Inne okręty – fragment

Romuald Pawlak

Inne okręty

Ściągnij fragment!

 

 

 

Rozdział piąty

 

Mieli dobre, wyrysowane przez szpiegów mapy. Andagoya zadbał, żeby zdobyć opisy i sytuacyjne plany terenów, które zamierzał podbić. Jego znajomość topografii sięgała niemal Cuzco, miał też pewne pojęcie, w których miejscach znajdują się strategiczne ogniwa imperium. Inkowie przeszkadzali mu w zdobyciu tej wiedzy, jak tylko mogli: ludzie gubernatora ginęli, tajemniczo chorowali, kilku wreszcie udało się Indianom przekupić, o czym Andagoya dowiedział się, porównując informacje i plany, bo jeśli tylko mógł, starał się nie ufać pojedynczym źródłom. Czuł się przygotowany do tej kampanii, nie rzucał wojsk w nieprzeniknioną ciemność, nie zdawał się na ślepy traf.

Jednakże… nigdy wcześniej nie postawił stopy na tej ziemi, nie dotknął palcem stromego zbocza, po którym trzeba się wspinać, nie wyrąbywał mieczem drogi przez dżunglę, nie ciągnął wozu po trakcie szerokim na zaledwie trzech ludzi, pełnym zawijasów i nagłych uskoków. Na mapach udało się wykreślić dość prostą drogę do Bambamarki, w większości wiodącą traktami używanymi przez samych Inków. Andagoya usiłował przewidzieć trudności, posługując się wiedzą o metodach podboju dokonanego przez Cortesa – jednak jego wyobrażenia i tak rozminęły się z rzeczywistością, którą zastał na miejscu. Droga okazała się po trzykroć bardziej kręta i pełna przeszkód, niż mógł się spodziewać. A gdyby nie oparł się na dobrym wywiadzie i kampaniach poprzedników, już na brzegu pozbawiłby się wszelkich szans w tej wojnie.

Problemem okazały się przede wszystkim tabory i działa. Andagoya miał niewiele koni, więc oszczędzał je na prawdziwą wojnę, nie pozwolił zaprząc do taborów, nawet do 25-funtowych armat, których zostały mu dwa tuziny po podzieleniu się z dowódcami wysłanymi do Piury. Muły sprawowały się dobrze, ale były powolne. Ciągnięcie taborów i armat wychodziło najlepiej, kiedy hiszpańskich żołnierzy wspierali Indianie z sojuszniczych oddziałów. Ci umieli dobrze postawić stopę i pociągnąć ładunek we właściwym kierunku na śliskiej, wąskiej i krętej ścieżce.

Niemniej wszystko to opóźniało marsz armii gubernatora.

Szybko też okazało się, że choć prawie każdy z wojaków niósł ze sobą zapasy jedzenia, ubywało go w zastraszającym tempie. A uzupełnianie braków w tych górach okazało się znacznie trudniejsze, niż spodziewał się Andagoya.

Zresztą błyskawicznie przybywało trudów wędrówki. Wielu żołnierzy zrezygnowało z pancerzy, kolczug i innych metalowych ochraniaczy, ufając, że żadna krzywda im się nie stanie, zaś dodatkowy ciężar oznaczał większą udrękę. Tymczasem Indianie, którzy zapewne obserwowali lądowanie wojsk Andagoi, rozpoczęli polowanie, ledwie tylko Hiszpanie oddalili się od plaży i weszli w dżunglę.

Najczęściej zakładali pułapki. Czasem na ścieżce, którą posuwała się kolumna, czekało ognisko z trującym oparem. Indianie jakimś cudem umieli je rozpalić już po przejściu i sprawdzeniu terenu przez hiszpańską straż przednią, nawet jeśli współtworzyły ją oddziały z plemion niechętnych wielkiemu Ince. Inkascy łucznicy strzelali do Hiszpanów z daleka, z drzew, ze skał… Rzucali kamienie z nieprawdopodobnych miejsc, skalnych iglic wyrastających wprost z morza zieleni. Nie podejmując otwartej walki, wciąż uszczuplali hiszpańskie siły. Zdarzały się noce, kiedy ktoś tajemniczo znikał, co najwyżej żegnając się wrzaskiem przerażenia. Żołnierze zaczęli szeptać, że choć hiszpańska armia ma wsparcie Boga, czerwonoskórym pomagają tutejsze demony – i mimo iż kilku ludzi za takie gadanie Andagoya pokazowo ukarał, takie myślenie było coraz bardziej powszechne.

Najbardziej głupio zginął chyba Bernard de Lahoya, porucznik z koronelii de Muniçiona. Na moment stanął pod krzakiem, by ulżyć pęcherzowi, a po chwili, na oczach sporej kompanii, przewrócił się z jękiem. Spomiędzy dłoni zaciśniętych na kroczu sterczało pierzysko strzały.

Kiedy nadeszła potrzeba ograniczenia racji prowiantu i w hiszpańskie szeregi zawitał głód, pojawiły się inne kłopoty. Jakiś prosty wojak, wbrew rozumowi i rozkazom, skusił się na obiecujące słodycz czerwone owoce, nieco podobne do czereśni, którymi oblepiony był krzak rosnący nieopodal ścieżki. Wył potem przez pół dnia, błagając o skrócenie mąk, podczas gdy trucizna pustoszyła jego trzewia. Woda ani wino nie ulżyły cierpieniu. Miał tyle szczęścia, że San Lúcar zdążył go wyspowiadać i dać ostatnie namaszczenie.

Andagoya próbował ukrócić polowanie na swoich ludzi. Zaczął daleko w przód wysyłać przeczesujące teren patrole, w czym celowali zwłaszcza Polacy, świetnie radzący sobie w dżungli, szczególnie gdy mieli u boku indiańskiego przewodnika. Wypuszczał też zagony do tyłu, aby jak najdłużej zachować drogę już pokonaną, a także w bok, jeśli było to możliwe ze względu na ukształtowanie terenu. Mimo to wciąż kogoś tracił.

Któregoś dnia wysłany przodem zwiad trafił na położoną niedaleko traktu wieś, której mieszkańcy z sobie tylko wiadomego powodu nie opuścili. Rozpostarta na częściowo odkrytym terenie, mogła być bazą wypadową dla indiańskich oddziałów. Andagoya, w pamięci mając swoich ludzi zabijanych skrytobójczo z licznych zasadzek, postanowił urządzić tam pokazową rzeź.

Wieś zwała się Ganayenno. Zamieszkiwała ją nieco ponad setka ludzi – kobiet, dzieci i starców, bo dorośli mężczyźni poszli służyć Ince lub ukryli się przed hiszpańskimi oddziałami. Andagoya spędził wszystkich na główny plac pomiędzy chatami. Potem, na koniu objeżdżając grupę jeńców, osobiście wybrał i wyciągnął trzech starców, bodaj najbardziej schorowanych. Zsiadł z konia, oddał wodze i przywołał jednego z tłumaczy. Podszedł do wybranych Indian.

– Za każdego mojego człowieka – oznajmił – zginie stu waszych ludzi. Idźcie, powtórzcie to swemu Ince Słońcu. Powiedzcie, że jego potęga wkrótce zgaśnie pod moim mieczem. Tako rzecze prawowity gubernator tych ziem, Cristobal Vaca de Andagoya!

Gdy tłumacz przełożył słowa Andagoi, w tłumie rozległy się krzyki i jęki.

Chętnych do podostrzenia mieczy na indiańskich kościach nie brakowało, ale gubernator postanowił wyznaczyć do tego zadania kompanię, w której służył niesławnej pamięci de Lahoya. Kilkudziesięciu pikinierów utworzyło krąg wokół jeńców. Trzej starcy zostali odciągnięci na bok.

Jeden z nich pojął zamiar Andagoi, wyrwał się i runął gubernatorowi do nóg, krzycząc coś piskliwie.

– Co on mówi? – De Andagoya spojrzał na tłumacza.

– Prosi, żebyś zabił mężczyzn, ale oszczędził kobiety i dzieci, które nie biorą przecież udziału w wojnie.

Andagoya pokręcił głową. Na jego usta wypłynął mściwy uśmiech satysfakcji.

– Tego nie wiem. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w dżungli to ich kobiety do nas strzelały.

Starzec, już odciągany przez żołnierzy, wyjęczał coś błagalnym tonem.

– Mówi, panie, żebyś oszczędził chociaż troje dzieci. Za trzech dorosłych. Za nich, tych tu trzech.

Andagoya tylko wzruszył ramionami, nie trudząc się odpowiedzią. Dał znak.

Jego ludzie pilnowali, żeby wybrani mężczyźni nie odwracali oczu, patrzyli na egzekucję. Później Hiszpanie siłą musieli zawlec pozostawionych przy życiu na trakt i porzucić, bo nawet ostrze miecza nie zmusiło ich do dobrowolnego odejścia.

Właśnie wtedy San Lúcar przysiągł Bogu, że zrobi wszystko, aby doprowadzić do zmiany gubernatora. Usunie tę dziką, żądną krwi bestię, w niczym nieprzypominającą człowieka, a tym bardziej chrześcijanina. Coraz bardziej obawiał się też, że Antonio oraz brat Hernando mają podobne problemy. Wasemüller i de Rique, w których oddziałach się znaleźli, nie byli lepsi.

 

Starli się jeszcze tego wieczora, na naradzie, w obecności wszystkich dowódców. San Lúcar początkowo starał się nie odzywać, postanowiwszy w milczeniu robić swoje i w stosownym momencie wystawić Andagoi rachunek. Kiedy jednak ten zapowiedział rzeź w każdym miejscu, gdzie znajdą dość ludzi, dominikanin nie wytrzymał:

– Mamy ich nawracać, gubernatorze – powiedział, odruchowo kładąc palce na różańcu. – Nawracać, a nie wybijać jak rzeźne stada.

Z twarzy Andagoi zniknęła wyniosłość i obojętność, w jego oczach pojawił się niedobry, gniewny błysk. Wstał, obszedł ognisko, zrobił kilka szybkich kroków w stronę duchownego. Zatrzymał się tuż przed nim. Zacisnął pięść przed twarzą San Lúcara, jakby chciał stłamsić słowa dominikanina, siłą z powrotem wtłoczyć mu je do gardła.

– By nawracać, najpierw trzeba ich wyciągnąć z kryjówek, ojcze – rzekł, siląc się na spokój. – Na razie to prędzej oni nas nawrócą… grotami włóczni i strzał.

– Bluźnisz – odparł San Lúcar. – A ja nie będę spokojnie patrzył na tę rzeź. Radziłem, spróbuj paktów. Ale nie, ty uparłeś się wziąć ich siłą. Urządzając rzezie, postępujesz jak oni. A nawet gorzej, bo tyś chrześcijanin i działasz z błogosławieństwem papieża! Co ci niby dadzą te mordy? Skutek odwrotny od zamierzonego… Nie widzisz, jak kochają Inkę, który też tych, co mu się w pas nie kłaniają, morduje lub przesiedla? Nie sojuszników, tylko wrogów sobie z nich zrobisz  takimi metodami, gubernatorze.

Wydawało się, że Andagoya uderzy dominikanina: jego twarz bladła i czerwieniała na przemian. Kto wie, czy gdyby byli sami, nie doszłoby do tego. Pohamował się jednak.

– Będziemy ich nawracać takimi sposobami, jakie są skuteczne, klecho. Ogniem, póki nie zaczną słuchać naszej mowy – cedził przez zaciśnięte zęby. – Znasz się może na księgach teologicznych, ale nie na wojowaniu. Pakty trwają długo i są nic niewarte, tylko odsuwają wojnę, a my chcemy podbić ten kraj, dosyć rozejmów już było. Lud rozrzucony po górach tak trzeba zdobywać, jak właśnie próbujemy, a lepiej, żeby się nas bali, niż lekceważyli, bo ich jest więcej, więc muszą się bać podnieść rękę na każdego z naszych, choćby ich stanęło stu przeciw jednemu. Skończymy robotę, wtedy będziesz mógł do woli chrzcić tych, co pozostaną. I jeszcze jedno – dodał zimno, z wyrachowanym chłodem, odzyskując panowanie nad sobą. Powiódł spojrzeniem po twarzach dowódców, jakby szukając poparcia. Wreszcie znów skupił je na San Lúcarze. – Jeśli usłyszę, że siejesz strach i defetyzm pośród moich ludzi, odeślę cię do Panamy choćby siłą i bez poszanowania duchownej sukni. Jak będzie trzeba, to w kneblu i kajdanach. Pamiętaj!

Zrezygnował jednak z rzezi i w kilku dalszych wsiach, które minęli po drodze, pozwolił San Lúcarowi ochrzcić Indian. Dla równowagi jego ludzie zajęli się kobietami, bijąc i gwałcąc, za nic sobie mając protesty księży.

A wkrótce nadeszły owe z dawna wyczekiwane indiańskie oddziały, przynosząc również prowiant i umacniając nadwątlonego pośród żołnierstwa ducha walki.

Teraz właśnie czerwonoskórzy sojusznicy z ochotą przystąpili do oczyszczania terenu. Mógł się więc San Lúcar domyślać gwałtów i rzezi, ale trudno je było zarzucać hiszpańskiej armii.

 

Nie tylko San Lúcar drażnił gubernatora.

Od jakiegoś czasu Andagoya dostawał sygnały, że nie wszyscy w jego oddziałach za najważniejszy uznają interes Korony. Chodziło zresztą gubernatorowi o proporcję. Bo że  żołnierz w czasie marszu wypatruje kawałka złota, które zachłannie schowa do kieszeni, nie dziwota. Od tego Korona nie zbiednieje, a wojak tylko zyska większą chęć do marszu przez  góry i do walki. Ale niektórzy mieli zamiary sięgające dalej…

Miał w armii szpiegów, donoszących o nastrojach i próbach zdrady. Płacił za informacje ze specjalnej kasy, dobrze wiedząc, że od tej wiedzy zależy, czy ostatecznie zostanie gubernatorem Piru, czy też zakopią go pod jakimś drzewem, albo w kajdanach odeślą do Madrytu.

Leszczyński jak zwykle obozował ze swoimi. W pobliżu własnego namiotu rozmawiał z kilkoma Polakami i dwoma indiańskimi tłumaczami. Na widok nadchodzącego gubernatora w jego piwnych oczach błysnęła ciekawość, co też sprowadza Andagoyę.

Gubernator wskazał mu namiot.

- W cztery oczy porozmawiać chciałem. – Z trudem powstrzymywał gniew, jego słowa brzmiały jak zduszone warknięcie.

Polski kapitan skinął głową i gestem zaprosił gubernatora do środka.

Andagoya bez wstępów przeszedł do rzeczy.

- Mniemam, że pańscy ludzie mają na oku nie tylko nasz sukces, ale i własny… – hamując wściekłość, zawiesił głos.

Leszczyński uniósł brew, jakby w zdziwieniu. Ale jego chłodna mina i brak zaprzeczenia powiedziały de Andagoi, że szpiedzy przynieśli wiarygodne informacje. Ciągnął więc dalej:

- A ja nie pozwolam na żadną samowolę, kapitanie. Żadnego szukania ziemi, na której by można stworzyć własną dziedzinę. Żadnego odejścia w bok. Czy to jasne? – Spojrzał Polakowi prosto w twarz.

Ten odwzajemnił spojrzenie. W jego oczach był nieprzyjemny spokój, który tak przydawał się w czasie bitew i potyczek. Niewiele, jak widać, potrafiło wytrącić Leszczyńskiego z równowagi, a już na pewno nie ostre słowa gubernatora.

- Konni są po to, by jeździć – mruknął. – A im dalej, tym lepiej, bo nie zaskoczą nas  wrogie oddziały…

Andagoya stracił cierpliwość.

- Jeżeli będzie bunt albo ucieczka, Leszczyński, nie zawaham się użyć swojego wojska, czy to jasne?

Wnętrze namiotu zrobiło się jakby za ciasne dla nich obu, gdy Leszczyński wyprostował się, a jego pociągła twarz stężała w gniewie. Był starszy od Andagoi, niższy, ale w tej chwili emanowała z niego taka siła i bitewny chłód, jakby przed gubernatorem stanął prawdziwy kolos.

- Nie musisz mi pan grozić, gubernatorze – zaczął ochrypłym głosem. – Nie zrobiłem nic, co by ci przyniosło uszczerbek, a że dbam o ludzi, moja sprawa. A teraz wybacz, muszę się przejść, bo duszno tu się zrobiło i powietrze jakby zaśmierdło – odchyliwszy połę namiotu, wyszedł pierwszy.

Gdyby nie jego cenne konie, pewno by dostał rapierem w plecy, ale gubernator też umiał zachować spokój, choć poprzysiągł zemstę na Leszczyńskim. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze ten człowiek może mu się przydać.

 

Tymczasem dżungla przerzedziła się, wypierana przez gęste zarośla i krzewy, przez porastające skały trawy i pnącza. A skał było coraz więcej, aż wreszcie znaleźli się w prawdziwych wysokich górach. Gdyby nie stopniowa i powolna wspinaczka, żaden z Hiszpanów czy zaciężnych nie wszedłby na tę wysokość. Nawet teraz ledwie dyszeli, z trudem łapiąc powietrze do płuc, co rusz wstrząsani dreszczami zimna.

Osiągnęli altiplano, czyli biegnące równolegle do wybrzeża, poprzecinane pasmami gór płaskowyże. To właśnie tu, na górskich równinach, znajdowały się miasta tworzące prawdziwy kręgosłup inkaskiego imperium. Wielkie, umocnione miasta. Bronione przez dziesiątki, a może setki tysięcy wojowników.

Wielu Hiszpanów uważało, że nie ma znaczenia, iż kampania będzie się toczyć pośród widocznych ponad ich głowami ośnieżonych szczytów, skrzących się lodem i ziejących mroźnymi masami powietrza. Wojna to wojna, mówili. A i nasza Meseta pełna skał, i też się tam Maurów kiedyś goniło. Wszystkie wojny są podobne.

Srodze się zawiedli. W dżungli byli nękani, ale bardziej doskwierały im trudy przedzierania się przez gęste zarośla i wędrówki wąskimi ścieżkami pośród ostrych skał niż regularne potyczki. Ledwie jednak odstąpili od biegu Changayapy i weszli pomiędzy szczyty, podążając przełęczami ku Bambamarce, Indianie pokazali, ile naprawdę są warci.

 

Spoglądając na wąski, górski trakt, którym podążali, Andagoya nie potrafił oprzeć się zdumieniu. Te ziemie, położone wyżej niż Meseta, zrodziły wielkie, prężne imperium, zdolne rozciągnąć się na setki legua, wybudować trakty, rozbiegające się niby żyły po ciele człowieka. Na niemal jałowych terenach, przyrównując do Europy, powstała potężna siła zdolna przeciwstawić się hiszpańskiemu królowi… Kilkakrotnie mijali zrujnowane, porośnięte zielskiem kamienne twierdze. Raz, w promieniach słońca, w odległości bodaj pięciu legua dostrzegli miasto wzniesione w siodle między dwiema wielkimi górami. I wszystko to na ziemiach położonych wyżej niż Pireneje!

Andagoya widział tylko jedną słabość imperium: rozległość. Trudno kontrolować takie państwo, jeszcze trudniej efektywnie nim rządzić. To zresztą zamierzał wykorzystać.

– Ech, gdyby mieć więcej armat, więcej wojska… – westchnął z zazdrością. – Szybko byśmy sobie z tą indiańską hałastrą poradzili…

Jadący nieopodal Lucas de Bernal tylko się roześmiał. Ściągnął wodze wierzchowca, zrównał się z Andagoyą.

– Gubernatorze, a komu chciałbyś zabrać te armaty, tych żołnierzy? Ogołocić naszego króla? Szybko byś się przekonał, że wrogowie pukają do bram twego kraju. A może wziąłbyś je od kogoś innego, choćby z Nowej Hiszpanii zabrałbyś je gubernatorowi Xuaresowi razem z garnizonami rozsianymi po prowincji? To by dopiero było… Niech zgadnę, po ilu tygodniach wybuchłoby indiańskie powstanie? Po dwóch?

Andagoya poklepał go po ramieniu.

– Racja, Bernal, racja po twojej stronie, ale żal, że leziemy jak mrówki, zamiast sunąć niby pancerna pięść.

Bo rzeczywiście sunęli niby kolumna mrówek, rozciągnięta szeroko po przełęczy.

Naraz na zboczu wszczął się nieoczekiwany ruch. Gdyby gubernator czystym przypadkiem nie podniósł w tamtą stronę spojrzenia, niczego by nie dostrzegł.

– Co, do dia… – zaczął ze zdumieniem, wyciągając rękę, by pokazać Bernalowi to miejsce.

I wtedy, w pół jego słowa i gestu, zbocze szaleńczym pędem ruszyło w dół, ze skalnych grani na przechodzącą kolumnę posypała się lawina kamieni.

Kto żyw, uciekał spod zwałów skalnego rumoszu. Ludzie porzucali broń i ciężary, tratowali się wzajemnie… Krzyki bólu mieszały się z wrzaskami strachu i bezsilnego gniewu. Więcej ich zginęło w panicznej ucieczce niż od kamieni. Przepadła część taborów, ku rozpaczy San Lúcara śmiertelnie ranny został młody ksiądz Rafael.

Kiedy się uspokoiło, Andagoya rozesłał oddziały we wszystkie strony, później wezwał de Muniçiona, którego koronelia szła przodem w czasie ataku.

– Tysiąc batów dla dowódcy przedniej straży! – Powiedział, siląc się na spokój, ledwie ten wszedł do pospiesznie rozbitego namiotu. – Wcześniej wyjaśnisz ludziom, czym sobie na to zasłużył. Twoja koronelia zaspała. Nie życzę sobie więcej takich niespodzianek, rozumiesz?

Muniçion zagryzł wargę.

– Gubernatorze, wszyscy bardziej spoglądamy pod nogi niż w niebo – rzekł w obronie swego człowieka. – Wiesz przecież, że on nie przeżyje nawet stu uderzeń.

Andagoya skinął głową. Zdawał się ponownie rozważać decyzję.

– W takim razie niech mu wlepią tylko pięćset – postanowił wreszcie. – Niech pozna łaskawość gubernatora.

Następnego dnia, rankiem, ledwie w nowym szyku wyruszyli w dalszą drogę, podjechał do zgnębionego dowódcy.

– Wychłostaliście kretyna? – spytał.

Kapitan przecząco pokręcił głową.

– Ani jednego bata, gubernatorze. Zaczął uciekać i kusznik musiał go zabić.

Andagoya wzruszył ramionami.

– Na jedno wyszło. Ale uważaj, de Muniçion, moja cierpliwość ma swoje granice – twardo popatrzył na sewilczyka.

 

Jeden z następnych szczytów nazwali Głową Głupca. Istotnie, z oddali, kiedy podążali ku niemu wiodącą w stronę przełęczy ścieżką pośród skał, niższy ze szczytów mógł przypominać głupka, z wyłupiastymi oczami i mocno cofniętym czołem uskoku ponad grubymi brwiami skalnego balkonu. Któryś z żołnierzy dorzucił do nazwy kolejne słówko, aż śmiech poszedł po kompaniach. Bo faktycznie, mianować indiańską górę Głową Głupiego Anioła, zaiste paradne… Jeden San Lúcar krzywił się mocno na szarganie świętości, ale nie oponował. Żarty były potrzebne, rozładowywały ciężar, pozwalały zapomnieć o towarzyszach, których pozostawili za sobą, w dżungli, a przede wszystkim w gruzowisku.

Śmiech jednak szybko zamarł im w gardłach. Czujki hiszpańskich wojsk doniosły, że za przełęczą czekają Indianie w sile kilku tysięcy wojowników. Andagoya nie wykluczał, że stanowią awangardę głównych sił Inki, choć raczej widział w tym kolejną próbę opóźnienia marszu swoich wojsk na Bambamarkę.

Jadący obok de los Ríos, z którym gubernator omawiał akurat stan koni (pora była sprawdzić, jak zwierzęta zniosły trudy wspinaczki i kamienistych stoków, a de los Ríos wiedział to najlepiej), zaproponował:

– Zmiotę ich moją konnicą, gubernatorze.

Przez krótką chwilę Andagoya zastanawiał się, czy nie posłać w formie rozeznania konnicy pod wodzą tego przeklętego Polaka. Wreszcie przecząco pokręcił głową.

– Nie, Hernando, konie twoje i Leszczyńskiego będziemy oszczędzać na prawdziwe bitwy. Niech Bernal wydzieli ze dwie kompanie i rusza oczyścić przełęcz z tego plugastwa. Jeszcze jedną niech trzyma w odwodzie, to powinno wystarczyć.

Ludzie Bernala szybko wysunęli się naprzód, podczas kiedy reszta wojska zatrzymała się, pilnie wypatrując kolejnej zasadzki.

Na widok maszerujących kolumn hiszpańskich żołnierzy czerwonoskórzy wojownicy podnieśli radosną wrzawę. Wódz, potrząsający oszczepem z frędzlowatymi ozdobami, zagrzewał ich do boju. Widać było, że aż palą się do bitwy.

Obserwujący swoich żołnierzy Andagoya i Bernal byli gotowi założyć się o każde peso w złocie, jakie zarobią na wyprawie, że ci Indianie nigdy nie widzieli maszerującej kolumny hiszpańskiego wojska. Były to regularne oddziały Inki, ubrane w długie koszule zwane unku, z insygniami władcy. Nie przeraziła ich zbliżająca się niewielka armia, w której byli pikinierzy, żołnierze uzbrojeni w miecze i kusznicy, a przede wszystkim, jako rdzeń każdej kompanii, czterdziestu muszkieterów. Spokojnie oczekiwali, aż Hiszpanie wejdą w zasięg oszczepów i strzał z łuków. Zapewne uważali, że skoro są liczniejsi, zwycięstwo musi być po ich stronie. „Zdumiewająca, doprawdy zdumiewająca, bezbrzeżna i śmiertelna ignorancja!” – Pomyślał Andagoya.

Czołowe szeregi pikinierów zbliżyły się do oczekujących wojowników na odległość strzału z muszkietu. Rzadką falą poleciały w ich stronę oszczepy i strzały. Nie uczyniły Hiszpanom krzywdy, lądując kilkadziesiąt kroków przed nimi.

Najbardziej wysunięty szereg pikinierów niespodziewanie przyklęknął. Pierwszy szereg muszkieterów już wbijał forkiety w twardy grunt. Indianie wciąż czekali, aż ich wódz da sygnał do ataku.

Nagle, na rozkaz dowódcy kompanii, padła salwa, wstrząsając indiańskimi oddziałami. W kurzu i dymie ciężko było ocenić skutki, ale kule z pewnością zebrały swoje żniwo.

Pierwszy szereg muszkieterów cofnął się na koniec kolumny, od razu przystępując do czyszczenia i nabijania broni. Przetrzeć lufę pakułami, wyjąć kulę z woreczka, owinąć w pakuły, pobojczykiem wepchnąć ją w głąb lufy… Wszystko to wytrenowane, powtarzane aż do znudzenia, do rutyny, teraz sprawdziło się w prawdziwej walce.

Drugi szereg muszkieterów ruszył naprzód, osłaniany przez resztę żołnierzy.

Indianie już ochłonęli z zaskoczenia. Ich wódz pojął, że Hiszpanie wcale nie dążą do zwarcia, i dlatego rzucił w bój jakiś tysiąc wojowników z lewego skrzydła. Biegli, coraz lepiej widoczni w rozwiewającej się mgiełce.

Pikinierzy z poświęceniem spełnili rolę forkietów dla drugiego szeregu muszkieterów. Salwa!

Trzeci szereg gotów. Salwa!

Czwarty szereg gotów. Salwa!

Biegnący nie wytrzymali muszkietowego ognia, w większości rzucili się do ucieczki. Nieliczni, którzy nie usłyszeli odgłosów rejterady lub w bitewnym szale za wszelką cenę chcieli dotrzeć do Hiszpanów, zostali wycięci w pień, gdy tylko dostali się w zasięg pik czy mieczy.

Piąty szereg wraz z resztą kompanii ruszył do przodu, pokonując niewielki kawałek terenu, kąsek w sam raz dla nich. Pierwszy szereg muszkieterów kończył nabijanie broni…

– Coś mi się wydaje, że to już nie potrwa długo – wymruczał z zadowoleniem Bernal. Jego kompanie sprawiły się bardzo dobrze, a wyćwiczony jeszcze w Panamie pomysł, by ramię pikiniera przyjęło rolę forkietu, choć bolesny i czasem powodujący złamania, teraz dał świetny skutek.

Zgodnie z przewidywaniami, Inkowie zaczęli się wycofywać.

 

Za kolejną przełęczą leżała Bambamarka, ich pierwszy poważny cel. Uskrzydleni rozbiciem w puch napastników, pokonali ją żwawo, jakby nie mieli w nogach drogi znad oceanu.

Na jakieś trzy legua przed miastem, które widzieli będąc już w połowie stoku, za wysoką skałą, obok której musieli przejść, na Hiszpanów czekała przykra niespodzianka. Ostrzeżenie.

We wnęce pod skałą zastali wbite w ziemię dwa drewniane krzyże. Pod nimi leżał koński łeb, wciąż ociekający krwią. Z obojga oczu sterczały sztylety – niczym rogi.

A na krzyżach…

Na krzyżach, przybici ostrymi, żelaznymi kołkami, pojękując cicho wisieli dwaj hiszpańscy żołnierze.

Ludzie w przeraźliwym zdumieniu i grozie spoglądali na towarzyszy potraktowanych jak zwierzęta.

– Zdjąć ich! – Najgłośniej jak potrafił, krzyknął Andagoya.

Wyrwał wszystkich z porażającego osłupienia. Chyba setka rąk wyciągnęła się ku nieszczęśnikom. Obalono krzyże, zdejmowano rannych z pieczołowitością należną ludziom, którzy tyle wycierpieli.

– Medyka!

Od taborów już biegł Galdacano, medyk mający pod swoją wodzą kilku pomocników zajmujących się kurowaniem hiszpańskiego wojska. Przeżegnał się i zajął rannymi.

Wreszcie podniósł się powoli. Andagoya przywołał go do siebie.

– Zbyt wiele ran, gubernatorze – ponuro pokręcił głową. – Byli ciężko torturowani, teraz ten krzyż… – Splunął na ziemię. – Są na krawędzi życia i śmierci, bliżsi Bożego sądu.

– A co możesz zrobić?

Galdacano bezradnie rozłożył ręce.

– Chyba tylko pozwolić odejść bez cierpień – przyznał niechętnie. – Męki można im zaoszczędzić, to umiem. Cuda to nie moja specjalność.

Andagoya skinął głową.

– Więc zrób to, co umiesz – rzekł półgębkiem, aby nie usłyszało ich zbyt wielu ludzi.

Gdy medyk odszedł zająć się rannymi, których poniesiono do taborów, Andagoya zeskoczył z konia i przyklęknął w miejscu, gdzie ziały dziury po krzyżach.

– Na krew swoich przodków przysięgam – podniósł głos – że nie powrócę do domu, póki ostatnia piędź tej bezbożnej ziemi nie zostanie poddana władzy Korony.

Wstał, otrzepał kolana z grudek ziemi.

Jutro nie trzeba będzie motywować ludzi, żeby walczyli z pełną determinacją.

 

Wieczorem nadeszły dobre wieści od Wasemüllera i de Rique’a.

Zdobyliśmy Piurę bez wielkich strat – donosił ten ostatni w pospiesznie nakreślonym liście, dostarczonym przez dwóch posłańców, którym udało się przekraść przez ziemie dzielące obie armie. – Osadziliśmy tam garnizon, teraz zmierzamy do Saran, w waszą stronę. Opór Indian rośnie, jednak armaty wciąż są dobrą odpowiedzią na ich oszczepy. Pomocy nie potrzebujemy. Bóg z wami.

Andagoya z zadowoleniem przyjął wieść. W bitwie, którą jutro przyjdzie im stoczyć, on również w głównej roli zamierzał obsadzić swą artylerię. Uważnie obejrzał teren potyczki – łagodny, szeroki stok naprzeciw miasta, niskie, rozległe i trudne do przebycia zagajniki kolczastych zarośli, ciągnące się po lewej stronie. Nabrał przekonania, że takie jego ukształtowanie zdoła obrócić na swą korzyść.

Dotąd toczyły się szarpane potyczki, wojna na zniechęcenie, na wyczerpanie – i ledwie jeden krótki kontrmarsz w wykonaniu kompanii Bernala. Indianie tylko wtedy przyjęli otwartą walkę. Gdy jednak kolumny armii Andagoi przebyły ostatnią przełęcz, stanęły naprzeciw wielkiej, kilkudziesięciotysięcznej, zorganizowanej armii, mającej za swoimi plecami spore miasto.

Była to prawdziwa armia Inki. Każdy z oddziałów, zorganizowanych w dobrym szyku, niósł własny sztandar, kwadratowy proporzec z zygzakowato wyciętymi brzegami i malowanymi ozdobami, usztywniony na drzewcach oszczepu, który trzymał dowódca. Większość wojowników nosiła drewniane hełmy ozdobione materią w żywych barwach. Strój był jednolity dla danej jednostki. Niektórzy mieli niewielkie drewniane tarcze. Przeciw kulom będą niewielką osłoną, jednak w walce wręcz ich okute krawędzie mogą narobić szkody.

Broń indiańskich oddziałów wydawała się prymitywna: proce, bole, maczugi, topory… Najgroźniejsze, czym mogli razić, to oszczepy oraz strzały z łuków. Ku swej uldze, Andagoya stwierdził jednak, że łuczników Indianie mieli mało. Gardzili nimi, uważali, że to prymitywna broń z dżungli, wojownikowi Inki nie przystoi jej używać.

Mimo to gubernator nie lekceważył ani ich uzbrojenia, ani umiejętności. Podejrzewał, że wódz tych wojsk, zanim stanął mu naprzeciw, zdobył spore doświadczenie wojenne, na przykład podczas pacyfikacji powstań na wpół tylko ujarzmionych leśnych plemion ze wschodnich stoków Andów, o czym opowiadali choćby Ualaulańczycy, którzy wiedli armię Andagoi.

Nie należało także wykluczać, że ów wódz trochę już się rozeznał w taktyce wojennej Europejczyków. Widział w akcji kompanie Bernala – a możliwe, że dotarły do niego wieści o stylu walk podczas kampanii Wasemüllera i de Rique’a. Inkascy gońcy chasqui przenosili wieści wielokrotnie szybciej niż hiszpańscy łącznicy.

Andagoya wymyślił więc chytry fortel. Zasadzkę. Pokusę.

„Wiedza, jaką Indianie zdobyli na Wasemüllerze i de Rique’u, choć okupiona krwią – zaśmiał się w duchu – nie na wiele się przyda”.

Jeśli zaś przeceniał umiejętności inkaskiego wodza, tym lepiej dla ostatecznego rozstrzygnięcia. Przesadna ostrożność nie zaszkodzi, zbytnia brawura może kosztować przegraną.

Długo przypatrywał się polu bitwy. W dali widać było szeregi ludzi wychodzących z Bambamarki, opuszczających miasto pod osłoną indiańskich wojsk.

– Panowie – zaczął Andagoya na cowieczornej odprawie dowódców – pokażemy im, jak wygląda bitwa manewrowa. Nie będziemy gorsi od Wasemüllera i de Rique’a. Oto, czym ich poczęstujemy… – Rozłożył papier z naszkicowanym planem tego, co miało się rozegrać nazajutrz.

 

Od bladego świtu armaty pluły ogniem w stronę pozycji wroga, ostrzeliwując skraj miasta. Dzień wstał pogodny, zimny, w sam raz odpowiedni do stoczenia bitwy.

Andagoya ustawił niemal wszystkie działa na lewym skrzydle, w pobliżu zagajników kolczastych zarośli, z dala od głównych sił. Ich zadanie było podwójne: miały nie tylko ostrzeliwać pole walki – de Andagoya przeznaczył im także rolę przynęty.

Obie armie stały naprzeciw siebie, nie zdradzając ochoty do zmiany pozycji. Ostrzał trwał od dawna, słońce powoli zmierzało ku zenitowi. Kule padające wśród indiańskich wojowników zdawały się nie robić na nich wrażenia. Gdy opadał dym, szybko zwierali szeregi, usuwając rannych i zabitych. „Jak długo jeszcze” – wściekał się w myślach de Andagoya. Wreszcie postanowił nie zwlekać i przystąpić do realizacji planu. Pora było wykorzystać fortel.

– Ruszyć armaty! – Rozkazał.

Po chwili wozy z działami poczęły zmierzać w kierunku miasta. Przystanęły, rozległa się salwa, ludzie znów przepchnęli je o kilkadziesiąt kroków…

I wtedy wreszcie Inkowie skusili się na ofertę de Andagoi. Część oddziałów ich prawego skrzydła ruszyła, chcąc zdobyć armaty, pozornie łatwy łup, skoro nie widzieli nikogo poza puszkarzami i ludźmi do obsługi leż. Gdyby wzięli artylerię, sytuacja de Andagoi stałaby się rozpaczliwie ciężka. Bez jej wsparcia dalsza kampania musiała przecież stanąć pod znakiem zapytania.

Lecz gubernator chronił swój skarb jak należy. W zagajniku za armatami stanęła konnica de los Ríosa, oddział Leszczyńskiego, a ponadto leżące plackiem cztery kompanie z koronelii de Muniçiona. Jeszcze w ciemnościach nocy jego ludzie poukrywali się tam, niknąc z oczu obserwatorom przeciwnika.

I kiedy Indianie osłabili swe prawe skrzydło, konnica wypadła z ukrycia niczym piorun z jasnego nieba i pognała na nacierających. Jednocześnie ruszyła koronelia de Muniçiona. Asekurując artylerię, obchodziła pole bitwy w zamiarze wyjścia na mocno odsłonięty bok miasta. Indiańscy wodzowie próbowali ratować sytuację, przesuwając ciężar walki na prawe skrzydło wojsk hiszpańskich, gdzie nie było artylerii ani konnicy. Liczyli na chaos i zamieszanie, walkę na wszystkich frontach, podczas której liczniejsza, choć gorzej uzbrojona armia mogła zwyciężyć.

Andagoya był na to przygotowany. Konnica de los Ríosa i Leszczyńskiego wcale nie zamierzała dać się związać walką, to zadanie należało do dwóch kompanii koronelii de Muniçiona. De los Ríos odczekał, aż padnie pierwszy strzał muszkieterów sewilczyka i pikinierzy osłonią armaty – i natychmiast rzucił konnicę w prawo, za głównymi siłami hiszpańskimi, całym pędem wracając ku prawemu skrzydłu hiszpańskiej armii, gdzie rozgorzały zacięte walki. Parę koni nie wytrzymało szalonego galopu, łamiąc nogi na dziurach. Kwicząc, zwaliło się na ziemię razem z jeźdźcami. Była to jednak niska cena za wsparcie prawej flanki. Nim inkaskie oddziały przebiły się przez wspartych sojuszniczymi oddziałami indiańskimi, cofających się pikinierów koronelii Bernala, de los Ríos przybył na odsiecz. Wraz z koronelią samego Andagoi, która czekała na ten sygnał, uderzył w bok wojsk Inki. Teraz, wspólnymi siłami, praktycznie zmietli je z pola bitwy. Postępujący później Leszczyński wybijał tych, którzy umknęli spod mieczy de los Ríosowi.

Obrońcy miasta poszli w rozsypkę. Taktyczna przewaga de Andagoi była coraz większa, posuwające się pod osłoną koronelii de Muniçiona armaty mogły już teraz razić na skos, ostrzeliwując lewe skrzydło wojsk indiańskich.

Rozpoczęła się wielka, krwawa, chaotyczna bitwa. Hiszpańskie miecze i kule dopełniły dzieła. Pięść de Andagoi zacisnęła się na mieście, zgniatając przeciwników z łatwością mężczyzny miażdżącego w ręku surowe jajko.

Wreszcie, gdy de Muniçion bliski był wejścia do Bambamarki od wschodniej strony, a główne siły hiszpańskie wyrąbywały sobie drogę do miasta od frontu, rozległy się dźwięki strombolusów, trąb z morskich muszli – i wojska indiańskie rozpoczęły odwrót. Nie próbowały cofać się w miejskie mury, obchodziły je bokiem.

Andagoya dał znak i także dźwięki hiszpańskich trąbek poniosły się ponad Bambamarką, obwieszczając koniec bitwy. Nie było sensu ścigać uciekających. „Najważniejsze, że miasto wzięte” – myślał gubernator.

Mylił się jednak. W tej kampanii niewiele toczyło się podług utartych zwyczajów. Pół dnia musieli dorzynać poukrywanych w zaułkach wrogów. Regularne wojska indiańskie po przegranej bitwie odeszły, jednak małe grupki wojowników czekały na najeźdźców wszędzie tam, gdzie mogły im napsuć krwi i zadać straty. Taktyka samobójcza, najbardziej zdumiewająca Hiszpanów, niemniej skuteczna – Indian było tak wielu, że nawet jeśli dla zabicia lub ciężkiego zranienia jednego białego musiało poświęcić życie dziesięciu czerwonoskórych, obrońcy uznawali to za opłacalne.

Zdobywali więc Hiszpanie miasto dom po domu, świątynię po świątyni, strzelając do ciemnych kątów, kup szmat gdzieś w rogu, dźgając je mieczami i pikami… Wreszcie, po kolejnej niepotrzebnej ofierze, Andagoya, klnąc plugawie, wydał rozkaz, aby Bambamarkę  oczyściły do końca wyłącznie pomocnicze indiańskie oddziały. I tak już stracił kilkudziesięciu kolejnych żołnierzy, rannych lub zabitych.

Pozwolił ludziom plądrować do woli, a gdy znaleźli zapasy kukurydzianego piwa na zapleczu jednej ze świątyń, sprawiedliwie rozdzielił je na wszystkich poza pełniącymi straż. Wypadło ledwie parę kropel na głowę, ale to wspomnienie normalnych czasów poprawiło ludziom humor. Szkoda, że nie zdobyli jedzenia, ale na to akurat Andagoya specjalnie nie liczył, widząc cywilów opuszczających mury przed bitwą.

Dwa dni świętowali sukces i odpoczywali, naprawiając broń, ubrania i zbierając siły. Gubernator nie spieszył się z dalszym marszem, mając nadzieję, że może dołączą Wasemüller i de Rique albo chociaż pojawią się w pobliżu. Nic jednak na to nie wskazywało. Podobnie jak i na to, że Cuco de la Pena ruszy wreszcie tyłek z El Mojado i zjawi się z taborami, chociaż jeden z konnych strzegących tyłów armii gubernatora słyszał w dali odgłosy potyczki.

Wreszcie Andagoya zebrał dowódców na naradzie, ocenili straty i zyski, później zaś rozgorzała dyskusja, co robić dalej. Bernal, którego kompanie poniosły największe straty, chciał dać ludziom jeszcze parę dni odpoczynku, reszta jednak była za jak najszybszym marszem na Cajamarkę.

I tak się stało. Świtem następnego dnia kolumny hiszpańskiego wojska zaczęły wychodzić z miasta, biorąc kierunek na kolejny cel tej wyprawy.

Rozdział szósty

 

Obserwując z konia kolumny maszerującego wojska, Andagoya zastanawiał się nad dalszym przebiegiem kampanii.

Bambamarka była tylko przystankiem na drodze do Cuzco. „Choć może nawet zdobycie stolicy nie rozstrzygnie wojny – rozmyślał niewesoło. – Może zamieni się na partyzantkę, jak to się dzieje w Nowej Hiszpanii? Może będziemy musieli wyciskać Indian spod każdego krzaka na tej ziemi?”

Nie uśmiechała mu się taka perspektywa. Nie to przyrzekł królowi, nie taki triumf wymarzył dla siebie.

Nie bez powodu gubernator snuł ponure refleksje. Liczenie trupów dało wynik, którego się nie spodziewał: zginęło stu sześćdziesięciu Hiszpanów, dalszych pięćdziesięciu musiał zostawić w Bambamarce, bo odnieśli zbyt ciężkie rany, aby móc kontynuować marsz. Bitwa, która z pozoru wyglądała na wielką rzeź wrogich sił, po policzeniu dała rezultat wcale nie tak znów imponujący: dwa i pół tysiąca Indian, licząc dobitych.

„Proporcjonalnie – szacował zasępiony Andagoya – były może nawet mniejsze niż nasze”.

Kłopoty mnożyły się w zastraszającym tempie. Dotąd, wędrując wzdłuż biegu Changayapy, a później po górzystej równinie, na której stała Bambamarka, nie musieli się martwić o przeprawy. Teraz jednak, po pokonaniu kilkunastu legua, hiszpańskie zagony dotarły do urwistych stoków rzeki, którą Indianie zwali Akarurą. I przekonali się, że wszystkie mosty w promieniu dziesięciu legua zostały zerwane. Andagoya nie widział sensu sprawdzać, jak jest dalej. Miał niezachwianą pewność, że nawet jeśli wiszące przeprawy nie zostały zniszczone, stanie się tak natychmiast, gdy tylko na horyzoncie pojawią się hiszpańskie wojska.

– Pora znaleźć bród zdatny do przejścia – mruknął de Muniçion.

Właśnie na takie okazje miał de Andagoya indiańskich przewodników i tłumaczy. W większości pochodzili z plemion, którym wojska Inki siłą wbijały do głów jedność państwa. Ich miłość do Tawantinsuyu oraz do samego Manqu Yupanqui bardzo wzrastała po pokazowej pacyfikacji wsi czy po przesiedleniu całego plemienia, jak to Inka niedawno kazał uczynić z Ualaula na wschodnich stokach Andów, szczepom próbującym protestować przeciw ciężarom nakładanym przez państwo.  Wielu z nich nie chciało żadnych pieniędzy za swoje usługi. Wystarczyło, że Hiszpanie zniszczą znienawidzonego Inkę. Nikt nie mógł im wyrządzić większej krzywdy niż Manqu Yupanqui!

Choć więc w ogóle ryzykiem było zaufać czerwonoskórym, to Andagoya bardziej wierzył tak dobranym przewodnikom niż tym, których mógł kupić za trzos złota. Tacy za dwa razy grubszą sakiewkę byli zdolni wprowadzić go wprost w zasadzkę przygotowaną przez dowódców Inki.

Teraz przewodnicy mieli znaleźć bród zdatny do przeprawy.

Na niemal równym, nizinnym terenie wypatrzenie przeprawy nie jest specjalnie trudne. Akarura miała jednak urwiste brzegi, płynęła w dość głębokim kanionie, wyrzeźbionym w twardych granitowych skałach andyjskiego masywu. Trzeba było znaleźć najpierw dogodne zejście na poziom wody, później sam bród, a wreszcie, nieodległy, równie łagodny trakt wiodący ponad kanion Akarury.

Miejsce spełniające te wszystkie wymogi udało się wyszukać jakieś trzy legua w górę biegu rzeki. Andagoya pchnął człowieka do Bambamarki z wiadomością, gdzie Wasemüller i de Rique mają szukać przeprawy, a potem dał sygnał do pokonania rzeki.

Wysłana przodem koronelia Bernala przeszła bez kłopotów, mimo że na pełnym śliskich kamieni brodzie straciła kilku ludzi porwanych przez rwący nurt. Nie czekając na pozostałe oddziały, pierwsze kompanie Bernala ruszyły w górę kanionu, aby stamtąd asekurować przeprawę reszty wojsk. Trudno było bowiem wykluczyć nagłe pojawienie się indiańskich oddziałów czy wręcz zasadzkę.

Andagoya liczył się z niespodziankami. Ale tego, co się wydarzyło, nie przewidział.

Do wody wchodziła akurat pierwsza kompania koronelii de Muniçiona. W kolejce czekały jej tabory i działa, gubernator postanowił bowiem przeprowadzać te ostatnie stopniowo, każdej koronelii dostało się po równo tego kłopotu. Nagle rzeka ruszyła, zaczęła szybko wzbierać, niczym nadchodzący potop. Poziom wody rósł błyskawicznie, zalewając bród. Przerażeni żołnierze próbowali wydostać się na drugi brzeg, ich okrzyki powstrzymały resztę kompanii przed wejściem w nurt, który szumiał już wysoką falą, porywając i topiąc tych, którym nie udało się wyrwać z kipieli. Uderzyły w nich pierwsze kłody drzew i duże gałęzie wymieszane z kamieniami i mułem wydzieranym z dna przez rozszalały żywioł. Zgarniały ludzi jak szczotka śmieci, wpychając pod powierzchnię. Wkrótce rzeka rwała jak szalona, z rykiem tocząc wysokie wody kanionem.

– Skurwysyny! – Klął de Muniçion. Andagoya po raz pierwszy widział go w takim stanie wzburzenia, ale też wezbrana fala zabrała co najmniej kilkudziesięciu ludzi. – Diabły! Musieli w górze położyć tamę i poczekać, aż rozpoczniemy przeprawę!

Andagoya z wściekłości zagryzł wargę, aż poczuł w ustach smak krwi. Nikt nie był w stanie czegoś takiego przewidzieć. Trzeba by myśleć jak Indianie i znać te tereny jak oni, żeby ustrzec się takiego niebezpieczeństwa. Lecz jeśli Korona miała odnieść zwycięstwo, a Andagoya  – pomścić krewniaka, musieli się tego nauczyć.

Innej rady nie było.

 

Łącznie stracili sześćdziesięciu dwóch ludzi, pięćdziesięciu trzech w powodzi, pozostałych dziewięciu w trakcie przeprawy reszty wojska, bo przejście fali pogłębiło bród i porwały ich wody wprawdzie opadającej, mimo to wciąż niespokojnej Akarury. Zmitrężyli też sporo czasu, bo niemal pół dnia musieli odczekać, nim rzeka wróci do stanu pozwalającego na przejście, a ludzie odważą się wejść w nurt. Wreszcie Andagoya niemal siłą wpędził żołnierzy w bród, obawiając się, że indiańskie wojska uderzą na nich, wykorzystując chaos po powodzi.

W końcu reszta armii znalazła się na przeciwległym brzegu Akarury. Było już zbyt późno, aby ruszyć w stronę Cajamarki, od której dzieliły ich jakieś piętnaście legua i Andagoya, nie dostrzegając nigdzie wojsk Inki, postanowił rozbić obóz. Wcześniej jeszcze wysłał na przeszpiegi indiańskich przewodników.

Tymczasem na przeciwległym brzegu pojawił się samotny konny i w świetle zmierzchu ruszył ku brodowi. O zbliżaniu się posłańca doniosły gubernatorowi warty, rozstawione w pewnej odległości od obozu.

Andagoya wezwał akurat dowódców na odprawę. Schodzili się do jego namiotu kolejno: Bernal, Muniçion, Hungke, wreszcie de los Ríos z Leszczyńskim.

– Panowie, poczekajmy chwilę – rzekł gubernator, gdy już wszyscy dotarli i rozsiedli się wygodnie. – Spodziewam się łącznika z Bambamarki, właśnie przeprawia się przez rzekę. Zobaczmy, co powie, nim podejmiemy jakieś decyzje.

Nie musieli czekać zbyt długo. Posłaniec zameldował się po niecałym kwadransie. Był wciąż jeszcze mokry, mimo to wydawał się zadowolony. Jego szczupła twarz, choć skupiona, jaśniała wewnętrzną satysfakcją z niesionych wieści i szybkiego ich dostarczenia. Dostrzegł pytające spojrzenie Andagoi i zaczął od razu:

– Gubernatorze, do Bambamarki zbliżają się wojska kapitanów Wasemüllera i de Rique’a!

Andagoya uśmiechnął się szeroko. No, wreszcie jakaś pomyślna nowina!

– Jak daleko są w tej chwili?

– Gdy wyruszałem z miasta – odparł szybko łącznik – wciąż mieli do przejścia z piętnaście legua. Pchnęli konnego, żeby was powiadomić, panie.

– Wiesz może, jakie straty ponieśli? – Wtrącił się do rozmowy Hungke, pocierając dłonią policzek. Andagoya skinął głową z uznaniem: słusznie, dobrze byłoby wiedzieć.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Tyle tylko, że sporo ludzi stracili. Ilu, trudno mi rzec, gubernatorze. Ale idą zwartym szykiem, nie mając na karku indiańskich oddziałów, więc pewno nie jest z nimi tak źle.

– Odpocznij chwilę, my tymczasem uradzimy, co i jak. Później wrócisz do miasta z rozkazami – rzekł Andagoya. Gdy żołnierz wyszedł, zwrócił się do swoich dowódców:

– Czekamy, czy idziemy dalej? – Wiedział już, co postanowi, mimo to pragnął poznać zdanie kapitanów.

Ci jednak nie zaskoczyli gubernatora. Wasemüllera i de Rique’a wciąż jeszcze dzieliła od wojsk Andagoi spora odległość, kilka dni dobrego marszu, i to bez żadnych przeszkód po drodze. Zamiast więc czekać bezczynnie, lepiej było zmierzać ku Cajamarce, zająć pozycje, nim Indianie zdążą się umocnić. A może i wziąć miasto, jeśli dobry Bóg pozwoli.

– Ruszamy dalej – podsumował Andagoya. – A oni, jak tylko przekroczą Akarurę, niech pchną gońca, żebyśmy wiedzieli, kiedy się ich spodziewać. I niech pogonią, teraz każdy człowiek się liczy.

De los Ríos poszedł przekazać łącznikowi rozkazy, reszta zaś rozeszła się do  namiotów.

Jutro bladym świtem wymarsz.

 

Był już późny wieczór. Andagoya szykował się do krótkiego snu, kiedy kręcący się wciąż po obozie Francisquillo przyszedł powiedzieć, że jeden z przewodników koniecznie chce z nim porozmawiać.

– Wprowadź – Andagoya, mrucząc pod nosem, narzucał w pośpiechu ubranie.

Indianin obojętnie spoglądał na gubernatora.

- Czemu przerywasz mi odpoczynek? – Burknął wreszcie gubernator, widząc że przewodnik nie ma zamiaru w jakiś wyraźny sposób okazać mu szacunku, mimo znaków dyskretnie dawanych przez Francisquillo.

- Panie, pod Cajamarcą zbierają się główne siły Inki – wyjaśnił niespeszony przewodnik.

– Jak duże?

– Widziałem flagi odległych prowincji, panie. Duże zatem, na pewno dziesiątki tysięcy, znacznie większe od tych, które rozbiliśmy pod Bambamarką. – Po raz pierwszy na twarzy Indianina pojawiło się jakieś żywsze uczucie. Było to zakłopotanie, że nie umie udzielić precyzyjnej odpowiedzi.

Po odesłaniu informatora, Andagoya rozłożył mapę i w chybotliwym świetle świecy zaczął rozmyślać nad sytuacją. Sen odszedł, jak zawsze, kiedy Andagoya głęboko się nad czymś zastanawiał. Być może powinien zaczekać na Wasemüllera i de Rique’a, maksymalnie wzmocnić swe siły przed starciem pod Cajamarką…

„Z drugiej strony takie opóźnienie pozwoli Manqu Yupanqui zebrać wszystkie siły. Pewnie modli się o jak najpóźniejsze przybycie naszej armii. Każdy dzień pozwala mu lepiej ufortyfikować miasto, przerzucić więcej wojsk. Dać mu czas, to zwiększyć jego szanse na uprzykrzenie nam życia”.

Andagoya postanowił nie zwlekać z marszem.

 

Z San Lúcarem omijali się, jak mogli, ale czasem wpadali na siebie. A że gubernator nie umiał milczeć i interesowały go tylko sprawy udanego podboju tych ziem, czasem wybuchały pomiędzy nimi kłótnie. Tym bardziej, że droga była ciężka i monotonna jak góry, pośród których wędrowali ku Cajamarce.

Kolejna sprzeczka zaczęła się od stwierdzenia Andagoi, że Indianom pod hiszpańską kuratelą wcale nie musi być źle, a on, de Andagoya, umiałby zadbać o ich sprawy nie gorzej niż Manqu Yupanqui.

- Ale oni wolą się sami stanowić – cierpko zauważył San Lúcar, krzywiąc się z niesmakiem.

- Zgoda, ale jak się stanowią? – Burknął Andagoya. – Inka traktuje wszystkie plemiona jak klocki w układance, potrafi je przerzucić o sto legua wedle swego kaprysu. Jedni nienawidzą drugich. Wyobrażasz sobie, ojcze, co by się działo, gdyby Filip postanowił mieszkańców Sewilli przenieść do Madrytu i odwrotnie? Albo pozwolił urzędnikom wybierać żony dla mężczyzn?

Na to zabrakło dominikaninowi argumentów. Zaś gubernator, czując, że bierze górę, ciągnął zapalczywie:

- To nie tylko kwestia zbawienia ich dusz. My jesteśmy bardziej cywilizowani, bardziej moralni.

- Jak kto – mruknął mnich. – Twoi żołnierze dekalogu to uczyli się chyba od szatana.

Jadący obok w milczeniu Leszczyński naraz uśmiechnął się i wtrącił do rozmowy:

- Zależy, jaki król, panie gubernatorze. Bo jeśli taki jak nasz, co to z korzystnych taktycznych rozejmów i pokojów nagle wyszedł prosto w sojusz z wrogiem, to w czym on lepszy od tych Indian, co to ich wyklinasz za dwulicowość? Wielki mi chrześcijanin, obrońca wartości katolickich, skoro z muzułmaninem zbratał się przeciw swoim?

Popatrzył na San Lúcara i dodał:

- Szatan ma łaskawe ucho nie tylko dla żołnierzy, mnichu. Bez urazy, niejeden klecha też bardziej go słucha niż swego biskupa. A i biskupi nie zawsze służą temu, co powinni.

Spiął konia i nie dając czasu na replikę Andagoi czy dominikanowi, ruszył w stronę swojego oddziału.

Spoglądając za Leszczyńskim, Andagoya czuł, jak rośnie w nim gniew na tego człowieka. Nie wiedział, co o nim myśleć.

 

Zaraza!

Na dźwięk tego słowa Andagoya pobladł. Szybko wyplątał się z koców. Nowina, jaką z samego rana przyniósł mu Francisquillo, brzmiała przerażająco. Jeśli będą się co dwa dni tak zatrzymywać, nigdzie nie zajdą, chyba do piekła. A wkroczy tam armia szkieletów, bo żywych zabraknie.

– Ludzie zaczęli chorować, panie – mówił tymczasem chłopiec, pomagając gubernatorowi przywdziać ubranie. – Biegają w krzaki, wymiotują…

– Wszyscy? – Z niedowierzaniem spytał Andagoya. Chwycił dzban z wodą, ale odstawił go natychmiast, bo jeśli to zaraza, kto wie, gdzie szukać jej źródła.

Młodzieniec pokręcił przecząco głową.

– Wszyscy nie, panie, ale wielu.

Gubernatorowi ze zdenerwowania zakręciło się w głowie, mało nie upadł. Chłopak podtrzymał go, z niepokojem wypatrując oznak słabości.

– Wołaj medyka – zarządził Andagoya. Na to Francisquillo jak wicher wypadł na zewnątrz, niemal pewny, że i jego pan zaniemógł.

Trwało z kwadrans, nim Galdacano odchylił połę namiotu i wszedł do środka.

– To nie zaraza, gubernatorze – uspokoił go szybko. – Ludzie nałykali się brudnej wody podczas przeprawy. Głównie struli się ci, co przekroczyli Akarurę już po przejściu fali, kiedy wzburzona rzeka niosła muł i inne świństwa. Nie wykluczam zresztą, że Indianie coś do wody wrzucili, zdechłe zwierzęta albo inne paskudztwo. Może mniej ludzi by chorowało, ale osłabiły ich szybkie marsze po górskich wertepach.

Andagoya odetchnął z ulgą. Wszystko, byle nie zaraza!

– Jak długo to potrwa?

Galdacano wzruszył ramionami, znużonym gestem otarł pot z czoła.

– Jutro, pojutrze powinni przyjść do siebie.

„Może w tym czasie dołączą de Rique i Wasemüller” – pomyślał z nadzieją Andagoya.

Zarządził więc obóz, a właściwie lazaret, bo z każdej kompanii zachorowało po kilkudziesięciu ludzi. Starał się nawet nie myśleć o opóźnieniach. Wszystkie plany sypały się w proch.

W lazarecie obok Galdacano główną postacią stał się San Lúcar. Jego łysą głowę można było zobaczyć wszędzie. Mokry od potu, czerwony na licu dominikanin z zaangażowaniem wspierał potrzebujących. Kręcił się pośród żołnierzy, hojnie rozdzielając dobre słowo i znak krzyża. Wyznaczył osobną mszę dla cierpiących, modląc się o ich wyzdrowienie, a dla kilkunastu nieszczęśników, którzy nie przetrzymali choroby, odprawił ostatnią posługę. Ale że Bogu trzeba pomagać też swoimi doczesnymi uczynkami, wspierał Galdacano i pozostałych medyków również w bardziej prozaicznych czynnościach.

 

Wreszcie znów ruszyli dalej, wciąż bez oddziałów Wasemüllera i de Rique’a. Powoli zbliżali się do Cajamarki, pokonując kolejne przełęcze. Na horyzoncie pojawił się wielki masyw Quentapassy, za którą – według wywiadu – aż do samego miasta ciągnęła się gładka, wysokogórska równina.

Gubernator chciał się skupić na wzięciu Cajamarki, bo w jego planach to miasto odgrywało ważną rolę, było jak uchwycenie szyi wroga. Jednak zamiast tego, musiał zająć się ogniem, który wybuchł w jego własnym namiocie.

Tym razem Andagoya nie poszedł sam – i nie na rozmowę. Wiódł sporą straż, która miała otoczyć Leszczyńskiego i wyprowadzić z jego kwater.

Kroplą, która przelała kielich goryczy, był kolejny raport szpiega. Ten doniósł, że Leszczyński uwieńczył powodzeniem swoje poszukiwania małej enklawy, znalazł ją w dolnym biegu Akarury, o dwa dni drogi od owej nieszczęsnej przeprawy. Porozumiał się z tamtejszymi Indianami, aby zaś przypieczętować porozumienie i wzięcie ziemi pod swoją pieczę, zostawił tam ze trzydziestu ludzi.

Andagoya, choć rozeźlony, kazał dyskretnie sprawdzić, jak naprawdę sprawy się mają. Rzeczywiście, choć zaraza nie przerzedziła polskich szeregów, a bitwy też żadnej nowej nie było, Leszczyński miał pod komendą kilkudziesięciu ludzi mniej. Andagoya, z oczyma pociemniałymi gniewem, wydał odpowiednie rozkazy.

Teraz, otoczony świtą, wbił się klinem w leżący nieco na uboczu, pod granitową skałą, polski obóz. Wierzchołek tej formacji, z gubernatorem na czele, oparł się niemal o namiot dowódcy tego oddziału.

Leszczyńskiego widać zdołano uprzedzić, bo kiedy Francisquillo odchylił połę namiotu oficera, było tam aż tłoczno od Polaków, ciasnym kręgiem broniących dostępu do dowódcy. Gubernator zacisnął zęby: czyżby miało dojść do rozlewu krwi? Cofnął się dwa kroki, a ludzie ze straży natychmiast zamknęli ochronny kordon. Jeden z bystrzejszych, widząc spojrzenie Andagoi, cofnął się, by ściągnąć posiłki.

- Wyjdź, Leszczyński, chcę porozmawiać – zawołał Andagoya.

W namiocie wybuchła gwałtowna dyskusja, z której gubernator nic nie zrozumiał. Po chwili wysunął się Leszczyński, poprawiając szablę u boku. W ręku trzymał jakiś rulon. Wylądał na znużonego i mocno niezadowolonego z tego najścia.

- Nawet wiem, o czym chcesz podyskutować – mruknął, hardo patrząc na przybysza. – Już mnie powiadomiono…

Mierzyli się nieprzyjaznymi spojrzeniami, przedzieleni z jednej strony strażami Andagoi, z drugiej ludźmi Leszczyńskiego, którzy zebrali się wokół dowódcy. Brakowało jednej iskry, żeby doszło do wybuchu.

- Pójdziesz z nami – nakazał Andagoya, nerwowym ruchem pocierając policzek. – Sam.

- Hola, gubernatorze – zaprotestował Leszczyński. – Zanim wystawisz szubienicę, przeczytaj to – wyciągnął pismo w stronę gubernatora. – Może ci się coś rozjaśni – dodał z ironią.

Gdyby nie królewska pieczęć, która błysnęła gubernatorowi na rulonie, Andagoya  nie zniósłby tej zniewagi, jak nic wyciągnąłby ostrze i przećwiczył kilka cięć i sztychów. Nie miał jednak wyboru, tym bardziej, że rozmowa toczyła się na oczach wielu świadków. Z niechęcią sięgnął po pismo i zaczął czytać. W miarę lektury jego twarz wyrażała coraz większe zdumienie.

Z papieru wynikało, że Leszczyński ma zgodę samego Filipa na utworzenie w imieniu swego króla małej kolonii polskiej (rządzonej samodzielnie, choć z błogosławieństwem i pod kontrolą hiszpańskiego monarchy). O ile zdoła ją utworzyć włąsnymi siłami, bez uszczerbku dla działań tutejszego gubernatora, czyli de Andagoi. Po zdobyciu Leszczyński stawał się automatycznie wicegubernatorem, a jego dominium miało obowiązek odprowadzenia do madryckiego skarbca 1/6 zysku. Zatem Leszczyński wcale nie uprawiał rebelii. Działał w imieniu swego monarchy i własnym!

- Dziwny papier, jak na kogoś, kto tak źle mówi o swoim królu – mruknął Andagoya, podnosząc wzrok na Polaka.

- Takie u nas obyczaje – burknął Leszczyński, wzbudzając uśmieszki swoich ludzi. – Mogę być wiernym poddanym, co nie zmienia faktu, że ten sojusz nie musi mi się podobać. Naprawdę wolę walczyć tutaj, niż gdzieś w Europie udawać, że stoję ramię w ramię z janczarami przeciw swoim.

- A co z ludźmi, których posiałeś?

- Wpadli w zasadzkę – odparł oficer, krzywiąc się boleśnie. – Miałem się tym głośno chwalić? Moi ludzie, moja strata.

- Wciąż mi podlegasz – chrząknął gubernator. Trafił spojrzeniem na odłam skały wznoszący się z boku polskiego obozowiska i nagle odniósł wrażenie, jakby ten miał się przewrócić na niego.

Leszczyński ponuro skinął głową.

- Prawda. Chciałem uniknąć wyciągania tych papierów – mówiąc to, minę miał naprawdę nietęgą. – Przynajmniej teraz, kiedy i tak niczego nie mam w ręku. Ale powiesić się nie dam, to chyba rozumiesz… – Patrzył na Andagoyę, szukając zrozumienia.

Ten powoli, z namysłem skinął głową.

- Wciąż mi podlegasz, Leszczyński. I zamierzam z tego skorzystać.

Ze wstrętem upuścił papiery na błotnistą ziemię i odwróciwszy się, ruszył w stronę kwatery, wlokąc za sobą zdezorientowaną przebiegiem zdarzeń świtę.

 

Ludzie wolno posuwali się naprzód, wielu wciąż ledwie powłóczyło nogami po chorobie. Kolumny wojska rozciągnęły się na dobre legua i gdy przewodząca armii koronelia Andagoi wolno wspinała się na przełęcz, podążające jako ostatnie kompanie Bernala wciąż jeszcze wędrowały po mniej więcej równym terenie.

Naraz na zboczu powyżej błysnęło światło, rozległ się donośny grom i na ociężale wędrujące wojska z łomotem spadła ciężka armatnia kula, raniąc i zabijając, a przede wszystkim siejąc strach.

Artyleria! Po pierwszym strzale nastąpiły kolejne z innych miejsc. Strzelało co najmniej kilkanaście armat.

– Cofnąć się! Cofnąć się! – Rozlegały się krzyki dowódców, ledwie słyszalne pośród jęków rannych. Kompanie, zabierając ofiary, usiłowały się wycofać spod ostrzału w jako takim porządku.

Andagoya na swym koniu już dziko pędził na tyły. Pozostałe koronelie zatrzymały się, po chwili rozpoczęły odwrót.

„Armaty! Jasny szlag, skąd mają działa?!” – wściekał się Andagoya. Podjechał do taborów, zeskoczył z konia, wodze rzucił Francisquillo.

– Szukać Valbueny! – Wrzasnął na cały głos. – Natychmiast chcę go widzieć!

Zaczął chodzić wokół leżącego płaskiego głazu, uderzać w niego niecierpliwie, kopać czubkiem buta. Złość narastała w nim szybko, krew pulsowała w skroniach. Coraz wyraźniej dostrzegał groźbę, że kampania potoczyć się może nie po jego myśli…

– Szukałeś mnie, panie? – Młody Valbuena nadszedł od strony taborów z mocno niewyraźną miną, przerywając gubernatorowi gniewne rozmyślania. Teraz stanął i opuścił ręce, nie wiedząc, po co został wezwany.

– Nic nie wiedziałeś o galerach z armatami! – Zaczął gubernator, podchodząc na krok do nieruchomo stojącego chłopaka. – Straciliśmy sporo zapasów i żołnierzy. Miałeś sprawdzić, czy ktoś nie sprzedał ciężkich armat Indianom do obrony twierdz – ciągnął. Wymierzył Valbuenie siarczysty policzek. – Miałeś przy pomocy ojca to sprawdzić, durniu! Skąd tu armaty, pytam?! – Coraz bardziej rozsierdzony Andagoya odstąpił o krok. Zaszemrał wyciągnięty z pochwy rapier. – Czy jak sam czegoś nie dopilnuję, to już nikomu nie mogę ufać?! Wziąłem cię, dałem szansę na łupy i stanowisko w przyszłości, bo sprawdziłeś rzecz i dałeś głowę, że żadnych dział nie będzie!!!

Na widok rapiera młody Valbuena zbladł.

– Mój ojciec… – zaczął niemal falsetem. – Ja…

Giętkie ostrze ze świstem przecięło powietrze przed jego twarzą.

– Twój ojciec płaszczy się przed Radą Kastylii, co najwyżej musi uważać na kolana, bo się reumatyzmu nabawi. A my… – Andagoya podniósł ostrze, celując w lewe oko chłopca – my tu, panie Valbuena, prowadzimy bezpardonową wojnę. W której łatwo zginąć!

– Zostaw go, gubernatorze – rozległ się naraz głos z tyłu. Do rozmowy wtrącił się de los Ríos, zjawiwszy się nieoczekiwanie. – Należało się spodziewać komplikacji. Nie jego wina.

Andagoya wsunął rapier do pochwy. Przygryzł wargę, starając się opanować wściekłość.

– Naucz go współpracy z końmi, de los Ríos – rzekł wreszcie sucho, przysięgając w myślach, że przy najbliższej okazji pozbędzie się Valbueny, choćby trzeba go było oddać handlarzom niewolnikami. – Bo z ludźmi ten idiota, jak i jego ojciec, nie powinien się zadawać.

 

Andagoya był wściekły, blady jak kreda. Rzucał wokół spojrzenia zdolne krzesać iskry na kamieniach. Świadomość, że utknęli pod Quentapassą, że trzeba ją będzie zdobywać w ogniu armat, doprowadzała go do dzikiej pasji.

Na naprędce zwołanej naradzie panował nastrój, od jakiego muchy padają trupem, bo i reszta dowódców doskonale zdawała sobie sprawę, co oznacza posiadanie przez Indian tej groźnej broni.

– Skąd wzięli działa? – Bernal wciąż wydawał się zaszokowany, co chwila z niedowierzaniem spoglądał na ufortyfikowaną górę, przekopaną tarasami, aby trudniej było pokonać broniony stok.

– Jedno jest pewne: nie odebrali ich nam! – Warknął gubernator.

Muniçion uśmiechnął się zimno. On jeden zachowywał spokój.

– Kupili od Portugalczyków – orzekł. – Albo jakieś psie syny kupieckiego wyznania na widok złota zapomniały, że zrodziła ich matka Hiszpania.

Andagoya popatrzył w zadumie na dowódców.

- Ktoś ma pomysł, jak zdobyć tę przełęcz?

Spoglądali na siebie w milczeniu. Wkróce stało się jasne, że nie zdołają obmyślić żadnego chytrego manewru, którym mogliby wziąć Quentapassę łatwiej niż w otwartym boju. Mimo perspektywy wielkich strat, alternatywy nie było.

–  Cóż, nie ma rady – stwierdził sucho Andagoya. – Nie możemy czekać na cud… Sami nie odejdą, to pewne.

– A gdyby zaczekać na Wasemüllera i de Rique’a, na ich armaty, na szwajcarów? Skoro tacy dobrzy, może im się uda? – Podsunął milczący dotąd Hungke.

Jakoś nie wyróżniał się do tej pory zaangażowaniem. Andagoya postanowił zmienić ten stan rzeczy, dać mu szansę wykazania się bitewnym męstwem.

– Jeszcze kilka dni temu powiedziałbym: tak. – Przecząco pokręcił głową. – Dziś mówię: nie, a to dlatego, kapitanie, że Indianie do ostatniej chwili ukrywali swoje działa. Przecież nie zdecydowali się ich użyć nawet pod Bambamarką…

- Ale mieli je na dwóch galerach, którymi chcieli zniszczyć naszą flotę inwazyjną – wszedł mu w słowo Muniçion, przypominając starcie niedaleko wyspy Lobos.

Andagoya niecierpliwie machnął ręką.

- Popełniłem błąd, przyznaję. Nie powinienem był ich zlekceważyć. Ale to już zeszłe śniegi, Lucas. Wydawało się, że mieli je tylko na tamtych okrętach, a teraz, kto wie? Może mają więcej armat niż my, nawet po połączeniu sił z Wasemüllerem i de Riquem?

Ponuro popatrzył na kapitanów.

- Widzę tylko jedno rozwiązanie. Trzeba szybko wziąć tę przełęcz, najlepiej razem z ich armatami, żeby nie mogli ich użyć gdzie indziej.

 

Wziąć przełęcz – pięknie powiedziane. Ledwie przyszło do wyznaczenia oddziałów mających wykonać to zadanie, zaczęły się problemy. Hungke natychmiast przystał, aby jego koronelia rozpoczęła natarcie, jednak ludzie na wieść o tym rozchorowali się niespodziewanie lub szukali innych sposobów uniknięcia walki, takich jak popsuta broń, której nie dało się użyć w bitwie. Co zabawne, nagle pojawił się na nią wielki popyt. Hungke z przerażeniem obserwował nawet najwaleczniejszych, weteranów okrytych chwałą w oczach kompanów, którzy naraz zaczęli się zachowywać niczym baby. Żołnierze walczyli o pretekst pozwalający uniknąć wycieczki na stoki Quentapassy, jak o nic nigdy dotąd podczas tej kampanii.

Cóż, co innego walczyć mieczem przeciw maczudze, niż niby nagie niemowlę pchać się pod lufy armat rzygających ogniem i kulami.

Wreszcie, czując na karku twarde spojrzenie Andagoi, dowódca zarządził, że idą wszyscy, poza umierającymi w lazarecie. Kto nie ma broni, pożyczy albo ruszy brać górę gołymi rękoma. Dopiero to pomogło. Wiele sztuk zepsutej broni uległo cudownej naprawie, chorzy ozdrowieli, a zabijaki znów poczęli się licytować na triumfy, jakie wkrótce staną się ich udziałem.

Żołnierzy Hungkego i tak by zresztą nie wystarczyło, więc Andagoya postanowił się posiłkować, po raz pierwszy w poważnej liczbie, oddziałami czerwonoskórych sojuszników. Wezwał do swego namiotu Gaucharpampę, wodza reprezentującego wszystkich indiańskich dowódców. Gestem wskazał mu miejsce naprzeciwko, po drugiej stronie rozkładanego stolika z mapami i papierami, po czym wyjawił swój plan.

Gaucharpampa przyszedł na spotkanie z tłumaczem, młodym, niepewnie rozglądającym się wokół Indianinem. Wódz długo z nim dyskutował, jakby nie pojmując, do czego właściwie gubernator zmierza. Andagoya przypatrywał się temu z niesmakiem. Rozkaz to rozkaz, nie dopuszczał, aby ktoś miał czelność odmówić. Wreszcie przerwał wymianę zdań, której musiał się przysłuchiwać z boku, nie pojmując ani zdania.

– O co chodzi?

– Potężny Gaucharpampa twierdzi, że pójście na armaty to pewna śmierć – wyjaśnił z wahaniem chłopak. – Że to nie ma sensu. Lepiej górę obejść, choćby trzeba było nadłożyć drogi. Jeśli szybko ruszymy, nie zdążą ustawić żadnych fortyfikacji na naszej drodze.

Gubernator powstał z miejsca, zrobił kilka nerwowych kroków po namiocie.

– Pójdziesz, albo cię tam poniosą! – Warknął wreszcie. – Nie tłumacz! – Dodał, widząc że Indianin otwiera usta, by przełożyć wodzowi jego słowa.

Ale i bez tego Gaucharpampa zrozumiał sens słów Andagoi. Wstał energicznie, przewrócił stolik, zmierzył Hiszpana ciężkim spojrzeniem i rzuciwszy kilka słów, wyszedł z namiotu.

– Co powiedział? – Andagoya zerknął na tłumacza, który prawie poszarzał ze strachu.

Ten zawahał się, ale widząc minę gubernatora, wyjaśnił:

– Że jego ludzie pójdą zdobywać wzgórze, skoro twoi się boją.

 

Nim jednak podjęli bezpośredni atak, ustawili własną artylerię najbliżej jak się dało i rozpoczęli ostrzał zboczy. Żołnierze o najbystrzejszym wzroku wypatrywali kryjówek wroga i dział, podczas kiedy kanonierzy robili wszystko, aby kule trafiały w wykryte miejsca. Jednemu z kanonierów, Lebrazie, taka sztuka się powiodła. Kula uderzyła wprost w indiańską armatę, wyrzucając ją w górę wraz z fontanną ziemi. Gubernator podjechał i osobiście, na oczach pozostałych strzelców, wręczył kanonierowi wszystkie pieniądze, jakie miał przy sobie.

– Za każdą następną armatę płacę tyle samo – oznajmił głośno, aby każdy mógł go słyszeć.

Kanonierzy zaczęli jeszcze bardziej ryzykować, wpychać leża armat coraz wyżej pod górę, aż w końcu de Andagoya musiał ich pohamować. Nieprzyjacielskie działa milczały, nie chcąc ujawniać swego położenia – choć może przemieszczano je do nowych, bezpieczniejszych kryjówek.

Wreszcie wyznaczona do ataku koronelia Hungkego wraz z większością indiańskich oddziałów pomocniczych, wspierana ogniem hiszpańskich armat, ruszyła do przodu.

Nagle do obserwującego rozwój zdarzeń Andagoi podjechał Leszczyński.

- Może rzucę swoją konnicę, wytniemy obsługę armat? Zgrupowali działa w kilku miejscach, wiem, w których, może uda się je wziąć szybkim atakiem?

Andagoya wahał się przez chwilę, trwającą jednak nie dłużej niż uderzenie serca. Wreszcie skinął głową. Cokolwiek myślał o Leszczyńskim, jakkolwiek był na niego zły, nie uważał go za tchórza. Po zdarzeniu, które odebrał jako osobiste upokorzenie, zamierzał krwią Leszczyńskiego zmazać plamę na honorze. Widać moment rewanżu nadszedł szybciej, niż gubernator planował. Nie warto ryzykować całej konnicy, ale też nie czas ją oszczędzać, bo zdobycie przełęczy było nadzwyczaj ważne.

Polak niby wicher pomknął w stronę swoich, którzy czekali tylko na sygnał. Dał znak ręką, krzyknął:

- Naprzód, psiekrwie, gubernator patrzy! – I jego konni podzieliwszy się na kilka oddziałów, pędem pomknęli w stronę przełęczy. Oddziały Hungkego rozstąpiły się przed nimi, a za ich plecami przyspieszyły biegu.

Nagle zbocze góry rzygnęło ogniem. Część konnicy Leszczyńskiego skrył kurz i obłok prochu.

Gdy opadł, Andagoya zobaczył, że pierwsze indiańskie stanowiska, leżące najniżej, zostały zdobyte, walczyli tam ludzie Hungkego, a konnica Leszczyńskiego mknęła już dalej, w stronę kolejnych dział.

Ale w połowie stoku natarcie załamało się – związani walką Hiszpanie i Indianie nie nadążyli z pomocą i szarża Polaków wytraciła impet, a konni zaczęli zawracać.

Teraz dopiero Andagoya rzucił kolejną koronelię, ale było za późno – nim dotarli do pierwszego pasa umocnień, z kryjówek wyłoniły się setki wojowników i rozgorzała wielka bitwa na zboczu Quentapassy, bitwa na miecze i piki przeciwko oszczepom i maczugom. Wojska Inki wypchnęły ludzi Hungkego, zatem trzeba było porwać rannych i zarządzić odwrót, mając Indian na plecach.

– Trudno, poczekamy na Wasemüllera i de Rique’a. Na razie będziemy ostrzeliwać ich umocnienia – ponuro zarządził Andagoya.

 

Straty były spore, gubernator pocieszał się jedynie myślą, że polska konnica, choć nie zdobyła przełęczy, wybiła obsługi kilku dział – a choć armaty pozostały na swoich miejscach (brakło czasu, by je wziąć podczas odwrotu), jednak Andagoya nie wierzył, aby wojska Inki miały wielu wykwalifikowanych kanonierów.

Postanowił odwiedzić Leszczyńskiego.

Ten leżał w namiocie, z piersią przewiązaną szerokim bandażem. Na widok gubernatora uśmiechnął się blado i gestem odprawił jednego ze swoich ludzi.

- Nie opłaciła mi się ta szarża – mruknął. – Niewiele dała, a szesnastu ludzi diabli wzięli. I sporo koni.

Andagoya skinął głową. W głębi ducha jednak uważał, że jak na tak szalony atak, straty nie były wielkie.

- Doceniam poświecenie, kapitanie – zaczął. – Nie przyszedłem przeprosić, nie pomyśl sobie, ale umiem uszanować odwagę i umiejętność walki. Nie twoja wina, że natarcie się załamało. To Hungke nie nadążył.

- Też nie jego wina – żywo zaprzeczył Leszczyński. Przekręcił się na bok, syknął z bólu, ale sięgnął ręką po leżący na stoliku bukłak z winem. Wypił łyk, odetchnął i dodał:

- Ale myśl miałem dobrą, ja bym to powtórzył i teraz.

Andagoya wzruszył ramionami. Sięgnął spojrzeniem wyjścia z namiotu.

- Nie przyszedłem się radzić, kapitanie. Koni mamy za mało, żeby ryzykować.

- A ludzi? – Westchnął Leszczyński.

- Nadciągają oddziały Wasemüllera i de Rique’a – przypomniał gubernator. Nagle zaschło mu w gardle, sięgnął po wino. Leszczyński z uśmiechem podał mu bukłak.

- Frontalnego ataku nie wytrzymają – w głosie gubernatora zabrzmiała nadzieja. – Niech tylko wreszcie nasi nadejdą, na Boga! A ty leż. Rana ciężka?

Polski kapitan wzruszył ramionami.

- Nie śmiertelna, zatem jutro posadzą mnie na konia.

Andagoya odwrócił się od wyjścia.

- Ale co powiedziałem, tego nie cofam, Leszczyński: nie trzeba mi szukania przez was kawałka ziemi, gdzie byście się mogli sami rządzić. Tu będzie powiewać flaga Korony albo żadna. Szczerze i bez świadków: dla mnie to możesz sobie tym papierem tyłek podetrzeć. Musimy się trzymać razem, nie rozpraszać sił, bo nas wszystkich wyrżną te czerwońce. A ty żadnej kolonii nie utrzymasz takimi siłami, nawet jeśli coś zdobędziesz.

- Zobaczymy… – mruknął Polak zamyślonym tonem.

Andagoya skrzywił usta w cierpkim uśmiechu i bez słowa, kręcąc tylko głową nad fantazją oficera, opuścił namiot.

 

Tymczasem straże doniosły, że na tyłach armii pojawiły się tabory. Andagoya miał przez chwilę nadzieję, że to dwaj dowódcy nadciągają z resztą wojska. Był to jednak Cuco de la Pena z prowiantem i uzupełnieniem amunicji.

Zjawił się w momencie, kiedy Andagoya położył już na taborach krzyżyk, a jego samego ostatecznie uznał za tchórza i nieudacznika. Tymczasem spisany na straty żołnierz stał teraz przed nim, z twarzą paskudnie poharataną, poznaczoną szramami, ale wyraźnie rad z siebie.

– Byłbym wcześniej – tłumaczył, gestykulując żywo i z ukosa popatrując na plujące ogniem armaty – ale po drodze wciąż musieliśmy odpierać ataki Indian. Chyba ze dwa tysiące ich nacięliśmy, jednak droga czysta, a większość taborów dotarła.

– Nieźle się sprawiłeś – pochwalił Andagoya. – Już myślałem, że cię Indianie zjedli na przystawkę, a nasze zapasy na obiad.

Naraz przyszła mu do głowy pewna myśl.

– Możesz wracać na wybrzeże, kapitanie… – zaczął. – Z drugiej strony, każdy człowiek jest bezcenny w walkach, sam widzisz, jak się ufortyfikowali na tej górze…

De la Pena zareagował zgodnie z jego oczekiwaniami. Gdzieś po drodze w tych górach jego hałastra i on sam nabrali wojennego szlifu. W Panamie Andagoya wziął go za zwykłego rzezimieszka, którym zresztą niewątpliwie był. Tutaj jednak dotarł mężczyzna znający siłę swego oręża, nauczony walki. Jego banda też musiała posiąść to doświadczenie – przynajmniej ci, którzy przeżyli. Przydadzą się.

– Zostaniemy, gubernatorze – rzekł szybko, z błyskiem w oku. – Póki nie dotrzemy do Cajamarki. Potem się zobaczy, co dalej. Aha – przypomniał sobie naraz. – Dziwna rzecz. Mam w taborach dwoje jeńców, bardzo osobliwych. Gdzieś w połowie drogi moi ludzie pochwycili przemykających się ku wybrzeżu Hiszpana i Indiankę. Wyobraź sobie, twierdzą, że uciekli z indiańskiej niewoli. Widzi mi się, że kłamią. Nie zabiłem od razu, przywiozłem tobie, bo kto wie, co mają do powiedzenia.

– Później się nimi zajmiemy – mruknął Andagoya. – Wszystko później, de la Pena. Najpierw zdobądźmy tę przeklętą Quentapassę.

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *