie ze sobą na poważnie, więc on musi być stąd. I nie chodzi tylko o wygodę. Związki na odległość się nie sprawdzają – niejeden raz słyszała to od dziewczyn z klasy, które na przerwach wciąż wałkowały takie tematy.

Zamknęła szafę, po raz ostatni spojrzała w lustro i na przyczepione do niego zdjęcie, po czym wróciła do swego pokoju. Zacisnęła zęby i zajęła się ćwiczeniami z angielskiego. No cóż, poliglotką nie zostanie, ale czwórki trzeba mieć.

*

Rano w szkole wybuchła afera. Poprzedniego dnia jedna z lepszych uczennic, Hanka Wadecka z II a, została przyłapana dzięki systemowi monitoringu na przeszukiwaniu kieszeni w płaszczach i kurtkach w szkolnej szatni.

Cała sprawa pewnie rozeszłaby się po kościach, bo Wadecka uczyła się dobrze, a w olimpiadzie matematycznej przeszła nawet przez eliminacje miejskie, poległa dopiero podczas wojewódzkich… Więc gdyby winowajczyni trafiła prosto do dyrektora Kurzepy, ten by ją tylko obsztorcował, ewentualnie przeprowadził rozmowę z jej rodzicami, ale na tym koniec. Lepsi uczniowie mają fory – taka jest prawda.

Za to gorsi (albo ich rodzice) potrafią się mścić. I w tym rzecz. Bo kiedy Wadecka buszowała w szatni, na monitor w szkolnej dyżurce spoglądał akurat woźny Sucharski. Na dodatek pech chciał, że dziewczyna dopuściła się przestępstwa w boksie, w którym wisiała kurtka jego syna. Rozpoznał ją po pomarańczowych naszywkach, które go irytowały, ze złością powtarzał, że chłopak wygląda w niej jak cel na strzelnicy. Ale teraz ozdoby się przydały, bo nikt inny nie miał takiej kurtki, tylko Jasiek. Ten zaś uczył się kiepsko, podczas gdy Wadecka była prymuską – i jeszcze chodzili do tej samej klasy. No to chyba wszystko jasne, prawda? Sucharski nie tylko od razu zgłosił występek uczennicy dyrektorowi, ale też opowiedział o nim kilku nauczycielom, sprzątaczkom, stróżowi… I już nie dało się sprawy wyciszyć. Wadecka się wprawdzie zapierała, ale nagranie mówiło samo za siebie: sięgnęła do kieszeni, z której wystawał zapomniany przez właściciela portfel. A skoro prawda wyszła na jaw, winowajczyni zostanie ukarana, wychowawcom natomiast polecono przeprowadzić z uczniami rozmowy.

I teraz Jagodzińska, wychowawczyni I b, brnęła w słowne zawijasy, próbując wyjaśnić, dlaczego nie wolno okradać innych. Kazanie nie sprawiałoby jej problemu – w końcu zawsze można przywołać siódme przykazanie i rozmaite paragrafy, także te ze szkolnej konstytucji – gdyby nie chodziło o olimpijkę. Taką zawsze trudniej krytykować – jak z przekąsem zauważył Sobociak, drągal siedzący w ostatniej ławce pod oknem, ledwie Jagodzińska zaczęła nawijać. Powiedział to niby do pleców siedzącego przed nim Jodłowczyka, ale i tak wszyscy usłyszeli jego sceniczny szept.

– Sobociak, a chcesz jedynkę za przeszkadzanie w czasie lekcji? – spytała groźnie nauczycielka.

Jej mina zdradzała jednak, że ją też nudzi i męczy konieczność trucia o moralności.

Chłopak wzruszył ramionami i potrząsnął szopą czarnych włosów. Był przystojny, jakby natura urodą chciała mu zrekompensować braki intelektualne.

– Niech pani stawia – mruknął ugodowo. – Ale z jakiego przedmiotu?

Wiedział, że Jagodzińska tylko tak straszy, a z historii, której uczyła, jedynki mu nie wpisze. Trafiła im się całkiem znośna wychowawczyni. Mimo to ostrzeżenie zadziałało. Po tej wymianie zdań nikt się już słowem nie odezwał. Cała klasa w milczeniu wysłuchała reszty pogadanki, patrząc w okna, ukradkiem pisząc SMS-y lub grając na komórkach. Ostatecznie lepiej przeczekać całe to gadanie niż wałkować wojny, rozejmy i pokoje albo wkuwać daty.

Dopiero na przerwie gimnazjaliści wrócili do komentowania sprawy. Przy czym oburzało ich zachowanie nie tyle Wadeckiej – tu wszystko wydawało się jasne – ile nauczycieli, którzy ją chronili.

Bo dla wszystkich było jasne, że chronili, a wychowawcy mogli sobie pouczać do woli. Co właściwie powiedziała Jagodzińska? Że nie wolno potępiać, że trzeba dać szansę? Ale czy gdyby zawinili słabi uczniowie, zagrożeni albo drugoroczni, też robiono by taki cyrk, a nie wywalono by ich ze szkoły z wilczym biletem?

Siedząc na parapetach w korytarzu, zastanawiali się, czy Sucharski powinien sprawę rozdmuchiwać – i czy jego syn na tym nie straci. Bo nagle może się okazać, że z matematyki umie mniej, niż myślał, a z fizyki to jest z niego taki głąb, że przepuścić do następnej klasy się go nie da – no, po prostu pech, i nawet błagalne pielgrzymki ojca do nauczycieli czy choćby samego dyrektora nie pomogą.

Fusia przysłuchiwała się tej dyskusji, nie biorąc w niej udziału, chociaż miała swoje zdanie – uważała, że Wadeckiej nie powinno się kryć, bo właśnie na tym polega równość: każdy tak samo odpowiada za swoje czyny. Natomiast woźny, upubliczniając sprawę, postąpił paskudnie.

Jednak w gruncie rzeczy Fusia w przeciwieństwie do swych kolegów wcale nie żyła tym tematem. Wiedziała, że po tygodniu wszelkie sensacje obchodzą wszystkich tyle co zeszłoroczny śnieg. Bo taka właśnie jest szkoła.

Ciotka tego nie rozumiała. Dla niej szkolne mury stanowiły ostoję wiedzy i dobrych manier – że niby uczono w nich i wychowywano, jak za jej czasów. A kiedy wychowanica opowiadała, jak wiele się zmieniło, albo narzekała na głupotę nauczycieli, bagatelizowała to i traktowała jak incydenty. W końcu Fuśka odpuściła sobie przekonywanie ciotki, więc i o Wadeckiej w domu wspominać nie zamierzała.

Bardziej zresztą niż bieżące zajścia w gimnazjum niepokoił ją ten szczerbaty ryży łebek. Kiedy rano szła do szkoły, minęła go niedaleko osiedlowego żłobka. Z daleka wesoło pomachał jej ręką. W przekrzywionej czapce, z plecakiem zwisającym w ręce, którego szelki wlokły się po ziemi, dzieciak wyglądał jak zaniedbany młody psiak, który musi sobie radzić sam, nawet jeśli nie bardzo mu to wychodzi.

„Głodny był” – przypomniała sobie słowa ciotki.

Zacisnęła usta.

„Co się dzieje w tym domu?” – pomyślała zaintrygowana.

*

Kiedy ma się trzynaście lat, a za parę miesięcy skończy się czternaście i jest się w pierwszej klasie gimnazjum, to tak jakby nagle dostało się nowe życie – już nie dziecka, tylko osoby wchodzącej w dorosłość. Tylko co zrobić, skoro wszyscy nadal traktują cię jak dziecko? To właśnie spędzało Fusi sen z powiek.

Większość jej koleżanek z kimś się spotykała i nawet jeśli któraś nie podchodziła do tego zupełnie serio, to przynajmniej mogła powiedzieć: „Mam chłopaka”. Ona musiała brnąć w kłamstwa typu: „Żaden mi się nie podoba” albo: „Wszystkie chłopaki to głupki”. A na wieść o szkolnej dyskotece, którą Jagodzińska zaplanowała w styczniu, tuż przed feriami, zareagowała jękiem: „Boże, z kim ja pójdę?”.

Bo w sprawach sercowych Fuśki ciągle nic a nic się nie działo. Żaden jej nie chciał. Nie wiedziała, czy Iwka zdradziła koleżankom, że Adrian wycofał się z randki, ale i tak podczas rozmów o chłopakach w każdym spojrzeniu dostrzegała drwinę: „Ofiara losu, niechciana, wybrakowana”.

Postanowiła to zmienić. Raz na zawsze.

Może gdyby miała jakąś pasję albo była w czymś tak dobra jak Wadecka w matmie (podobno nawet nauczycieli potrafiła zagiąć)… Fusia jednak nie mogła się niczym takim pochwalić – powiedzieć: „Już jestem niezła, a za kilka lat to dopiero zobaczycie”. I jeszcze ten brak chłopaka…

Po południu, kiedy ciotka jak zwykle siedziała przed telewizorem, przełączając z jednego serialu na drugi, dziewczyna starannie zamknęła drzwi do swojego pokoju, sprawdziła, czy afisz zakrywający szybę nie odkleja się w którymś rogu, po czym wyjęła z szafy rzeczy, w które zamierzała się przebrać. Popatrzyła na nie z namysłem. „No dobra, szczytu elegancji nie osiągnę, ale obciachu też nie powinno być” – oceniła.

Potem wyjęła dużą torbę na ramię. Wolała nie przebierać się w domu, żeby nie wzbudzić podejrzeń, że chodzi nie tam, gdzie powinna. Ciotka nic nie wie o problemach nastolatek, ale boi się o swoją podopieczną. Jest, jaka jest, ale na Fusi z pewnością jej zależy. Nie zrozumiałaby. A ona nie zamierza przecież pakować się w kłopoty, tylko poszukać chłopaka. Dać któremuś szansę, żeby ją poderwał. Wyjść z domu, żeby ten jedyny mógł ją zauważyć. Nic więcej.

Wrzuciła lepsze ciuchy do torby, zasunęła zamek, a potem włożyła stonowaną ciemną bluzkę i spódniczkę. Popatrzyła na Baja i wywaliła język. „Idę polować, Baju” – zwierzyła mu się w myślach. Słoń nie wydawał się zadowolony z tego, co zamierza uczynić jego właścicielka. Milczał jednak.

– Ciociu, idę do koleżanki. Uczyć się – rzuciła z przedpokoju.

Położyła torbę na podłodze i podskakując, próbowała wsunąć kozaczek na nogę. W zeszłym roku buty pasowały idealnie, teraz wydawały się trochę za ciasne.

Ciotka popatrzyła na nią nieobecnym wzrokiem. W ręku ściskała pilota.

– Tylko uważaj na siebie – powiedziała jak zawsze.

*

Przebrała się w toalecie McDonalda przy rynku. Ze wstrętem ściągnęła tanią spódnicę i bluzkę, w których śmiało mogłaby chodzić zakonnica. Wrzuciła je do torby i starannie przykryła kolorową chustką, żeby w razie czego żaden chłopak nie dojrzał, jakie ciuchy tam trzyma. Potem włożyła bluzkę na ramiączkach, sweterek i krótką kurtkę, która podkreślała ładną sylwetkę Fusi, jej szczupłe dziewczęce biodra i, przede wszystkim, nie zasłaniała ani trochę ładnych prostych nóg wciśniętych w rurki.

Tak naprawdę dziewczyna wiedziała, że nie jest brzydka. Tylko nie miała dla kogo się starać. No bo malować się i przebierać dla ciotki? Czy dla nauczycieli, jak ta kokietka Gilewska, co to wciąż paraduje wydekoltowana i z tapetą na twarzy? Albo Iwka, która niby chodzi z Timonem, ale wciąż mówi o lepszym modelu, tak jakby chłopak z trzymiesięcznym przebiegiem był już starym gratem, więc za pomocą błyszczka i fajnej farby do włosów stara się upolować takiego przystojniaka, jakiego ostatnio widziały w Pachnidlaku? Nie, Fusia nie była aż tak głupia. Mogła się poświęcać – ale dla jakiegoś normalnego chłopaka. I tylko dla niego.

Powoli, bardzo powoli przeszła pomiędzy stolikami, dając męskiej części klienteli szansę zawisnąć na niej wzrokiem. Zastanawiała się, czy dobrze wygląda, dyskretnie zerkając w wielkie lustra na ścianach. „No, może być, w sumie niezła laska” – mówiła do siebie. Wzdłuż ścian sunęła mała, drobna osóbka, wyglądająca na raczej pewną siebie, a bez wątpienia samotną, skoro przyszła tu w pojedynkę.

Ze trzech chłopaków zawiesiło na niej wzrok, ale dwaj byli w mieszanym towarzystwie, a trzeci, siedzący samotnie w rogu sali, szybko wrócił do jedzenia.

„Porażka” – pomyślała przygnębiona. – Przegrać z hamburgerem!”.

Zła, pchnęła drzwi i wyszła z McDonalda, który nagle stracił dla niej cały urok, tę otoczkę kolorów, zapachów i dźwięków towarzyszących jedzeniu.

Na zewnątrz od razu poczuła chłód. Nie zdawała sobie sprawy, że jest taka rozpalona, a na dworze słońce skryło się już za dachami kamienic – zapadł zmierzch. Tylko wrośnięte w kostkę brukową uliczne latarnie rozsiewały wokół zimne światło, wyławiając z szarości ludzi, ławki, fontannę, a na rogu Kołłątaja i Sienkiewicza – policyjną budkę, w której nudził się młody mundurowy.

Nie miała pomysłu, co dalej.

Rynek w Kalenicy był kwadratowy, a jego środek zajmowała fontanna w kształcie gwiazdy. Żeby niby taka gwiazdka z nieba? Dla innych może tak, Fusia dostrzegała w niej prędzej kloc, który spadł z firmamentu i wbił się w bruk. Dookoła dreptały niebojące się ludzi, nażarte gołębie, schodzące z drogi dopiero wtedy, gdy niemal groziło im nadepnięcie butem.

Wokół fontanny, teraz już nieczynnej, rosło kilka drzewek, a przy nich ustawiono ławki. Na nich zaś często przesiadywały zakochane pary. Tu umawiały się na spotkanie, żeby później pójść na lody albo do Empiku, albo kawałek dalej, do Reala – na zakupy czy choćby pooglądać różne rzeczy.

Wciąż nie mogła się zdecydować, w którą stronę pójść, a przechodnie bez przerwy ją potrącali. Zastanawiała się, czy nie iść do Reala, w końcu jednak postanowiła, że najpierw przespaceruje się kilka razy wokół rynku. Wejdzie do Empiku, wróci na chwilę do McDonalda, potem znów wolnym krokiem przetnie ukosem plac… A nuż ktoś zwróci na nią uwagę?

Na ławeczkach siedziało niewiele osób i raczej w parach albo w większym gronie, a jeśli trafiali się samotni faceci, to starsi.

Pierwsze dwa kursy były jedną wielką porażką, nie pomogło także zajrzenie do Empiku. Raz tylko ktoś ją potrącił, gdy przechodziła przez środek rynku – i Fusia, mając nadzieję, że to taka chłopacka zaczepka, odwróciła się z uśmiechem. Niestety, wpadła na nią tylko jakaś szykownie ubrana starsza kobieta, która nie powiedziawszy nawet: „Przepraszam”, pospiesznie ruszyła dalej.

„Wrrr! – zawarczała w duchu rozczarowana Fusia. – Ostatni raz i do domu”.

Na zajrzenie do Reala też straciła ochotę. Na dworze zrobiło się naprawdę zimno. Jeśli wejdzie do supermarketu, to – obojętnie, czy spotka jakiegoś fajnego chłopaka, czy nie – za nic nie będzie się jej chciało prędko wychodzić na tę zimnicę. A lekcje same się nie odrobią, poza tym ciotka nie powinna niczego podejrzewać, więc Fusia nie może wrócić o Bóg wie której. Jeszcze tylko raz obróci – i mówi się trudno.

Być może z jej zachowania dawało się wyczytać, że dziewczyna z całej siły życzy sobie zostać zaczepiona przez osobnika płci męskiej, bo po chwili taki się pojawił.

– Jesteś sama? – zagadnął, podchodząc na dwa kroki.

Oszacowała go krótkim spojrzeniem. Za stary i nie wyglądał na zainteresowanego czymś innym niż… Wolała się nie domyślać czym. W sumie wyglądał nawet nieźle: nosił porządny garnitur, policzki miał gładko ogolone, a uśmiech na jego twarzy wydawał się niewymuszony. Ale to podejrzana sprawa, żeby około trzydziestoletni facet zaczepiał nastolatkę.

– Spadaj, bo wezwę policję. – Spojrzała w stronę przeszklonej budki z samotnie siedzącym w środku mundurowym.

Mężczyzna od razu przystopował, zawrócił i zniknął w uliczce za fontanną. A Fusia zacisnęła zęby.

Złowi tu coś. Na pewno. Gołębia chyba, na żyłkę, jak opowiadali chłopacy z III c.

*

Wróciła do domu zziębnięta i zła.

Ciotka leżała już w łóżku, źle się czuła. Fusia zrobiła jej herbaty, spytała, czy wzięła leki, po czym poszła do swojego pokoju.

– No wiem, Baju, głupia jestem – mruknęła w stronę słonia.

Zwierz radośnie unosił trąbę w górę, jakby zadowolony, że jego pani wróciła cała i zdrowa – że obyło się bez przygód, które dla trzynastolatki mogły się skończyć mało zabawnie.

W pokoju obok ciotka zajęczała przez sen.

Patrząc w okno, Fusia poczuła strach. Zagapiła się na Księżyc, który wytrwale wędrował wokół Ziemi. Czasem zasłaniały go chmury, ale gdy przechodziły, on znów się pojawiał – dokładnie taki sam, niezmienny, co najwyżej ukazujący się od różnych stron. A ona tęskniła za stałością, bo dwa lata temu doświadczyła nagłej zmiany, z która dotąd nie umiała się pogodzić. Straciła mamę, wcześniej odszedł tata. Pewnie nawet nie wie, że jego żona zginęła, a córka poniewiera się po obcych. I naraz, po raz pierwszy od przeprowadzki do Kalenicy, przyszło dziewczynie do głowy, że znów może stracić wszystko. Tak niewiele ma – co, jeśli i to wkrótce przepadnie?

Zacisnęła zęby i zapaliła nocną lampkę, a potem w jej oszczędnym świetle zaczęła odrabiać lekcje.

*

– A tam, przecież nas nie wyda – powiedziała Rydzewska i obciągnęła bluzkę, bo przed nimi defilowało właśnie czterech chłopaków ze szkolnej drużyny siatkówki. Takiego złowić…

Rydzewska należała do kategorii dziewczyn deklarujących: „Mam chłopaka”, ale Fusia podejrzewała, że to tylko kolega z bloku. Na razie nie znały się zbyt dobrze, w końcu ledwie zaczęły pierwszą klasę, więc każda z nich mogła pleść, co jej ślina na język przyniesie. Tylko koleżanka z podstawówki albo mieszkająca blisko mogła potwierdzić to, co zostało powiedziane, albo zaprzeczyć fałszywym opowieściom.

Iwka zgodnie pokiwała głową, po czym odwinęła do końca batonik i ugryzła kawałek.

Siedziały we trzy – Iwka, Fusia i Rydzewska – wciśnięte pomiędzy automaty ze słodyczami i zimnymi napojami oraz herbatą i czekoladą, tuż obok gabinetu dyrektora. Czekały, aż Sobociak stamtąd wyjdzie. Czuły się winne. To znaczy, Iwka i Rydzewska może tylko miały stracha, że czekają je kłopoty, ale Fusia naprawdę czuła się winna. Przygryzała dolną wargę, aż przenikał ją ból. Serce waliło jej mocno i nierówno. Denerwowała się bardzo, bardziej od Iwki, która spokojnie chrupała ryżowy batonik zastępujący jej normalne śniadanie. Wokół przepływali uczniowie, niektórzy zmierzali do sekretariatu albo kupowali w automatach jedzenie czy picie.

Nie musiały tu siedzieć – ostatecznie nawet w tych murach łatwo znaleźć wiele ciekawszych miejsc niż parapet dokładnie pod czujnym okiem dyrektora. Chciały jednak jak najprędzej poznać wynik rozmowy kolegi z najwyższą szkolną władzą. Tak to jest, jak się gapi w okno, zamiast patrzeć na tablicę!. Jakie licho je podkusiło?

Lekcja biologii przebiegała normalnie, aż nagle Iwka zobaczyła przez szybę Wadecką, idącą alejką do bocznego wejścia budynku, i szeptem doniosła o tym Rydzewskiej, dodając, że takie to trzeba traktować jak w Afganistanie, a nie wpuszczać do szkoły. Rydzewska podała tę informację dalej, chociaż żadna z dziewcząt – łącznie z Iwką, od której wszystko się zaczęło, i Rydzewską – nie wiedziała, w jaki sposób traktuje się w tym państwie uczennice, gdy zdarzy im się coś przeskrobać.

Wszyscy zdawali sobie sprawę, że Wadecka najchętniej nie wróciłaby do tego gimnazjum, bo choć afera trochę przycichła, wstyd pozostał. Chłopaków nowina mało obeszła, oni żyli już czymś innym, ale dziewczyny od razu zaczęły wyciągać szyje w stronę okna, żeby zobaczyć, jak ta złodziejka wygląda.

Sobociak, klasowy głupek – kiedy tylko wiadomość dotarła do ostatniej ławki, w której siedział – tubalnym głosem oznajmił:

– Przyszła złodziejka. No to teraz jej się dostanie.

Biolożka, Rengieła, odwróciła się od tablicy. Przestała wypisywać, co mają przeczytać na pojutrze. Omiotła klasę ponurym spojrzeniem i zatrzymała je na Sobociaku.

– Dostanie…? – powtórzyła jak echo, robiąc kilka kroków wzdłuż środkowego rzędu ławek. Musiała przy tym uważać, żeby nie potknąć się o plecaki byle jak rzucone na podłogę. – Ty, Marcinie, chciałbyś jej coś zrobić, tak? A co? Nie, nie mów. – Gestem powstrzymała ucznia przed odpowiedzią. – Bo ja z kolei chciałabym, żebyś poszedł do dyrektora i jemu o tym opowiedział.

– To nie ja chciałem – natychmiast zaprotestował chłopak, energicznie potrząsając włosami – tylko klasa chce.

Rengieła wróciła pod tablicę. Odłożyła kredę do rynienki. Jak zwykle opanowana, spoglądała na winowajcę stanowczym wzrokiem, niepozostawiającym cienia wątpliwości, że nie ma szans na zmianę decyzji. Była trochę przeczulona na punkcie swojego autorytetu.

– A ja chcę, żebyś poszedł do dyrektora. Z nim to sobie przedyskutujesz, zgoda? – Spojrzała na zegar wiszący nad wyjściem z klasy. Wyglądał jak łebek bardzo dużej pinezki. – A reszta może się pakować, bo za chwilę dzwonek.

No i teraz dziewczyny siedziały wpatrzone w drzwi dyrektorskiego gabinetu, martwiąc się, że Sobociak zwali na nie winę, żeby samemu się obronić. A najbardziej martwiła się Fuśka, bo kiedy nowina dotarła do niej, podała ją dalej, zanim zdążyła pomyśleć. Ot, zwykłe szkolne otępienie. Ale doskwierało jej poczucie winy.

Przerwa upływała, batonik zniknął w żołądku Iwki, za chwilę trzeba będzie pędzić na polski, a ten matołek nadal siedzi u dyra!

– Tylko patrzeć, jak przyjdzie nasza kolej – zażartowała naraz Rydzewska.

Iwka spiorunowała ją wzrokiem i poprawiła się na parapecie.

– Kaśka, ani się waż tak krakać! – warknęła.

I na wszelki wypadek odpukała w boczną ściankę automatu ze słodyczami.

Wreszcie Sobociak wyszedł z pokoju dyrektora. Widząc je, rzucił:

– O, jaka fajna delegacja! A gdzie prezenty?

– Ty nie żartuj – napadła na niego Iwka. – Dostałeś karę?

Chłopak pociągnął nosem i zaczął przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu chusteczki.

– E tam, umoralnił mnie, ale co mi szkodzi, niech sobie gada, że Wadecka już poniosła karę, a my mamy się uczyć, nie wymierzać sprawiedliwość. Muszę przeprosić Rengiełę. No i oczywiście następnym razem wezwie rodziców. Czyli się upiekło.

Wszyscy odetchnęli z ulgą, a najbardziej Fusia. Bo gdyby dyro wezwał do szkoły ciotkę, to by dopiero było! Dziewczyna nie wyobrażała sobie, żeby ciotka mogła przyjść tutaj i usłyszeć, że jej podopieczna sprawia kłopoty wychowawcze.

– No to jednak pójdę z rodzicami do kina – oznajmiła rozluźniona Iwka i zeskoczyła z parapetu. – Bo obiecali mi jakiś film w weekend, jak niczego nie zmaluję.

Fusia posmutniała. Ciotka dawała jej kieszonkowe, ale mało. Na kino starczało ze dwa razy w roku, bo trochę odkładała, a poza tym wolała kupić kosmetyki albo bluzkę niż wydać na film, o którym z reguły po jakimś czasie nikt już nie pamiętał.

*

Mimo to wracała do domu w niezłym humorze. Aż zobaczyła, jak ciotka, stojąc na schodach przed blokiem, wyciąga z reklamówki parę zeszytów, jakieś pisaki czy kredki i pluszową maskotkę, misia. I cały ten towar wręcza wyciągającemu łapy Jackowi!

Poczuła, jak krew uderza jej do głowy. Przyspieszyła kroku i po chwili doszła do ciotki i małego potwora.

– No idź – powiedziała łagodnie ciotka, przepuszczając ją do wejścia na klatkę schodową. – Ja muszę jeszcze chwilę  porozmawiać z tym młodzieńcem. Prawda, Jacku?

Szczerbaty malec skinął głową, z zachwytem przyglądając się kompletowi dwudziestu czterech pisaków, a Fusia poczuła, że nie wytrzyma tego dłużej. I wybuchnęła:

– Jemu dajesz prezenty? Jemu! A mnie?! – Głos jej się załamał i wybuchnęła niepowstrzymanym szlochem.

Płakała spazmatycznie, łzami pełnymi goryczy, ale pięści zacisnęła w gniewie. Nie miała na kino, na porządne ciuchy, którymi mogłaby zaimponować jakiemuś chłopakowi, a tymczasem ciotka pasła tego łobuza!

Ciotka popatrzyła na nią ze zdumieniem.

– Jemu – odparła wreszcie, starając się zachować spokój, chociaż minę zrobiła taką, jakby Fusia uderzyła ją w twarz. Na jej policzkach pojawił się rumieniec. – Bo ich potrzebuje. Tobie też przecież dałam, co mogłam. Wychowujesz się tu, a nie w domu dziecka, to mało?

W odpowiedzi dotknięta do żywego dziewczyna wbiegła do klatki i popędziła schodami na górę tak szybko, że dwa razy się potknęła. Poszła do swojego pokoju i trzasnęła drzwiami. Na koniec przekręciła jeszcze klucz w zamku.

Tu, ukryta pod kocem, znów zaczęła rozpaczliwie płakać. Było jej przykro, że ciotka dała prezent Jackowi, a o niej zapomniała, ale płakała też nad sobą, bo wstydziła się swojego zachowania. Tylko że nie umiała inaczej. Dlaczego ciotka tego nie rozumiała?!

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *