Póki pies nad nie rozłączy – fragment.

Romuald Pawlak

Póki pies nas nie rozłączy

Ściągnij fragment!

 

Intro

PeeS

Ciemnej, nieprzyjemnej nocy nie rozświetlał nawet Księżyc, pocieszyciel wszystkich stworzeń dużych i małych.

W domu, wielkiej willi z ogrodem, panował błogi spokój. Wszyscy spali – ludzie na piętrze, psy na dole, w swoich kojcach.

Nagle jeden ze szczeniaków śpiących w koszyku pod schodami poruszył się niespokojnie. Poczuł delikatne smyrgnięcie po brzuchu. Ktoś wciskał się pomiędzy niego a leżącego obok Plotyna!

Najpierw myślał, że to łapa mamy – i nie otwierał oczu. W nocy trzeba spać, nabrać sił do zabawy w dzień.

Wkrótce jednak Platon jakimś sposobem pojął, że to sam Pan Stworzenia, o którym kiedyś opowiadała mu mama. Nie wiadomo, jak się tego domyślił, w końcu był tylko małym pieskiem, szczeniakiem, a nie dużym, dorosłym dogiem z wielką i pewnie mądrą głową. (W ogóle nie był dogiem, w tym problem). Po prostu pstryk! – i nagle wiedział, że to sam PeeS, i kropka, albo pazurek taki mały jak jego.

Kiedy odważył się rozkleić powieki, zobaczył go. Starzec patrzył na niego swymi mądrymi oczyma i uśmiechał się życzliwie, zupełnie jakby byli przyjaciółmi od dawna i tysiąc razy bawili się w ogrodzie w gonionego, „wykop kreta” czy „złap ptaka”.

– Musisz mi pomóc, Platonku – zaczął, przyklękając obok koszyka. – Mam problem i muszę kogoś posłać, żeby pomógł mi go rozwiązać.

Szczeniak spoglądał na niego z niedowierzaniem. PeeS był taki potężny, stworzył mamę i jego, a nawet Plotyna, który umiał go odepchnąć od miski z jedzeniem. Stworzył cały świat. A teraz potrzebuje jego pomocy? Czy to możliwe? A może to tylko sen?

– Ja? – spytał skromnie, rozdziawiając pyszczek ze zdziwienia. – Mam tylko trzy i pół miesiąca. Może weź kogoś starszego…

PeeS skinął głową. Miał włosy równie długie jak Platon, ale ostrzyżony był na człowieka, nie na federała. „To dziwne – zauważył szczeniak. – O tym mama nic nie wspominała”.

Tymczasem Pan Stworzenia uśmiechnął się i pogłaskał szczeniaka po brzuchu. Platon poczuł miłe ciepło i szerzej rozłożył łapki, pozwalając PeeSowi czochrać delikatne włosy podbrzusza, póki nie obudzi się jego zazdrosny (i silniejszy) brat, który już zaczął się wiercić tuż obok na legowisku i pomrukiwać sennie.

– Jutro wyślę cię do tych ludzi, zgoda? – łagodnie oznajmił PeeS. – Pamiętaj, liczę na ciebie.

Platon chciał zapytać, co i dlaczego ma zrobić, ale niespodziewanie zasnął, jak po szalonej zabawie, kiedy można się zdrzemnąć niemal w pół kroku.

A PeeS po cichu odszedł, bo miał jeszcze wiele innych spraw do załatwienia.

Rozdział 1

Pies do kochania, psychoanaliza

Widziałem to w jej oczach – lekko rozszerzonych, bardziej szarych niż niebieskich. Widziałem to błaganie, grożące wybuchem płaczu lub złości, jeżeli nie powiem „tak”.

– Nie – odparłem, wstrząsając się ze zgrozą. – Renia, proszę, to jest bardzo zły moment na psa.

Obok nas przepływały strumienie ludzi ze swoimi czworonogami, zmierzając w stronę bramy, za którą odbywała się wystawa psów rasowych. Wewnątrz, w kulistej hali sportowej i na trawnikach oraz boiskach, które ją otaczały, panowało istne pandemonium. W najlepsze trwał handel żywym towarem, jedzeniem, gadżetami dla psów, a także literaturą fachową.

Miałem poczucie, że uczestniczę w wielkim targowisku próżności, dla którego pozorny obiekt centralny – pies – był tylko pretekstem. Najważniejsi byli ich właściciele. Dla kogo były te medale, dyplomy, pisemne oceny? Pies bardziej by się ucieszył z kawałka kiełbasy. Którego nikt mu tu nie zamierzał dać.

O kupnie psa Renia mówiła od bardzo dawna. Wiele razy opowiadała mi o Dżekim, którego znała, będąc nastolatką – i w którym zakochała się chyba równie mocno jak w swoim pierwszym chłopaku. Prawdopodobnie było to uczucie bezpieczniejsze, bo przytulając go mocno, nie ryzykowała bury mamy czy taty.

Kiedy ja wspominałem koty, które towarzyszyły mi w dzieciństwie, Dżeki natychmiast powstawał z martwych, by swymi czynami dowieść, że kot takim mądrym psem nigdy nie będzie. I nawet nie miałem nic przeciwko temu. To było w porządku, niegroźny pojedynek na wspomnienia.

Jednak któregoś dnia okazało się, że za dwa tygodnie Renia ma jakąś sprawę do załatwienia w O., chce się spotkać z koleżanką sprzed lat, a zupełnym przypadkiem tego samego dnia odbywa się w mieście wystawa psów rasowych. Czyli targ niewolników. I powinniśmy tam zajrzeć.

– Ale po co?! – spytałem naiwnie, łudząc się, że to tylko zwykła ciekawość, może chęć obcowania przez chwilę z gromadą wyrobów  Dżekopodobnych.

– Bo ja bym chciała pieska… – niepewnie wyznała Renia, robiąc minę tak słodką, że mógłbym nią osłodzić gorzką herbatę.

– I bez tego mamy dosyć kłopotów – burknąłem wtedy. A moja lepsza ćwiartka (bo na miano połówki nie zasługiwała, skoro od pięciu lat żyliśmy razem bez papierka, a ja w dodatku zastanawiałem się, jak przetrwać następnych dziesięć) skrzywiła usta i nic nie odpowiedziała. Potem jednak zaczęła szukać odpowiedniego kandydata pośród psiej młodzieży. Renia bowiem jest osobą upartą i jak sobie coś wymyśli, osiągnie to albo padnie trupem.

No i w końcu dotarliśmy do O., a teraz Renia właśnie kupowała sobie nowego małego Dżekiego. Nie zważając na moje protesty, realizowała swój plan.

A mnie to przerażało! Byłem z domu kociarzy, a przede wszystkim nie byłem gotów na psa! Nie znosiłem psów, może z wyjątkiem Lizaka.

Chciałem odejść!

Między nami od dawna układało się coraz gorzej. Od jakiegoś czasu zastanawiałem się nad zabraniem klocków i powiedzeniem „Pa pa, sayonara, do widzenia, kochanie”. A pies… Psa kupuje się po to, by mocniej związał parę, szczególnie bezdzietną. Zatem było to działanie sprzeczne z moimi intencjami. Podobnie jak coraz bardziej zdecydowane próby rozmowy o zalegalizowaniu naszego związku. Czyli o ślubie.

A teraz, uwaga, gwóźdź programu: Renia nie zamierzała kupić jakiegoś tam psa. O nie! Ona chciała p-u-d-l-a!!! PUDLA!!! PUDLA!!!

Każdy wie, jakie są pudle. Wredne, złośliwe i głupie jak but hiszpański w ręku tępego inkwizytora, odpornego na argumenty.

Podobnie jak ich właściciele. Wedle powszechnej wiedzy pudel to taki piesek francuski, a jego właścicielka to rozkapryszona damulka, najlepiej z kolorowym parasolem i wachlarzem w upierścienionej dłoni, w typie Violetty Villas po pięćdziesiątce.

Wprawdzie ze stereotypami jest tak, że często nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Ale ja, zanim zamieszkałem z Renią, akurat miałem do czynienia z dwoma pudlami na swoim osiedlu. Chryste Panie, cóż to były za paskudne, złośliwe, ciągle jazgoczące bestie!

I teraz mieliśmy takiego potwora wziąć do domu? A gdzie miejsce dla mnie? Gospodin pomiłuj, już bym wolał hodować szarańczę.

Gdy tylko dowiedziałem się, co Renia zamierza, zacząłem otwarcie krytykować wystawy i hodowców. Zresztą moje słowa szybko zyskały potwierdzenie. Renia chciała kupić psa z dobrej hodowli, pojechać do O. już po konkretnego szczeniaka. W końcu jedna z potencjalnych dawczyń psiej sierści uznała, że dociekliwe pytania wskazują, że Renia reprezentuje konkurencję.

Być może jej złość miała swe źródło w tym, że Renia wypytywała o rodziców szczeniaka, aby uniknąć skutków tego, o czym znów przypomniała mi w trakcie jazdy. – Chów wsobny, rozumiesz – tłumaczyła mi. – Krzyżują krewnych, a potem pojawiają się wady, pies zdycha po pół roku albo jest kaleką. No i nie chciała podpisać zobowiązania, że pies będzie wystawiany. „Zrobi pani championka, i będzie mógł kryć suczki, ile wlezie” – namawiała hodowczyni. Akurat. Czy my w burdelu pracujemy?

Tak, myślałem, obserwując poszukiwania odpowiadającego Reni pudla. „Cały ten biznes jest podły i głupi, właściciele i hodowcy mają nie po kolei w głowie, a korę mózgową wyczesaną do gładkości” – mruczałem pod nosem.

Czy myślicie, że moja lepsza ćwiartka przejęła się moją opinią?

Mogłem sobie głosić radykalne poglądy, ale kiedy przyszło co do czego, to w końcu wylądowałem na wystawie psów rasowych w mieście O., gdzie stałem teraz z płaczącą Renią u boku, robiąc z siebie cyrk i utrwalając obraz mężczyzny – niewrażliwego padalca. O Boże Nieczuły, któryś stworzył kobietę, czemuś przynajmniej nie zakręcił jej kurka ze łzami?

Tam, na wystawie, we wnętrzu hali, kręcił się niejaki Platon, smoliście czarny trzymiesięczny pudelek, którego poznaliśmy przed godziną, a który teraz czekał na decyzję Reni jak na wyrok sądu oddającego dziecko do adopcji lub wstrzymującego całą procedurę.

Platon od pierwszego spojrzenia polubił Renię, wlazł jej na kolana, polizał i tym samym zdobył jej serce. Pewno gdyby był rudy w fioletowe ciapki, też by to serce dostał w misce. Renia wzięłaby dowolnego pudla, nawet gdyby miał troje oczu i pięć łap, za to brakowało mu ogona. Bo Dżeki, jak już zapewne się domyślacie, też był pudlem. Czarnym.

Teraz szlochała mi w ramię, że ona bez psa nigdzie nie idzie, nie wraca, mogę sobie sam jechać do domu.

No i co miałem zrobić? Teleportować się? Szukać kogoś, kto mnie przytuli w mieście O.? Za jednym zamachem moja partnerka straszyła mnie własną śmiercią, moim zamieszkaniem pod mostem i jeszcze do tej licytacji dorzuciła moją nieczułość.

– Kup, jeśli musisz. Ale ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego, sama będziesz go sobie wychowywać – zapowiedziałem z ciężkim sercem, rozglądając się, czy w tym tłumie nie widać kogoś ze znajomych. Co ja bym im powiedział? Że psa kupuję? Ja?! Miałem jednak nadzieję, że tak daleko od R. tylko straszliwy pech mógłby kogoś przywiać, a już na pewno nie na wystawę, nie miałem raczej takich znajomych. Chociaż, bo to wiadomo?

Uszczęśliwiona Renia wycisnęła na moim policzku siarczysty pocałunek i złapała komórkę.

– Bierzemy – szepnęła konspiracyjnym tonem, chociaż w tej ciżbie nawet samochody poruszające się ulicą dziesięć metrów dalej słabo było słychać. Na wystawach obowiązuje zakaz sprzedaży, choć pokątnie ten proceder uprawia każdy z hodowców, który ma choć trochę żywego towaru do upchnięcia. Dlatego na wszelki wypadek wyszliśmy poza teren wystawy i czekaliśmy przed bramą.

– Zaraz tu przyjdzie – zaświergotała uradowana, chowając komórkę do torebki. Łzy wyschły w okamgnieniu, wnętrze Reni świeciło jak pracujący reaktor atomowy.

A ja starałem się utrzymać w ryzach cisnącą się na zewnątrz bestię. Chociaż mam jak najgorsze zdanie o ekologach fundamentalistach, to teraz było mi do nich bardzo blisko. Psy trzymane w klatkach, w których nie mogą się ruszyć, albo championy sikające wprost na podłogę hali, zestresowane, spryskiwane dezodorantami i innymi kosmetykami, od których nie mogą uciec – takie obrazki sprawiały, że miałem ochotę zacząć wyć jak wilk i rozgonić całe to towarzystwo. „Muszę pogadać z Grzybkiem – myślałem wściekły – to się nada na całą serię płomiennych artykułów!”

Wreszcie podeszli ku nam dwaj faceci, jeden duży i muskularny, drugi mały i czarny jak spalony węgielek, z oczyma zasadniczo ciemnobrązowymi, ale niekiedy błyskającymi czerwono. Naprawdę, ten maluch miał diable oczęta. Wyglądał spod kurtki swego pana jak jakaś druga, czarna głowa wyrastająca z brzucha człowieka. „Open your mind…” – zdawało się mówić jego spojrzenie, zupełnie jak tego zroślaka w filmie ze Schwarzeneggerem.

– Pani Maj? – spytał, patrząc na Renię. A kiedy ta skinęła głową, dodał: – Żona nie mogła –  wcisnął mi w ręce psa. Drugą ręką podał Reni pomarańczową reklamówkę. – Tu ma pani dokumenty i wyprawkę: pieluchy, trochę karmy i jego ulubioną zabawkę.

Podczas kiedy pospiesznie omawiali szczegóły i wymieniali się numerami komórek, ja trzymałem psa. Ten, o dziwo, uspokoił się na moich rękach, wtulił łebek w zagięcie łokcia i tak patrzył na świat. Wcześniej, kiedy hodowczyni pokazywała go Reni, udało mi się stanąć z boku, z miną „dajcie mi święty spokój”, aż kobieta zaniepokoiła się, czy powinna oddawać psa w tak niepewne ręce.

Wreszcie mężczyzna załatwił wszystko z Renią i podszedł do mnie. A raczej do Platona. Położył swoją dużą dłoń na jego karku przypominającym cienką gęsią szyję i delikatnie go poczochrał.

– Będzie mi ciebie brakowało, urwisie – mruknął i uśmiechnął się do mnie.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo to określenie pasuje do naszego nowego towarzysza.

*

– Widzisz, chociaż jednego psa ocaliliśmy przed takim życiem – mówiła rozradowana Renia, przytulając się do mnie, kiedy wracaliśmy do samochodu. – A ty nie chciałeś…

Nadal nie chciałem. Ale niosłem tego czarnego malucha w ramionach, decyzja zapadła. Zdawałem sobie sprawę, że przyjdzie mi robić dobrą minę do złej gry. Przynajmniej przez jakiś czas. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym się zajmować tym szczeniakiem, jednak póki był to pies Reni i póki się jej nie znudził, proszę bardzo, niech z nami mieszka.

Renia podfruwała jak szczygiełek, zupełnie jakby trafiła do Krainy Szczęśliwości. Wyglądała lepiej, niż gdyby ktoś podarował jej tysiąc złotych na kosmetyki albo zafundował SPA.

Trochę już oddaliliśmy się od hali sportowej i terenu wystawy, kiedy nagle, tuż przed przejściem ze światłami, ktoś zajrzał mi przez ramię.

– Jaki ładny! – powiedziała młoda czarnula z końskim ogonem, patrząc na mnie ciepło. Zaraz jednak znów przeniosła wzrok na Platona. – Już wystawiany?

Natychmiast wstąpiła we mnie bestia rogata. Zmierzyłem ją wzrokiem pełnym złości, a mój głos ociekał trującym jadem, gdy powiedziałem:

– Nie, i nie będzie wystawiany! To jest pies do kochania!

Smolisty czort jakby to zrozumiał, bo mocniej wparł się we mnie łapami, tymczasem obrażona moją napaścią dziewczyna odskoczyła i przebiegła przez pasy na czerwonym. Jadące ulicą auto z trudem ją wyminęło. Dobrze, że się skończyło tylko na użyciu klaksonu, bo mielibyśmy pierwszą ofiarę naszego psa.

Wreszcie doszliśmy do samochodu, ja z czarną owcą w ramionach, Renia, roześmiana i szczęśliwa, obok mnie.

*

Droga z O. do naszego małego miasteczka wiodła przez wioski, pomiędzy którymi rozciągały się jedynie senne, lekko pofałdowane pola. Usypiający widok, chociaż wiosną, gdy ziemia się zazieleni, da się go znieść bez bólu. Psiak na moich kolanach zmęczył się w końcu popiskiwaniem z tęsknoty za poprzednimi właścicielami i usnął.

Renia skupiała się na prowadzeniu Trupideusza. Albo może TroopiDoo, bo w zależności od naszego nastroju ten zdezelowany opel nosił jedną lub druga nazwę. Częściej stał na parkingu, niż jeździł, ale Renia się do niego przyzwyczaiła, a mnie było wszystko jedno, bo i tak nie prowadziłem. Po szesnastu oblanych egzaminach dałem sobie wreszcie spokój – czy naprawdę wszystko jest dla człowieka?

– Jak go nazwiemy? – spytała nagle Renia, odwracając głowę w moją stronę. To nic, że z naprzeciwka nadjeżdżał tir. Należy ufać kierowcom. Szczególnie, kiedy jest to zaprawiona w takich bojach kobieta, mająca podzielną uwagę i wiarę w niezawodność swojego samochodu.

– On już ma imię – odparłem zdziwiony.

– Ale to rodowodowe. Platon Hevelius. Przecież nie będziesz tak na niego wołać – cierpliwie wyjaśniła Renia. – W domu ludzie nazywają swoje psy inaczej, zwyczajniej, nawet te wystawowe. To jak?

– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami, śledząc widoki przemykające za oknem. – To twój pies. Nazwij go, jak chcesz. Może Dżeki?

Niezadowolona Renia pokręciła przecząco głową.

– Można, ale chciałabym, żeby był i twój. To jakie imię mu damy?

W myślach obracałem już kilka imion: Morus, Czortek, Negro, Skarbek… Wymieniłem je bez przekonania, przypatrując się temu małemu łobuzowi, który spał na moich kolanach, z dziecięcą ufnością odsłaniając brzuch. Przypominał przewróconego na grzbiet chrabąszcza.

– To może niech będzie Czortek? – Spojrzała na mnie z nadzieją, wymijając busa, który wlókł się ledwie sześćdziesiątką.

Oczywiście wiedziałem, do czego Renia zmierza. Uczestnicząc w nadaniu mu imienia, wiązałbym go mocniej ze sobą.

– O, nie, to był twój plan. – Zrobiłem poważną minę. – Mnie w to nie mieszaj. Wybierz, co chcesz, ale pamiętaj, że to twój pies.

– Mówisz: mój pies, mój plan – powiedziała przeciągle Renia, podchwytując moje słowa. – Plan… To może niech będzie Egon? – Oboje uwielbialiśmy „Gang Olsena”, serię filmów z zabawnymi włamywaczami-nieudacznikami.

Popatrzyłem na tego czarnego diabła. Może być. Co za różnica? Aleksander, Egon czy Dżeki, i tak był to najstraszniejszy pies na świecie. Pudel. Zresztą wystarczyło, że to pies. I że w ogóle był. Tutaj, na moich kolanach, ta ciepła żywa kula futra.

– Jesteś Egon. Nazywasz się Egon. – Pogłaskałem jego czarną sierść.

W odpowiedzi łobuz przebudził się na chwilę, polizał mnie po dłoni, zwiesił łebek przez kolano i znów zasnął.

*

W czasie tej podróży Egonowi przyśnił się PeeS. Mówił:

– Pamiętaj, Platonie, oni są twoi, a ty jesteś ich. I macie być wszyscy razem.

Wtedy jeszcze Platon nie wiedział, o co PeeSowi chodzi. Położył łebek na łapach i spał dalej. A drzewa za oknami samochodu biegły, biegły, pędziły tak, że nawet mama szczeniaka by ich nie dogoniła, chociaż była naprawdę szybka.

*

W domu Egon zachował się tak, jak (z grubsza rzecz biorąc) przewidywałem: na dzień dobry na samym środku dywanu w dużym pokoju walnął kupę.

– No to masz swojego psa – powiedziałem załamany i poszedłem do kuchni, zrobić sobie kawę.

Popijając ją, rozmyślałem nad tym, że w tym domu nie ma miejsca dla nas trojga: Reni, mnie pełnego wątpliwości co do dalszego wspólnego życia oraz potwornego sikająco-kupkającego pudla. Brakowało jeszcze, żeby zaczął ujadać przy każdej okazji, tak jak te, które znałem z własnego osiedla. Sąsiadów mieliśmy takich, że by nas udusili. Rospondek pierwszy.

Wyszedłem z kuchni z filiżanką kawy w ręku akurat w porę, żeby zobaczyć, jak Egon otrząsa ostatnie kropelki na stosie „Wiadomości Lokalnych”, dla których pisałem różne bzdety pozwalające zarobić na chleb. Nie, żebym te papierzyska szanował. Ale czasem musiałem do nich zaglądać.

– No i widzisz! – wrzasnąłem, tracąc równowagę. – Tylko brudzić umie ta cholera! A kto z nim będzie wychodzić, kto sprzątać? Ja? Ja?! Przecież nie chciałem żadnego psa! Odchodzę!

*

Siedząc w kącie, uspokajająco głaskany przez szlochającą Renię, Egon nagle zrozumiał, co chciał mu przekazać PeeS.

Oni się kłócili, on miał ich pogodzić.

„O matko! – jęknął w duchu, z czego na zewnątrz wydobyło się tylko przestraszone szczenięce popiskiwanie. – Chcę z powrotem do swojego ogrodu!”.

Aż się skulił z przerażenia. To zadanie go przerastało!

Był jednak dzielnym szczeniakiem, więc po chwili wyciągnął swoje czarne łapki i wciąż głaskany przez Renię, przesunął się tak, żeby dotknąć ręki pochylonego Michała, ścierką wycierającego podłogę i burczącego coś pod nosem.

Popatrzyli na siebie i uśmiechnęli się.

Po chwili nikt już nie pamiętał o kłótni.

*

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *