Lena w chmurach

Romek Pawlak

Lena w chmurach

Ściągnij fragment!

 

 

Rozdział 1

Ogarniała ją panika. Rozpaczliwie próbowała uciekać… ale była bezsilna. Wokół niej czarne drzewa wyciągały po nią swe rozcapierzone ręce. Ledwo przemykała pomiędzy nimi, nie dając się pochwycić. Wyglądały jak zmarli, którzy zerwali się ze snu i wyskoczyli z grobowców, chcąc napić się świeżej krwi.

Bała się. Czuła, że ktoś podąża jej tropem, chce ją dogonić i skrzywdzić.

Brakowało jej powietrza. Serce waliło jak oszalałe, na wpół umarłe z przerażenia.

Pogoń była coraz bliżej. Słyszała za sobą krzyki ludzi i szczekanie psów.

Trafiła na gęste zarośla, spomiędzy których wystawał wielki, częściowo spróchniały pień. Schowała się za nim, zanurzyła twarz w czarny mech obrastający dwa korzenie, które wyglądały jak ramiona… Wtedy poczuła, że ktoś ściska jej łokieć.

– Ada! Wstawaj zaraz, spóźnisz się do szkoły! – usłyszała natarczywy szept mamy. – Wstawaj, dziewczyno, ale już!

Z trudem rozkleiła powieki, starając się opanować oddech. Przecież nie spała.

Milczała jednak. Nie wiedziała, jak opowiedzieć mamie, że była w innym świecie. Takim, który się jej śnił i nie śnił, bo wszystko w nim było równie prawdziwe jak tu, w Szczygłowicach. Czuła zapach ziemi, wilgoć powietrza na policzkach, a nawet potrafiła nazwać swoje emocje. Czuła je równie mocno jak teraz dotyk pościeli z kory i palce mamy na swej ręce.

„Pościel z kory i kora drzew” – pomyślała nagle i uśmiechnęła się na to skojarzenie. Co też ta jej czternastoletnia głowa potrafi wyprodukować…

– Ty się nie śmiej! Jazda! – widząc, że córka już nie śpi, mama cofnęła się do drzwi. – Ja wychodzę, a ty wstajesz, robisz porządki i do szkoły!

Po chwili rozległo się trzaśnięcie drzwiami wejściowymi, a zaraz potem tupot nóg w pośpiechu zbiegających po schodach.

Ada czuła się jak w wojsku. Jednostka nosiła nazwę „Rodzina Turczyńskich” i miała jednego generała oraz jedną szeregową, która teraz musiała zwlec się z łóżka, zrobić sobie śniadanie i kanapki do szkoły, posprzątać kuchnię, spakować się i ubrać – a na wszystko miała nie więcej niż pół godziny. Bo inaczej Zaręba znów ją obsztorcuje i wystawi na klasowe pośmiewisko, a może nawet odeśle do wice, czyli Kliszki, zastępcy dyrektora. Niemiłego faceta, który do szkoły trafił chyba po to, żeby wzrokiem molestować uczennice, bo fizyki nauczyć nie umiał, wszyscy o tym wiedzieli.

Odrzuciła kołdrę. Kaloryfer był przykręcony, więc od razu wstrząsnął nią dreszcz zimna. Nawet to lubiła, jej ciało budziło się wtedy do nowego dnia. Jeszcze parę wygięć w różne strony, parę skłonów – i poranna gimnastyka zaliczona. Gimnastyka, a nie włałef.

Spojrzała krytycznie na swoje odbicie w lustrze na drzwiach szafy zajmującej cały jeden bok pokoju. Tak, Ada nie miała się czego wstydzić, naprawdę. Nic dziwnego, że podobała się chłopakom, a szczególnie Woytkowi. Kto by nie chciał chodzić z atrakcyjną dziewczyną o piwnych oczach sypiących iskrami. Tylko te włosy do ramion… Ada dojrzewała właśnie do zmiany fryzury na zupełnie krótką, czyli taką, którą mama nazwała kiedyś „stanowczą”.

Na ćwiczenie różnych min straciła dobrych dziesięć minut. Jednak nie zamierzała z tego nigdy zrezygnować, choćby kosztem spóźnienia się do szkoły. Szkoła – to jeden wielki teatr. Wymaga osobnego trenera od mimiki oraz od retoryki. Musisz umieć ciąć jednym zdaniem jak nożem albo odgryźć się równie ostrym one-linerem na cudzą zaczepkę. To mus, inaczej będą cię mieli za popychadło i niemotę.

Siedem minut. Człapiąc bosymi stopami po zimnych kafelkach, wkroczyła do kuchni. Tu panował typowy poranny rozgardiasz. Zlew zatkany garami z wieczornego gotowania obiadu. Na kuchennym blacie czekały miski po musli, kubki po kawie i opakowanie po wypitym jogurcie.

I pięćdziesiąt złotych.

„Kup sobie coś na imieniny :)”.

Ada uśmiechnęła się lekko. To był taki ich wewnętrzny zwyczaj w ramach rozluźniania dyscypliny. Czasem mama-generał pod pretekstem imienin, których nie było tego dnia w kalendarzu, albo 30 lutego, podrzucała pieniądze czy inny drobiazg. Widać to był ten dzień.

Ada wiedziała, na co wyda tę kasę. Wiosna idzie, jakiś ciuch, w którym będzie wyglądała jak kobietą, z pewnością się przyda. Może wreszcie Jagła ją zauważy.

Zrobiła sobie herbatę i popijając, skubnęła kanapkę. Myślała o swoim śnie, który przerwała jej mama.

Każdy sen miał swoje znaczenie, zawsze, chociaż czasem wyjaśniało się ono wiele dni później. Ada zapisywała sny w komputerze, czasem wracała do nich jak do pamiętnika, przeglądała, szukając tych, które właśnie się sprawdziły.

W snach błądziła po jakimś mrocznym świecie, i jeśli wierzyć sennikowi, była bliska wplątania się w bliżej nieokreślone kłopoty.

Wzruszyła ramionami, podeszła do okna, za którym ktoś głośno zachwalał sąsiadce nowe drzwi wejściowe do mieszkania, strasząc, że tę dyktę zastępującą normalne drzwi w blokach to byle pijaczyna wypchnie pięścią i wyszła z kuchni.

Przedpokój był maksymalnie zagracony, bo też mieszkanie, chociaż trzypokojowe, nie było z gumy, a dwie mieszkające w nim kobiety miały całkiem sporo tego wszystkiego, co jest niezbędne i czym obrasta się w życiu. Nie było tego już gdzie pomieścić. Stąd przedpokój wypełniała pojemna szafa, a i tak co się nie zmieściło, stało luzem pod ścianami, pakowane jedno na drugie jak szybko rosnący mur.

Kiedy Ada wyszła z jasnej kuchni, wydało się jej, że po ścianach przesunął się ciemny kształt. Najpierw pomyślała, że to tylko cień, jakiś powidok, coś, co rodzi się w głowie z pomyłki, wariacji, w jakie ostre światło potrafi wprowadzić wzrok człowieka. Nerwowo potrząsnęła głową. Cień zniknął. Znowu wzruszyła ramionami i przeszła do swojego pokoju.

– Głupia – skarciła samą siebie głośno. – Głupia panikara!

A jej głos zabrzmiał szorstko. I trochę gniewnie. Ada nie lubiła się bać.

Nagle w pokoju rozległ się trzask pioruna. Telefon. Ada drgnęła nerwowo. Wzięła do ręki aparat leżący na stercie książek na stoliku.

– No? – burknęła. – Bo nie mam czasu!

– A po południu masz? – spytał Woytek. Czy to, że był jej chłopakiem, oznaczało, że może czuć się zbyt pewnie? Nikt normalny nie przeszkadzałby Adzie o tej porze. Nie przepadała za szkołą, uważała ją za zło konieczne, więc każdy pretekst, żeby odreagować, był dobry. Na przykład, rozmówca, po którym można się trochę przejechać.

– Do popołudnia muszę najpierw dożyć – warknęła Ada. – A ty co, sklerozę masz?

– Nie mam, chciałem się upewnić – Woytek zaczął się tłumaczyć. Na twarzy Ady wykwitł uśmieszek satysfakcji. – Wiesz, chłopaki siedzą nad scenariuszem, i gdybyś nie miała czasu, to im pomogę…

Woytek z kolegami ze szkoły próbował założyć kabaret. Ale żeby coś założyć, trzeba mieć na to pomysł. Na razie czterej nieszczęśnicy w mozole wykuwali repertuar. I wyglądało na to, że wymyślenie kilku skeczy zajmie im z pięć najbliższych lat.

– To idź i pracuj – rzuciła chmurnie. – My z Kaśką same pojedziemy na Górkę.

– No co ty? – zaperzył się Woytek. – To już zapytać nie wolno? Ja tylko czasu nie chcę marnować, jakbyś nie mogła. Rozumiem, że możesz? To po lekcjach. Pa, kocham cię.

Ada westchnęła, wzięła plecak za ucho i ruszyła do przedpokoju. Ależ się jej trafił chłopak… No cóż, mogło być gorzej. Taka Aldona z równoległej klasy trafiła na spryciarza, który po cichu urządził sobie casting na dziewczynę i umówił się jednocześnie z sześcioma. Jak się o tym dowiedziała, wpadła w szał i spoliczkowała drania, ale co się wstydu najadła…

*

Po drodze do szkoły musiała przejść obok przystanku autobusowego, w samym środku osiedla. Stąd niejakie „gwiazdeczki” jeździły do swojego gimnazjum w centrum miasta. Większość z nich w ogóle nie obchodziła Ady, i odwrotnie. Ale niektóre z pogardą mówiły o dziewczynach z gimnazjum Ady: „Dąbrówki? Niech idą drzewa sadzić!”, raczej by dogryźć, niż toczyć akademicki spór o wyższość Kołłątaja nad Dąbrowskim.

Adę historia i polityka nie bardzo obchodziły, natomiast dogryzanie przez taką choćby Kunicką, która teraz czekała pod wiatą na przyjazd siedemnastki, doprowadzało ją do białej gorączki. Przechodząc, zmierzyła swą równieśniczkę z Kołłątaja długim spojrzeniem. Bazyliszki powinny się uczyć od trenujących przed lustrem nastolatek. Kunicka nie wytrzymała siły spojrzenia Ady i chociaż wydęła pogardliwie usta, w końcu musiała odwrócić głowę i udać, że pasjonuje ją lektura rozkładu jazdy.

Wreszcie Ada dotarła do szkoły.

I chyba po raz pierwszy tak się zdarzyło, że stanęła jak wryta w drzwiach, blokując innym wejście. Na dopchniętych teraz do ściany drzwiach ktoś nakleił plakat. Rosły siatkarz w wyskoku atakował piłkę, a z treści na dole wynikało, że za miesiąc odbędzie się w hali sportowej na Struga turniej. „Trzeba będzie iść obejrzeć Jagłę w akcji” – ucieszyła się Ada.

Nie miała czasu na więcej refleksji, bo została wepchnięta do środka. Ada popędziła na dół, do szatni.

Kaśka czekała na nią w części dla drugoklasistów. Niby to poprawiała swoje rzeczy w szafce, ale głównie czekała, by móc porozmawiać z mającą szafkę obok Adą, zanim powędrują do klasy. To był zwyczaj, który pielęgnowały od podstawówki. Kilka słów, żeby się zorientować, jak się sprawy dzisiaj mają.

Ada weszła do szatni i energicznym krokiem podeszła do przyjaciółki.

– No, hej! – przywitała się z entuzjazmem.

– Coś taka radosna? – zainteresowała się Kaśka. – Mama milion wygrała, czy jak?

Ada prychnęła i przeciągnęła się leniwie.

– Widziałaś plakat z Jagłą?

Oczy Kici, duże i niebieskie, zrobiły się jak dwa spodki z barwionej porcelany. Wyglądała jak jedno wielkie niedowierzające „O!”

– Plakat? – zdumiała się. – Gdzie?

Ada pokręciła głową w niedowierzaniu. Jak Kaśka mogła przegapić coś takiego?! Coś, co było z ich dziewczyńskiego punktu widzenia najważniejszego na świecie.

Bo chociaż Ada chodziła z Woytkiem, a Kicia trzymała na krótkiej smyczy swojego Tomka, to obie wzdychały do Jagielińskiego, który właśnie wyszedł z ich gimnazjum i zaczął chodzić do liceum w centrum miasta. Do gimnazjum przychodził na salę gimnastyczną, na treningi siatkówki. Ada niekiedy widywała go jeszcze na osiedlu, gdzie kogoś odwiedzał.

Każda z nich chciałaby mieć go na wyłączność, ale że żadna nie miała – i szanse, że w najbliższej przyszłości będzie miała, były iluzoryczne – łączyło je wszystko, co z nim się wiązało. Wzdychały grupowo, jeśli można tak powiedzieć.

– Przegapiłaś? – parsknęła Ada. – Chodź do klasy, po drodze ci opowiem.

Spojrzała na zegarek i stwierdziła, że mają jeszcze sekundę, aby spojrzeć na plakat. Więc pognały.

– Tomek to nawet na rowery nie chce dzisiaj iść – mruknęła Kaśka, wpatrując się z zachwytem w Jagielińskiego na plakacie. – Nic mu się nie chce, tylko gapić w telewizor albo komputer. I co, mam mu zdjęcie Jagły dać na urodziny, żeby zrozumiał aluzję?

Nagle za ich plecami rozległ się dzwonek. To woźny uznał, że pora przerwać rozmowy o chłopakach i rozpocząć poważną naukę.

*

Ledwo wiosna dawała znać o sobie, Ada z Kaśką wyjmowały z piwnicy schowane tam na zimę rowery. Nie było ich stać na treningi capoeiry czy zajęcia z areobiku, za to rower i trochę biegu okazywały się niezastąpione dla ich zgrabnych sylwetek.

Spacerować można było wszędzie, a ludzie z Zakola najchętniej chodzili nad rzekę. Jeździć po wybetonowanym osiedlu wcale nie było fajnie, a nad rzeką trochę zbyt grząsko. Dlatego fani jazdy na rowerze wybierali zwykle Górkę. Pod tą nazwą krył się pagórek w pobliżu osiedla, na terenach wciąż jeszcze niewchłonietych przez miasto. Było tam sporo ścieżek, również prowadzących na łagodne wzniesienie, gdzie nawet widoki się zdarzały.

Ada spojrzała na zegarek. Miała jeszcze chwilę.

Spojrzała na ścianę swego pokoju, na której zawiesiła kilka zdjęć. Szczególnie jedno przyciągało jej uwagę, może dlatego, że zostało zrobione właśnie na Górce. Ada wykrzywiona w grymasie przerażenia. Za jej plecami rosła wielka deszczowa chmura, z brzuchem niemal czarnym, zbliżająca się do niej jak jakiś potwór polujący na swą ofiarę. Zdjęcie to zrobiła Kaśka w zeszłym roku wiosną, tuż przed burzą. Ada zapamiętała, że Kaśka leżała głęboko wciśnięta w trawę. Ale portret Ady był naprawdę dobry – stała na nim niemal w chmurach, zdana na łaskę nadciągającego deszczowego potwora. „Ada w chmurach” – tak nazywała go w myślach.

– No, pora się zbierać – mruknęła sama do siebie. Kaśka razem z Tomkiem i Woytek pewno już jadą, zaraz wszyscy spotkają się koło kwiaciarni, a stamtąd ruszą już razem.

Rower czekał w przedpokoju, jeszcze bardziej go zagracając. Sprowadzając grata dwa piętra w dół, cieszyła się, że mieszka w niskim bloku, a nie w wieżowcu, w którym właśnie wysiadła winda.

Czekali już na nią, rozmawiali i śmiali się. Patrząc na Tomka z Woytkiem pomyślała, że mogliby być braćmi, podobnie jak ona z Kaśką mogłyby być siostrami, tak podobnie gestykulowali i mieli sporo wspólnego.

Przez chwilę jechali parami, ale szybko im się to znudziło. Chłopcy natychmiast przerzucili się na dyskusję o piłce, a Ada z Kaśką, gdy tylko zostały w tyle, wróciły do rozmowy o swoich sekretnych sprawach.

– No i sama widzisz, Tomek tylko do odstrzału – mruknęła niespodziewanie Kaśka. – Pożytku z niego nie ma, tylko ta piłka i komedie.

– Ale nie rzucasz go chyba? – Ada skrzywiła się w sarkastycznym uśmiechu.

Kaśka z wahaniem pokręciła głową.

– Nie, na razie nie. Póki Jagła mi się nie rzuci na szyję…

Ada zaśmiała się, aż Woytek obejrzał się na nią i zaciekawiony uśmiechnął. Pomachała mu ręką.

– No widzisz, to chyba spotkamy się w haremie Jagły. Ja też się piszę.

Zaśmiały się obie.

– A na wakacje gdzie się wybierasz? – spytała Kaśka, omijając jakiś duży kamień, który wyrósł na ich drodze.

– Jeszcze nie wiem. – Ada nie miała żadnych planów. Jak zwykle.

– Ja to bym pojechała nad morze, no wiesz, plaża, namiot, chłopak… taki Jagła, w ostateczności Tomek, tylko się musi nauczyć rozbijać namiot, bo jak znam życie, to pojęcia nie ma – zaśmiała się Kaśka.

– Namiot konieczny – przytaknęła Ada.

– Namiot też, a co – obruszyła się Kaśka, jakby dotknięta słowami przyjaciółki. – A ty, pojechałabyś z Woytkiem?

Ada ciężko kręciła pedałami, bo dojeżdżali do Górki, zaczął się podjazd. Patrzyła na plecy obu chłopców, którzy wyprzedzili je znacznie, i nawet nie zwrócili na to uwagi. Wyglądało, jakby o nich zapomnieli.

– Czy ja wiem? – mruknęła. – Pewno tak… Tylko że mama i tak mnie nie puści, to mogę sobie tylko powyobrażać.

Górka miała łagodnie nachylone zbocza i płaski, kopulasty szczyt porośnięty trawą i krzakami. Teraz, po zimie, wyglądała jak ogolona, z pozostawionymi przez nieuwagę kępkami.

– No to jazda, która trasę wybieramy?

Atrakcją tego miejsca było to, że oprócz zjazdów łagodnych i bezpiecznych, można też było znaleźć zbocze pokarbowane nierównościami, jakby pod spodem tkwiły ledwie przysypane ziemią ogromne skały.

– No jak to? – krzyknęła Kaśka. Z niej zawsze był wicher, powinna się urodzić chłopakiem. – Wiosna w końcu, to trzeba wypróbować tor przeszkód, nie?

I pierwsza zaczęła zjeżdżać pofalowaną częścią zbocza.

Przez pół godziny po prostu bawili się, przekrzykując się radośnie i rzucając niegroźne docinki, wreszcie postanowili, że są gotowi do zawodów – jazdy na czas.

I wtedy się okazało, ile kto jest wart – chłopcy byli silniejsi, ale to Kaśka najszybciej zjeżdżała, nie lądując w krzakach.

Ambitny jak zawsze Woytek zapowiedział, że teraz pokaże, na co go stać.

No i pokazał. W połowie trasy wylądował, tym razem nie w krzakach, tylko w błocie. Stracił równowagę i dobrych parę metrów ślizgał się po wilgotnej trawie, a rower sunął obok niego z brzękiem jak jakiś chrabąszcz, któremu się poplątały nogi.

– Żyjesz? – Ada westchnęła z rozpaczą, sprawdzając, czy jej chłopak ma wszystkie kości całe. Taka kompromitacja…

– E tam, następnym razem będzie lepiej. – Woytek już się podnosił i otrzepywał. Na nogawce spodni pozostał widoczny ślad po upadku.

Ada przypomniała sobie plakat z siatkarzem. Dla takiego Jagły zjazd z Górki to bułka z masłem.

– Nie będzie następnego razu – zapowiedziała z gniewną miną. – Jeszcze sobie kości połamiesz, biedaku.

Jednak złość, tak szybko jak się pojawiła, już Adzie przeszła, nastrój potrafił się jej zmieniać sto razy w ciągu dnia. Wymieniły spojrzenia z Kaśką.

Ta podeszła do swojego Tomka. I zaczęli się całować.

Ada zniknęła w ramionach Woytka. Była jego pierwszą dziewczyną, dopiero uczył się całować jak należy. Ale obejmował przyjemnie, dosyć zdecydowanie, jednak nie za silnie. Ada mogła się oprzeć plecami o jego splecione ramiona, a pochyliwszy głowę, szukać jego ust lub pozwalać znaleźć własne.

Nagle obok Kaśka parsknęła głośno jak rozgniewany dzik, a potem wrzasnęła, płosząc okoliczne ptaki:

- Nie gryź mi ucha, durniu! To boli! Nie widzisz, że mam tam kolczyk?!

 

Rozdział 2

Po wczorajszych szaleństwach na Górce Adę bolały wszystkie mięśnie. Nie chciało się jej wstawać, chociaż przebudziła się jeszcze przed świtem, a później już tylko drzemała. Słyszała mamę, która krzątała się w kuchni. Chyba jednak nie wyrobiła się ze wszystkim, albo miała coś pilnego do załatwienia z samego rana, bo nie obudziła Ady, tylko w pośpiechu wyszła z domu.

Wreszcie alarm w komórce przypomniał Adzie, że pora wstawać.

Zaczęła się kręcić po mieszkaniu, wciąż nie do końca rozbudzona, bo ostatnia godzina tej płytkiej drzemki, zamiast przynieść odpoczynek, tylko jeszcze bardziej ją zmęczyła.

Kiedy wychodziła z łazienki, wydało się jej, że ktoś stoi na przedpokoju. Cofnęła się nerwowo, ale zaraz znów wyjrzała.

Ktoś tam był. Ciemna postać stojąca przy wieszaku na ubrania wyglądała jak odwieszony płaszcz. Ada krzyknęła, jej głos zawibrował w powietrzu.

Postać drgnęła i – sunąc niewiarygodnie szybko – zniknęła w kuchni.

Dziewczyna zaklęła. Serce jej biło jak szalone. Zaraz zacznie krzyczeć, sąsiedzi wezwą policję. Albo jeszcze gorzej – włamią się do mieszkania.

Zmusiła się, aby zajrzeć do kuchni, chociaż znaczną jej część widziała z miejsca, gdzie stała. Nikogo. Weszła do kuchni. Nic. Przywidziało się jej coś i tyle.

Wróciła do swojego pokoju. Stuk celowo głośno przesuwanych drzwi szafy zabrzmiał swojsko, oswoił przestrzeń i ciemne kąty. Wyjęła czerwoną bluzkę i spodnie, rzuciła na łóżko. Zrobi się na laskę. Mają dziś sporo lekcji, może Jagła wpadnie na trening i miną się przypadkiem, a on przystanie zachwycony i…?

Kiedy zasunęła drzwi szafy i odwróciła się w stronę pokoju, znów tam stał. On, ten, którego się przelękła, nie widząc go. A może ten, którego wyśniła?

– Co chcesz mi zrobić? – szepnęła.

Głupie, beznadziejnie głupie pytanie, ale wiedziała przecież, że po coś przyszedł. Po coś i do kogoś. Do niej. Stał teraz, oparty o futrynę drzwi. Wysoki, szczupły, ciemny. Jak cień. W tej mrocznej postaci odbijały się piwne oczy, jak dziurki od klucza, przez które z wnętrza pokoju przebija światło. W tej chwili Ada uświadomiła sobie, że nie widziała jego odbicia w lustrze na drzwiach szafy!

– Nic – w jego głosie zabrzmiał gniew, jakby został o coś posądzony. – To wilrichy polują na ciebie, ich powinnaś się strzec.

– Wilrichy? – spytała niepewnie. Pierwszy raz o nich słyszała. Bacznie mu się przyglądała, usiłując z drobnych szczegółów wyczytać, co ma się dalej stać. Był straszny. Zupełnie jak czarna deszczowa chmura na tle słonecznego, czystego nieba. Ciemne ubranie, twarz pociągła, blada – i te oczy, świecące jakimś nienaturalnym, niezdrowym blaskiem. Tak wyglądają psychopaci.

– I cieni. Strzeż się cieni. Tych szczególnie – ciągnął.

Usiadł w fotelu przy drzwiach. Wciąż był bezpiecznie daleko od niej, chociaż Ada już wiedziała, że odległość nie znaczy nic – w każdej chwili mógł ku niej skoczyć, ani się spostrzeże, jak znajdzie się w jego łapskach.

Usiadła w kucki na skraju łóżka, chwilę patrzyła na niego. Próbowała opanować popłoch, wiążąc włosy w dwa buntownicze kucyki, które następnie spięła pomarańczowymi gumkami.

– Nie wiesz, kim jesteś, prawda? – spytał wreszcie, gdy cisza zaczęła się przedłużać.

– Wiem! – Nerwowo dotykała odłożonych ubrań. – Co robisz w moim domu?!

– Nie wiesz, kim jesteś – powtórzył. Kiedy się poruszył, nachylając się ku niej, jego ciemny płaszcz opadł na fotel jak miękka skóra. – Słyszałaś o miejscach zwanych Dniem, Nocą i Cieniem?

„Jakiś wariat” – pomyślała, jednocześnie szukając wzrokiem komórki. Leżała na stoliku obok fotela. Bardzo by się jej teraz przydała. Chciała napisać do Kaśki albo Woytka, może oni by umieli sobie poradzić z tym nachałem. W ostateczności mogła zadzwonić na policję.

Albo i nie. Przypomniała sobie, w jak niezwykły sposób ten gość przemieścił się z przedpokoju do kuchni. To jakiś naprawdę niebezpieczny wariat.

– Dzień, Noc, Cień – powtórzył, akcentując słowa w taki sposób, żeby było słychać w nich duże litery.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć, czego od niej oczekuje.

– Ada, skup się! – wrzasnął nagle, wyrywając dziewczynę z zamyślenia. Spojrzała na niego przerażona, potem zerwała się z łóżka i próbowała uciec do kuchni.

Złapał ją bez trudu i przytrzymał. Poczuła, jaki jest silny. Ciepły, silny i… nie chciał jej nic zrobić. Chyba.

– Spokojnie, dziewczyno – szepnął. – Trzy oddechy. Już?

Gdy skinęła głową, puścił ją, wskazując, by usiadła z powrotem na łóżku.

– Dzień, Noc i Cień – zaczął tym samym tonem co poprzednio, jakby nie mieli w międzyczasie niemiłego przerywnika. Mówił zupełnie jak Kliszka, stanowczo i w sposób niepodlegający dyskusji, akcentując poszczególne słowa. – Nie wiesz. Masz czternaście lat, a właściwie trzynaście i dziesięć miesięcy, i nie wiesz, co to Dzień.

Niepewnie zaprzeczyła ruchem głowy.

– Właśnie – westchnął. – Dlatego tu jestem. Żeby ci wszystko wyjaśnić.

Oszołomiona rozwojem wydarzeń Ada rozglądała się po pokoju, jakby go pierwszy raz widziała. Z lustra na szafie spoglądała na nią wystraszona nastolatka w koszuli nocnej. Teraz dopiero poczuła wstyd. Przecież nawet nie jest ubrana. O, Jezu…

– Dzień jest tutaj – mężczyzna zatoczył ręką wokół pokoju Ady, ale pewno miał na myśli cały świat.

– Noc… – zamyślił się. – Noc to miejsce, gdzie byłaś, co prawda krótko i nie możesz tego pamiętać.

– Dlaczego? – spytała, oblizując suche ze zdenerwowania wargi. Mocniej obciągnęła koszulę, która podwijała się na brzegach, odsłaniając uda.

– Bo miałaś dokładnie dwa dni, jak cię podmieniłem i ukryłem w Dniu – wyjaśnił tonem, jakim dziecku wyjaśnia się sprawy oczywiste, jak na przykład to, że nie każdy kotlet z każdego talerza na stole trzeba ugryźć, by sprawdzić, czy wszystkie tak samo smakują.

– Podmieniłeś? – zdziwiła się. Nic nie rozumiała z jego słów.

– By uchronić cię przed niebezpieczeństwem grożącym ci w Nocy, ukryłem cię w Dniu. W tamtym świecie nie przeżyłabyś. Ani ty, ani reszta Naznaczonych – znów usłyszała w jego głosie dużą literę. – Tu też możesz zginąć, bo wilrichy już wiedzą, że tu jesteś. Dlatego przyszedłem cię ostrzec.

Wstała. On też ruszył się z fotela, blokując jej drogę do przedpokoju. Był bardzo wysoki, a gdy poły płaszcza poruszyły się, zauważyła, że jest bardzo szczupły.

– Zimno mi, muszę się ubrać – rzuciła zdesperowana. – W koszuli mi zimno.

Starając się nie patrzeć na niego narzuciła sweter, wciągnęła spodnie. Mimo woli zerknęła na zegarek. Jezu, przez tego palanta nie zdąży na pierwszą lekcję!

– Spóźnię się do szkoły – jęknęła. – Zaręba mnie zamorduje!

Zdawał się tym nie przejmować.

– Powiem, co muszę i odejdę. Nie pochodzisz stąd, jesteś moim dzieckiem, urodzonym w Nocy, w świecie niepodobnym do tego. Jest was więcej ukrytych w Dniu. Ale coś się zmieniło… – zamyślił się przez chwilę. – Jest jeszcze trzeci świat, nazywamy go Cieniem. Tam żyją wilrichy, razem z Cieniami, i to one znalazły drogę do Dnia, przejście bezpośrednie albo przez nasz świat, czyli Noc. Przyszedłem cię ostrzec, córko.

Jego chłodny, pozbawiony emocji ton, zupełnie jakby czytał jakieś urzędowe pismo, uderzyły Adę, aż cofnęła się przerażona. Bo pod pozornym opanowaniem mówiącego krył się silny ładunek uczuć.

„Córko”?!

Widać ją usłyszał. Albo wyczytał to z jej twarzy.

– Córko. I jeszcze coś. Myślisz pewnie, po co z Nocy uciekliśmy w Dzień i pozostawiliśmy tu nasze dzieci.

Kiwnęła głową. Od dobrej chwili zastanawiała się nad tym.

– Kiedyś był jeden świat – zaczął. – Rozdzielił się jednak na kilka części. Wy żyjecie w Dniu, my w Nocy, a Cień… tam pozostało to, co najgorsze z naszego świata. I on też jest osobno. Wszystkie światy osobno. Można je jednak połączyć, jeśli przynajmniej jedenaścioro Naznaczonych zbierze moc.

„O Jezu, on mówi o mocy!”, pomyślała Ada. „Jednak wariat”.

– Dzieci, które mogą tego dokonać, zostały ukryte. I nadal są w niebezpieczeństwie, bowiem niektóre z wampirów tego połączenia nie chcą. I zrobią wszystko, by zabić ukryte w Dniu dzieci.

– Wampirów? – szepnęła zdruzgotana Ada. – Według ciebie jestem wampirem?

Wstał. Zrzucił płaszcz.

– Tak byś mnie pewnie nazwała, chociaż to tylko słowo – nie oddaje całej prawdy o mnie. Ale ty nie jesteś wampirem, albo inaczej – jesteś i wampirem, i człowiekiem. Właśnie to daje ci siłę, że możesz połączyć Dzień z Nocą, możesz wybierać. Jesteś Naznaczona. Naznaczona wyborem.

– Połączyć Dzień i Noc? – powtórzyła Ada, błądząc spojrzeniem po zdjęciach na ścianach. – I co się wtedy stanie?

Jej ojciec-wampir wzruszył ramionami.

– Nie pora o tym. – Zmienił temat: – Nie wierzysz mi, prawda? Nie mam wystających kłów i przychodzę w dzień.

Trudno zaprzeczyć. Jakoś inaczej wyobrażała sobie wampiry. Dzikie, śmiertelnie niebezpieczne drapieżniki… Przyszły jej na myśl czosnek, srebro i woda święcona.

– Żyję w mroku, światło mnie męczy – niespodziewanie na bladej twarzy przybysza wykwitł uśmiech. – Wciąż myślę o polowaniu… Potrzebuję krwi…

Nagle, nim zdążyła mrugnąć okiem, znów znalazł się przy niej. Chwycił mocno za nadgarstki. Nie, nie był normalnym człowiekiem, chyba że dyskretnie rozsypał w powietrzu jakieś prochy, które zaburzyły jej postrzeganie rzeczywistości.

Otworzył usta.

Miał teraz znacznie większe kły. A jego spojrzenie było dzikie, jak głodnego lwa.

– Nie myśl o tym jak o fantazji – stwierdził sucho, poważniejąc. Puścił ją i już spokojny wrócił na swoje miejsce pod drzwiami. – To nie film i nie literatura. Jestem pięć razy silniejszy od zwykłego człowieka – w dzień słabszy, za to w nocy poruszam się i widzę jak kot. I jeszcze coś. Nie wierzysz mi, że jesteśmy krew z krwi? To spójrz na to – odsłonił rękaw płaszcza. Na wewnętrznym przedramieniu, gdzieś pięć centymetrów powyżej zgięcia łokcia, tuż przy grubej żyle widniała mała, niemal niewidoczna skaza, bielsza skóra o charakterystycznym kształcie banana. Plamka, przebarwienie.

Zszokowana Ada nie wiedziała, co odpowiedzieć. Miała dokładnie takie samo znamię! I nikt o nim nie wiedział, bo było zupełnie niewidoczne. Dostrzec je mogła tylko nastolatka wielokrotnie przepatrująca całe swoje ciało w poszukiwaniu przeróżnych, najczęściej nieistniejących, wad, skaz i innych niepożądanych znaków. Nikt o tym nie wiedział, nawet mama!

– Jesteś moją córką. Ze wszystkimi tego skutkami, Ado. Masz niezwykłe umiejętności albo wkrótce je odkryjesz w sobie. Niedługo przybędzie do ciebie ktoś, kto cię wprowadzi. Na razie bądź ostrożna.

Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Ada drgnęła nerwowo. Nie spodziewała się nikogo, właściwie powinna już być w drodze do szkoły.

Mężczyzna uśmiechnął się i nadal siedząc w fotelu, rzucił niedbałym głosem:

– Idź, otwórz.

Przez jej głowę przemykały tysiące myśli. Uciec? Krzyczeć?

Wyjrzała przez wizjer. Na wycieraczce stał jakiś mężczyzna, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę.

– No? – burknęła, uchylając ostrożnie drzwi.

Teraz zauważyła, że jest w stroju kominiarza. Tyle, że był zbyt czysty jak na kogoś czyszczącego kominy. Nawet guziki miał świecące, wypolerowane.

– Trochę szczęścia do domu niosę – zaczął, podając jej jakiś kolorowy kartonik. Zerknęła, to była zwykła świąteczna kartka. – Od kominiarza. Kartka na szczęście. Mały datek? – dokończył z nadzieją.

Ada nagle pojęła, w czym tkwi kiepski dowcip.

– Spadaj! – warknęła, wciskając mu z powrotem kartkę. Jej głos zabrzmiał głucho i groźnie, fałszywy kominiarz cofnął się, jakby się uchylał przed uderzeniem. Ada z rozmachem zatrzasnęła za nim drzwi

Wtedy uświadomiła sobie, że straciła szansę na pozbycie się z domu szaleńca, który wciąż tu był.

– Musisz się nauczyć panować nad sobą. – Kolejny raz miała wrażenie, że mężczyzna czyta jej myśli. – Dałaś mu poznać swoją twarz z Nocy.

Odwróciła się gwałtownie.

– Kpisz, facet? – poniosło ją.

Wzruszył ramionami, puszczając zaczepkę mimo uszu.

– Musisz nad sobą panować. Inaczej wilrichy cię znajdą i zabiją. Będziemy cię tu odwiedzać i uczyć. Teraz poznaj moje imię: Arhaug, albo zwyczajne, którego też używaj, Ari. A teraz idź do szkoły i udawaj człowieka.

Wyprzedził ją, otworzył drzwi i wyszedł na schody. Szybko zamknęła drzwi, ale zaraz otworzyła ponownie. Nie usłyszała żadnych kroków.

Po chwili pomyślała, że pobiegł za kominiarzem.

By wypić jego krew.

*

Na zegarku była ósma piętnaście. Roztrzęsiona Ada wciąż stała w kuchni i zastanawiała się, co dalej. Wczorajszy sen przyniósł zapowiedź tego, co zdarzyło się później!

– I jak ja mam iść do szkoły? – szepnęła.

Pytanie zawisło w pustce pokoju, ale poza nią nie było tu nikogo, kto by mógł jej odpowiedzieć. Ojciec – albo ktokolwiek to był – wyszedł.

„Nie ma cię” – przyszedł nagle es od Kaśki.

– No przecież wiem, że mnie nie ma, głupia – mruknęła Ada. – Nie ma i nie będzie.

„Miałam spotkanie ze zjawą, a teraz idę na wagary. Oficjalna wersja: chora, powiedz to Potforzycy”.

„Oki. Naćpałaś się?”

„Ta… chyba kiełbasą z lodówki”.

Ada odłożyła komórkę i zaczęła się zastanawiać. Wreszcie narzuciła kurtkę na grzbiet, do plecaka wrzuciła swój ukochany Canon. Rozejrzała się wokół. Czy się jej zdawało, czy tam pod szafą pojawił się dziwny cień?

„Świruję!”, pomyślała z niezadowoleniem.

Z chrobotem przekręciła klucze i tak jak wcześniej mama, zbiegła po schodach połykając po trzy stopnie na raz, zawieszając się asekuracyjnie na poręczy.

*

Obserwacja chmur na niebie była dla Ady tym, czym kabaret dla Woytka albo nowa płyta hip-hopowa dla Fa’Soli opętanego pragnieniem, by zostać najlepszym raperem wśród białasów.

Tylko Kaśka rozumiała tę pasję Ady, nie dostrzegała w gapieniu się w niebo i fotografowaniu chmur niczego dziwnego. „Jeden lubi ogórki, inny non stop żre pomidory”, mawiała. Potrafiła przerwać wywód o Jagle w pół słowa, w chwili gdy Ada sięgała po swój Canon i pstrykała zdjęcie jakiejś chmury wyglądającej jak rogi księżyca w pierwszej kwadrze albo mającej dwie dziurki, jakby była gigantycznym preclem podrzuconym do góry, hen, wysoko.

Ada fotografowała chmury albo czyste niebo, uwielbiała też robić zdjęcia w czasie burzy. Potrafiła spod kurtki czy płachty brezentu fotografować groźnie wyglądające błyskawice, a jej najlepsze zdjęcie zamieściła gazeta lokalna. Bo też udało się Adzie złapać krzaczasty piorun, który rósł niby gęsty krzew, a tuż obok z dziury w chmurach wyjrzał kawałek księżyca. Coś niezwykłego, zupełnie jakby błyskawica wychodziła prosto z kuli krążącej dookoła Ziemi.

Gdy znalazła się w otwartej, jasnej przestrzeni, odrzuciła cały ten mrok, który zebrał się w czasie wczorajszej nocy i dzisiejszego ranka, gdy wizje ze snu się spełniły w postaci nieznajomego faceta. (Myślała o nim wciąż „ten facet”, bo jakoś wątpiła, by naprawdę był jej ojcem.) Świeciło słońce, tak intensywne tylko wczesną wiosną lub jesienią po deszczu.

Było ciepło, szarpnęła suwak i rozpięła kurtkę. Osiedle, jak zawsze ponure, nagle wydało się jej ciekawsze. Teraz wszystko było lepsze w porównaniu z domem. Z jej pokojem, gdzie rozmawiała z Ari, kimkolwiek był.

Chyba, że był… snem?

– A tam! – mruknęła. Nie ma co się zastanawiać, trzeba korzystać z życia, skoro już zdecydowała się na wagary.

Od kilku dni Ada wybierała się nad rzekę. Zima odeszła na dobre, śnieg leżący na poboczach i na polach zniknął, roztopił się, wsiąkł w ziemię lub spłynął do rzeki. Zrobiło się cieplej, ale jeszcze nie tak, by krzewy i drzewa się zazieleniły. Był to taki czas przejścia pomiędzy porami roku. Ada czytała gdzieś, że nie ma już w Polsce sześciu pór roku, jak kiedyś, ale tych kilka dni spokojnie mogło udawać przedwiośnie. Ziemia już chłonna, rozgrzana, a drzewa jeszcze jak ogołocone zimowymi grabiami.

Ada fotografowała niebo, ale czasem też żywe martwe natury. Pasjonowały ją ruiny domów i drzewa jak trupy, drzewa uschnięte i poskręcane ze starości. Drzewa po zimie, nie wiadomo, czy ożyją na wiosnę…

Poza kilkoma fotografiami, które zdecydowała się wydrukować w fotolabie i powiesić na ścianie, reszty zdjęć Ady prawie nikt nie oglądał. Nikt poza dwojgiem wybrańców – tylko Kaśka i Woytek znali hasło do albumu Ady na Picasie, gdzie gromadziła swoje zbiory.

Tymczasem szła przez osiedle i czuła, że to jeden z pierwszych cieplejszych dni. Na osiedlowe alejki wyległa cała gromada ludzi poubieranych w kolorowe rzeczy.

Słońce, rozgadani ludzie, wszystko to sprawiało, że szła coraz pewniej. Mrok z serca Ady całkiem już uleciał, jak fusy z kawy, gdy podstawisz kubek pod strumień wody. Choć jakaś drobna resztka niepokoju pozostała na dnie duszy.

Osiedle, zwane Zakolem od zakręcającej tu Wisły, było młode, miało dopiero kilkanaście lat. Ostatnie bloki zasiedlono niedawno, sporo rodzin miało małe dzieci, mijała je teraz skupione na swoich zabawach w piaskownicy.

Zmierzała w stronę rzeki, która płynęła jakiś kilometr za granicą osiedla. Tam będzie mogła bezkarnie grasować ze swoim aparatem fotograficznym. Wcześniej musi tylko pokonać te zielone zasieki.

Pomiędzy blokami a drzewami nad rzeką znajdował się pas działkowych ogródków, przez które należało się przebić, by dotrzeć nad wodę. Ada mogła nadłożyć drogi i obejść je, by nie narażać się na ewentualny kontakt z którymś z osiedlowych żuli, wybrała jednak drogę alejkami. Znała ją na pamięć, w razie czego weźmie nogi za pas. Zresztą nie po raz pierwszy…

Na szczęście obyło się bez przygód. Na razie.

Dziewczyna przeciągnęła się z zadowoleniem, gdy ogródki zostały kilkaset metrów za jej plecami. Tutaj wreszcie poczuła się całkiem swobodnie. Odwróciła się, popatrzyła na pas drzew, zza których wystawały zęby wieżowców. Przyklękła, sięgnęła po aparat i przymierzyła się do kadru. Ale nie, widoki na ciekawe ujęcie były raczej marne. Tylko raz udało się Adzie zrobić w tym miejscu dobre zdjęcie, zimą, gdy chmury o brzuchach pełnych śniegu niemal zawisły nad wieżowcami, tak nisko płynęły, i zaczęły wyrzucać swą zawartość. W ciągu kilku minut wszystko się zatarło, ale na jakichś trzech zdjęciach zdołała uchwycić proces „zasypywania” domów przez śnieżycę.

Nagle gdzieś od strony działkowych ogródków rozległo się szczekanie. Ada podniosła wzrok. Po chwili zaskomlał pies, jakby go ktoś uderzył, i naraz wszystko ucichło.

Szła dalej brzegiem rzeki, która wyginała się tutaj w łuk. Jak fosa nie do przebycia czule obejmująca osiedle, kilkanaście kilometrów od przedmieść Krakowa. Wskazywała je kolista kępa drzew otaczających jeziorko. Kiedyś rzeka musiała tu biec innym korytem, które teraz zarosło.

Woda wciąż jeszcze była ciemna, trochę spieniona, niosła brudy, które ściekły do wody razem ze stopionym śniegiem. Ada zerknęła w górę, ale na niebie nie rysowało się nic ciekawego, żadna chmura, zupełnie nic. Przeniosła spojrzenie na niespokojny nurt rzeki. Może coś się odbije w wodzie? Aparat trzymała w pogotowiu.

Wyczuwała, jak ziemia ugina się pod jej stopami. Jak na materacu albo łóżku wodnym. Gdyby nie trawa, która wiązała grunt, pewnie byłoby tu teraz grząsko jak na bagnach.

Nagle spomiędzy altanek, od strony rzeki nieogrodzonych żelaznym płotem, wybiegł prosto na nią pies. Warczał głucho, wydawał się groźny i wściekły, z ogonem nisko przy ziemi, jego zęby błyskały złowrogo. Przypominał wilka, ale skąd tu wilki pod Krakowem? Wyraźnie kierował się w jej stronę.

I wtedy stało się coś zupełnie niezrozumiałego dla Ady – w ułamku sekundy znalazła się kilkanaście kroków dalej od miejsca, w którym stała. Skoczyła jak Ari! Oszołomiona, oparła się o pień, czując pod palcami jego szorstką korę. To nią wstrząsnęło, przypomniała sobie swój sen! Gwałtownie oderwała dłoń od pnia, zrobiła kilka kroków w stronę rzeki.

Potwór zmienił teraz kierunek, pokonując dzielącą ich przestrzeń w nieprawdopodobnym wręcz tempie. Rozpędzony jak lokomotywa skoczył na Adę. Zrobiła unik, żałując, że nie wspięła się na drzewo!

Wczepił się w nią. Ada z krzykiem zasłoniła twarz rękoma, wypuściła aparat, który stoczył się po zboczu i z chlupotem wpadł do wody. Dziewczyna próbowała nogami odepchnąć wilka, który atakował ją zębami, gryzł i rozszarpywał jej kurtkę.

Wtem zza drzew wypadła jakaś czarna postać, ciemna krecha na tle nieba. Trzema skokami dopadła wilka, z impetem uderzyła w niego – ten porzucił Adę i zwrócił się w strone nowego przeciwnika. Głucho warknął, inaczej niż wcześniej. Sczepili się w walce.

I nagle wybuchł dziki wrzask. Ada, sparaliżowana strachem, patrzyła na potężnego wilka miotającego się teraz w rękach nieznajomego wybawcy.

Niespodziewanie hałas ustał, pies czy wilk znieruchomiał. A człowiek walczący z bestią stanął na nogach.

Wtedy Ada odkryła, że pod ciemnym kapturem kryła się dziewczyna.

Ze złością strąciła kaptur z głowy, odkopnęła znieruchomiałego psa.

– Potwór! – mruknęła. – A ty powinnaś uważać.

– Nie wiedziałam, że tu są wilki – wyjąkała Ada, zaskoczonym wzrokiem śledząc podchodzącą dziewczynę.

– To nie wilk, to husky – poprawiła ją dziewczyna. – Jestem Wika – wyciągnęła rękę.

Jej dłoń, którą Ada uścisnęła odruchowo, była zimna. Zimna jak srebrny księżyc nocą. Ada czuła, jak traci ciepło wypływające z jej ręki, jak jej przedramię ogarnia chłód. Cofnęła rękę i wstrząsnęła nią – była jak ścierpnięta.

Wika wróciła do psa, pochyliła się i z ciężkim stęknięciem podniosła go z ziemi. Uginając się pod jego ciężarem, ruszyła w stronę rzeki.

– Co robisz? – spytała zaskoczona Ada.

– Pozbywam się tego ścierwa – burknęła Wika. – Płyń po morzach, oceanach! – Z rozmachem wrzuciła ciało psa do rzeki. Rozbryznęło wodę, a zaraz po tym zostało porwane przez nurt.

Jeszcze przez kilkanaście sekund było je widać, malejący punkt, nim zniknęło zupełnie pod wodą, zawirowało, a potem jeśli nawet się wynurzyło, to gdzieś poza zasięgiem wzroku Ady.

Dopiero teraz oprzytomniała i odkryła brak aparatu. W czasie nagłego, agresywnego ataku jej cudowny Canon wpadł do wody. Pochyliła się, szukając go spojrzeniem.

Nadal tam był, jak srebrna ryba w zielonej toni przy brzegu. Ostrożnie przyklękła na podmokłym, dosyć stromym zboczu i sięgnęła po aparat. W chwili, gdy jej palce znalazły się w wodzie, poczuła taki sam chłód, jak wcześniej ściskając rękę Wiki.

Canon ociekał wodą.

– Cholera! – zaklęła Ada z rozpaczą. – Cholera, cholera, cholera! – powtórzyła. – I co ja z tym zrobię?

– Wysuszysz – usłyszała rzeczowy głos z tyłu. No tak, Wika. Odwróciła się trzymając zniszczony aparat.

– Wysuszysz – powtórzyła dziewczyna. – Otworzysz, rozkręcisz, co się da, pozwolisz wyschnąć, a potem się pomodlisz, złożysz do kupy i sprawdzisz, czy wszystko działa. – Uśmiechnęła się powściągliwie. – Czasem to się udaje.

Ada była wściekła i roztrzęsiona zarazem. Rano ten dziwny facet, teraz napaść psa i jeszcze ta dziewczyna. „Wracam do domu!”, postanowiła.

– Dzięki za pomoc – rzuciła, ściągając usta w wymuszonym uśmiechu. – Wracam do domu. Idziesz w stronę osiedla?

Wika skinęła głową. Znów naciągnęła na głowę kaptur. Wyglądała teraz jak jakiś manekin szczelnie owinięty w płótno.

– Idę.

Ada w milczeniu ruszyła z powrotem. Nagle cała wyprawa wydała się jej pozbawiona sensu. Aparat w ręku wciąż wypluwał z siebie krople wody, które ściekały jej po dłoni. Chciało się jej płakać.

Przed oczami wciąż miała nakładające się obrazy atakującego ją psa, jego zębatego pyska i wreszcie jego ciało, wirujące, a potem tonące w wodzie.

– Nie powinnaś się tu kręcić sama. – Wika nagle wyrwała ją z zamyślenia.

– Sorry, ale nie jesteś moją matką – Ada odwróciła się w stronę Wiki, a w jej oczach pojawił się gniew. – Dzięki za uratowanie mi tyłka, dosłownie, i w ogóle dzięki, ale bez przesady.

Wika skinęła głową. Jej wzrok prześlizgnął się po rzece, jakby się upewniała, że napastnik naprawdę utonął.

– Nie ma sprawy. Ale tutaj przestań chodzić, bezpańskie psy to wcale nie najgorsze, co człowieka może spotkać.

Doszły do ogródków. Tu było bezpieczniej, z nadejściem wiosny pojawili się działkowcy, grzebali w ziemi, dogladali swych roślinek i sadzili nowe, odnawiali altany na najbliższy sezon.

Wreszcie stanęły przed osiedlem betonowych klocków. Ada czuła się coraz bardziej nieswojo idąc ramię w ramię z tą tajemniczą dziewczyną.

– Spadam – mruknęła. – Idę do domu.

– Też tu mieszkam – uśmiechnęła się blado Wika. – Niedaleko „Baranków”. A ty?

„Barankami” na osiedlu nazywano knajpę, która oficjalnie nie wiedzieć czemu nazywała się „Mendog”. A ponieważ była to zwykła osiedlowa speluna, której goście niejeden raz trykali się łbami albo zwyczajnie urządzali bijatyki, to przyjęła się nazwa lepiej oddająca charakter tych, którzy mieli odwagę tam zajrzeć. Mieszkańcy domów w pobliżu nie byli szczęśliwi, systematycznie goszcząc policję albo pogotowie. Ale cóż, mieszka się tam, gdzie się mieszka.

– Gdzie indziej – wypaliła Ada. – To nara i dzięki.

I odwróciła się plecami, odeszła.

*

W domu znów zrobiło się jej zimno. Najpierw poszła do łazienki, sprawdzić, dlaczego całe ciało ją piekło.

– Jezu! – na ramionach odkryła zadrapania psich pazurów. Dobrze, że nie w widocznych miejscach, bo jeszcze by Woytek coś sobie pomyślał…

Zabrała się za suszenie aparatu. Rozkręciła, co się dało, a potem z daleka, żeby niczego nie popsuć, ostrożnie potraktowała wszystkie części suszarką.

Zobaczymy, czy to coś da. W najlepszym razie kilka najbliższych dni zdjęciowych i tak ma z głowy. Albo trzeba będzie dać okrągły tysiąc za nowy aparat…

Cały dzień przeleżała przy zaciągniętych zasłonach. Starała się przespać wszystko to, co się zdarzyło.

Nie usłyszała nawet trzasku klucza w zamku. Z dziwnego letargu ocknęła się dopiero wtedy, gdy mama, stając w drzwiach jej pokoju, odezwała się z zaniepokojeniem:

– Dobrze się czujesz?

– Nie – odparła Ada. Nagle oprzytomniała. Przespała z sześć godzin jak nic, kurczę! – Nie byłam w szkole, wypiszesz mi usprawiedliwienie?

– Brzuch? – spytała mama. Ostatnio Ada często miewała bóle, były nawet u lekarza, ale ten nie doszukał się niczego szczególnego.

Ada kiwnęła głową. Niech będzie brzuch. Przecież nie opowie o tym, co się zdarzyło. Mama i tak by nie uwierzyła.

– To poleż, jakby co, na jutro też wypiszę.

– Jutro muszę iść – powiedziała słabym głosem Ada. – Sprawdzian z matmy wolę pisać w grupie niż sama pod okiem Zaręby.

– Jadłaś? – mama usiadła w fotelu. Na tym samym fotelu, pomyślała Ada, co wcześniej Ari. Jej ojciec, tak się przedstawił. Ale czy z mamą? Jeśli tak, dlaczego ona nigdy nic o tym nie wspomniała?

– Nie jadłam – odparła. – Mamo, myślisz, że tata żyje?

Mamę ścięło. Zbladła.

– Nie wiem – odparła zdławionym głosem. Wciąż, po latach, był to dla niej bolesny temat. Opanowała się jednak i dodała, wstając: – Chyba tak.

Uciekła. Ada została w pokoju sama,, we wcale nie lepszym nastroju.

Wiedziała, że zraniła mamę, ale to było silniejsze od niej. Mniej więcej rok temu dowiedziała się prawdy o swoim ojcu, a raczej poznała wersję mamy, trzecią z kolei. A dziś pojawiła się jeszcze inna jej wersja. Co ma o tym myśleć? Może jej pytanie było niezręczne, ale w końcu to mama jej powiedziała, że nie, tata nie zginął, taty po prostu nie zna nawet ona, jej mama, bo była sobie raz impreza studencka… I tak dalej.

Nieważne. Nie jest w stanie sprawdzić dziś tego, co działo się piętnaście lat temu. Nie wie też, jak sprawdzić wiarygodność słów faceta z porannego najścia.

Odczekała jeszcze chwilę, nim wyszła do kuchni.

Mama siedziała przy otwartym oknie i paliła papierosa, zamyślonym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń. Okno wychodziło na skwer przed klatką schodową. W świetle latarni widać było właścicieli wyprowadzających na spacer swoje yorki czy jamniki.

Na stole czekał talerz. Ada sięgnęła po niego, mrucząc:

– Dziękuję.

Już chciała wyjść do swojego pokoju, kiedy mama zatrzymała ją, lekko chwytając za ramię.

– Ada, masz mnie. Pamiętaj o tym.

– Wiem, mamo, wiem – Ada zmusiła się do muśnięcia jej policzka. Pewno mama myśli, że znów Adę naszły wątpliwości, czy w ogóle jest czyimś dzieckiem. Ale Ada przerobiła to już dawno temu, w drugiej klasie podstawówki, i nie widziała powodu, żeby do tego wracać. Było przecież kilka rozmów z koleżankami, no i biologia…

W pokoju zjadła kilka kanapek i wzięła się do nauki. Matmę trzeba wkuć, bo chociaż Ada nie uczyła się źle, parę piątek by się na świadectwie przydało.

Chociaż czy będą jej potrzebne?

*

Był już późny wieczór, kiedy odsunęła od siebie książki. Zapadła ciemność, rozświetlana przez blask docierający z wielu okien. Tylko od strony rzeki ciągnął zupełny mrok.

Nagle za oknem, tuż przy śmietnikach, za którymi otwierał się widok na ogródki działkowe i rzekę, dostrzegła ruch. Stężała, nie wiadomo dlaczego.

Zza murku wysunął się pies. Jego srebrzysta sierść połyskiwała w świetle księżyca jak natłuszczona.

Bardzo przypominał husky’ego, którego Wika zabiła nad rzeką.

Adą wstrząsnęło zimno, a może strach?

„To nie może być ten sam pies”, pomyślała, starając się powstrzymać panikę. „To jakieś przypadkowe podobieństwo”.

Ale intuicja podpowiadała inaczej. Mówiła, że coś w życiu Ady się zmieniło. Że Ari nie kłamał. Była wampirem. A teraz świadomie zaczęła dostrzegać rzeczy, które dotąd ignorowała.

Przeniosła wzrok na Księżyc. On na szczęście był taki sam, srebrny i kojący.

Kiedy wróciła spojrzeniem do śmietnika, ten był pusty. Ada czuła jednak, że pies gdzieś tam jest i wciąż ją obserwuje.

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *