Wilcza krew, smoczy ogień

Romuald Pawlak

Wilcza krew, smoczy ogień

Ściągnij opowiadanie „Krótki sen o opisaniu świata”!

Ściągnij opowiadanie „Róże w maju”!

 

Róże w maju

(Ze zbioru „Wilcza krew, smoczy ogień”,

Fabryka Słów 2006)

 

I

– Nigdy nim nie zostaniesz! – wrzeszczał zaplątany w habit Renato di Fontenay. – Po moim trupie! Choćbym miał zawrzeć pakt z samym diabłem! Nigdy, rozumiesz?! – Wyrywał się braciom odciągającym go na bok, chciał biec w stronę Scalii, jednak bójka nieuchronnie zmierzała ku końcowi, emocje już opadły. Reszta elektorów zgromadzonych we wnętrzu ogromnego refektarza spokojnie czekała na rozwój wydarzeń. Mieli czas. Do wyborów wielkiego mistrza zakonu będzie można powrócić nie wcześniej niż po obiedzie.

Dieudonné de Gozon, wielki komandor zakonu joannitów, nie brał udziału w bijatyce. Znalazł sobie zaciszną kryjówkę z dala od refektarza, w jednym z kuchennych pomieszczeń, skąd przez małe okienko mógł spokojnie przyglądać się okolicy.

Na zewnątrz wyspę objął we władanie maj, ciepły i soczysty niczym dojrzały melon. Zboża zbierały się w ciężkie kłosy, drzewka oliwne zawiązały owoce. Miedze, porośnięte krzewami drobnej dzikiej róży, purpurowymi lewkoniami oraz makami czerwonymi niby świeżo rozlana krew, zdawały się kreślić wśród pól płomieniste drogi do samego nieba. Wiosna uczyniła Rodos prawdziwym Rajem, niezasłużonym Edenem.

Gozon dostrzegł sokoła leniwie krążącego po nieboskłonie. Musiał wypatrzyć nieostrożnego królika czy innego gryzonia, bo nagle rzucił się w ostry pik, celując gdzieś w podmiejskie błonia niewidoczne w obrysie wąskiego okna.

Z zamyślenia wyrwał komandora wiew powietrza za plecami.

– Marnujemy tylko czas – mruknął Lexa von Aerenthal. Aureola siwych włosów nadawała twarzy starca wyraz apostoła, choć szpecący ją gniew miał przyziemne źródło.

Gozon w milczeniu przyznał mu rację. Trzeci dzień mijał, odkąd Helion z Villeneuve zamknął oczy, i nic nie zapowiadało zgody pośród szesnastu elektorów, którzy mieli wybrać nowego mistrza zakonu.

– Lexa, przecież oni są jak pawie. Co jeden, to bardziej dumny, przekonany, że to od niego zależy obsada stanowiska. Niestraszny im Ojciec Święty gdzieś za morzem. Przeraża za to myśl, że mógłby wygrać nie ten, kogo popierają. A ty apelujesz o rozsądek…

* * *

Nawet podczas posiłku nie dało się ukryć prawdy. Rywalizujące stronnictwa zasiadły we własnym gronie, między nimi ziały przepaście głębokie jak jary we wnętrzu wyspy. Do wybrania nowego mistrza wystarczyłaby zwykła większość spośród obecnych, jednak każdy uparcie obstawał przy swoim i pat trwał.

Gozonowi obojętne było, kogo wybiorą. Z góry współczuł nieszczęśnikowi. Da się zamknąć w murach zamku i na królewskich dworach, będzie zabiegać o serwituty dla zakonu, aby zgromadzenia nie spotkał los templariuszy oskarżonych o herezję i niedawno spalonych na stosach. Zamiast polować na jelenie w różanych zagajnikach czy cedrowych lasach, z których słynęła wyspa, przyjdzie mu się mozolić nad pismami albo trwonić czas na audiencje u dworaków głupszych od rosołowej kury.

Większości elektorów odpowiedzialność za losy zakonu nic nie obchodziła, liczyły się doczesne korzyści oraz splendory.

– Sam zobacz – Gozon dyskretnie wskazał von Aerenthalowi di Fontenaya, na powrót opanowanego, zmawiającego się ze swymi stronnikami. – To ma być przewodnik naszego zgromadzenia? Nie poprowadzi go w zagładę jak de Molay swoich braci?

Lexa uśmiechnął się nieznacznie, jakby do odległego wspomnienia wciąż trwającego w głębinach pamięci.

– Ludzie się zmieniają, Dieudonné. Ty też. Pamiętasz?

* * *

Pamiętał doskonale. Kiedyś pożądał sławy równie mocno jak ten dureń di Fontenay. Tyle że nikt wtedy nie powierzył Gozonowi elektorskiego głosu i odpowiedzialności zdolnej zniszczyć zakon.

Któregoś zimowego dnia – kiedy jeszcze ani mu się śniło, że zostanie wielkim komandorem, że będzie trzymał w ręku całą finansową potęgę joannickiego zgromadzenia, wreszcie że stoczy wielki bój ze smokiem i okrzyknięty zostanie Gozonem Smokobójcą – poszedł prosto do pałacu wielkiego mistrza, którym od niedawna był Helion z Villeneuve. Gozon w oczy mu rzekł, że konne patrole wzdłuż brzegów wyspy i rzadkie karawany, jak w zakonie nazywano rejsy na galerach, nie pociągają go wcale. Że liczył na wielkie bitwy, sławę, heroiczne i zwycięskie walki z niewiernymi. Ani mu w głowie zostać mnichem klepiącym pacierze, nie ucieczka od świata go tu sprowadziła, najlepiej więc będzie, jak poszuka sobie innego miejsca, w którym mógłby zrealizować swe cele i ambicje.

– Jutro zabiorę cię na akropol i tam porozmawiamy! – zapowiedział Helion, gniewnie uderzając pięścią w stół. Poruszył papiery i kałamarz z zanurzonymi zaostrzonymi piórami. – Teraz precz mi z oczu! Wracaj do celi, Boga proś o łaskę rozumu, żeby ci go kijem nie trzeba było wbijać od dołu!

Wyruszyli bladym świtem. W drodze Helion, zamiast besztać Gozona, wspominał swe stare dzieje. Walki z muzułmanami w Ziemi Świętej, obronę Akki i po jej upadku przenosiny joannitów na Rodos. Jeśli miały to być opowieści umacniające ducha, skutki nie dotrzymały pola intencjom – Gozon utwierdził się w przekonaniu, że za takimi właśnie przygodami tęskni. W końcu wybrał zakon rycerski, mieczowy, nie zaś azyl dla starców znużonych życiem!

Wreszcie dotarli na akropol. Było to niewielkie, porośnięte gęstą trawą wzgórze na zachód od twierdzy Rodos, pokryte starożytnymi ruinami z czasów greckiej kolonizacji wyspy. Wszędzie można się było natknąć na oślepiająco białe, wyprażone słońcem resztki kapiteli, mury kanałów i kamienne wykładziny dróg, a nawet sterczące samotnie kolumny. Stąd brali rycerze najlepszy surowiec do napraw i umacniania fortyfikacji.

W dali, na północnym zachodzie, leżał wielki półwysep znajdujący się w tureckim władaniu. Wąska wstęga morza oddzielała ich od rosnącej potęgi sułtana.

Helion długo spoglądał w tamtą stronę, jakby przepatrując horyzont. Słońce stało wysoko, granice nieba i wody zatarły się, tylko pośrodku ciemną, wygiętą kreską majaczył odległy brzeg.

– Sułtan napiera, my się cofamy, ale wciąż go powstrzymujemy z dala od naszych ziem, jesteśmy niby cierń czy ostroga wbita w bok. Pomyśl, gdzie wolisz toczyć z nim bitwy: tutaj czy w twej rodzinnej Prowansji. Tyle zależy od twych nudnych patroli – rzekł wreszcie.

Gozon próbował coś powiedzieć, ale uciszył go gestem.

– Za pół roku podejmiesz ostateczną decyzję. A teraz wracajmy.

Tak wtedy odwiódł Gozona od pochopnego czynu. Nim minęła wiosna, rycerz stoczył bój ze smokiem, zaczął się wspinać w zakonnej hierarchii i opuściły go myśli o porzuceniu zgromadzenia.

A teraz ciało Heliona czekało w krypcie na uroczysty pogrzeb, turecka nawała potężniała z każdym rokiem i należało szukać człowieka zdolnego stawić jej czoła. Tymczasem dość było jednego spojrzenia na elektorów, by dostrzec, że nie pojmują wagi wyboru, przed którym stanęli. Długie i rozważne rządy Heliona niczego ich nie nauczyły.

Lexa w jednym miał rację: ludzie się zmieniają. Nie wiedział tylko, że chyba bardziej niż nauki, nawet niż potyczka ze smokiem, zmieniła Gozona pewna rozmowa. Wciąż pamiętał jej treść, mimo że minęło dwadzieścia lat i przetoczył się ogrom zdarzeń, uczuć, słów.

- Raz jeden wyjdź ze swojej żelaznej skorupy. Porzuć na chwilę Gozona Smokobójcę, bohatera ludu, rozejrzyj się. Popatrz na zwykłych, prostych ludzi z ich małymi sprawami – powiedziała wtedy z rozpaczą Livia. Spoglądała na urwisko, za którym fale z trzaskiem rozbijały się o podstawę klifu, zapowiadając sztorm. – Dieudonné, nie trzeba daleko szukać… ja… – Słowa rwały się, z trudem przechodziły przed ściśnięte gardło.

Patrzył na nią ze smutkiem. Była taka piękna… i niedostępna.

– Jestem rycerzem – odparł cicho, odwracając wzrok. – Jestem zakonnikiem.

Wstała z trawy, na której siedzieli, poprawiła suknię.

– Jesteś głupcem! – Jej rozpacz zamieniła się w gniew. – I póki nie zrozumiesz, że słowa nie wystarczają, pozostaniesz nim, choćby po wsze czasy, Dieudonné de Gozon.

Och, jak dawno odbyła się ta rozmowa. Wiele czasu minęło, nim pojął, że to jedna z tych, które zmieniają życie. I wszystko zależy od jednej decyzji, której potem nie można cofnąć.

Zawsze gdy przychodziło do rozstrzygania ważnych spraw, słowa Livii wracały do niego niby wyrzut. Czasem wpływały na jego werdykt.

Lexa trącił Gozona w ramię.

– Pora wrócić do elekcji – rzucił półgłosem.

Dieudonné wiedział, skąd zmartwienie w oczach von Aerenthala. Jeżeli nie uda się wybrać nowego mistrza do zachodu słońca, wybory, zgodnie z zakonną regułą, zostaną zawieszone, kandydata na stanowisko narzuci papież. Albo wręcz rozwiąże zakon. Nawet tu, na Rodos, dochodziły głosy, że zgromadzenia rycerskie należy zlikwidować choćby dlatego, że nie zapobiegły upadkowi Królestwa Jerozolimskiego i pozostałych chrześcijańskich placówek w Ziemi Świętej.

Gozon uprzedził Lexę, wstał, gestem nakazał ciszę. Niby patrzył na elektorów, mogło im się tak zdawać, ale w rzeczywistości zaglądał w przeszłość, tam szukając potwierdzenia, że dobrze czyni.

– Zgłaszam swoją kandydaturę – stwierdził sucho. – Żadna z dotychczasowych nie zyskała większości, może w ten sposób wybrniemy z pata…

Elektorzy zamarli w gniewie i zdumieniu, zwłaszcza ci, którzy dwa dni wcześniej bezskutecznie  namawiali go do ubiegania się o tę godność.

– Wszyscy wiemy, że Helion tego właśnie pragnął – podjął von Aehrenthal. Spojrzał na Gozona. – Sam jestem ci przyjacielem. Jednakże mistrz już nie żyje, a twoja osoba nie była do tej pory zgłaszana. Nawet teraz nie spełniasz formalnych wymogów, bo jakaż to frakcja za tobą stoi?

Nim wielki komandor zdążył odpowiedzieć, chrząknął i uniósł się siedzący po lewej chudy jak tyka, pomarszczony Gephard von Bortfelde.

– Zabił smoka, Lexa, czyżbyś zapomniał? – stwierdził z szacunkiem. – Będę na ciebie głosował, bracie.

Dieudonné uśmiechnął się lekko. Więc wciąż pamiętali… Gephard uczestniczył w pierwszej wyprawie na smoka. I to przeważyło.

Miał zatem swój pierwszy elektorski głos.

 

II

Maj tamtego pamiętnego roku długo nie potrafił się zdecydować, czy ma być miesiącem uciążliwych deszczy i wręcz jesiennego zimna, czy raczej wiosennym błogosławieństwem po trudach ciężkiej, pełnej sztormów zimy. Jednego dnia słota nie pozwalała wychylić głowy poza mury, drugiego słońce aż prosiło, żeby się ogrzać w jego promieniach, rozpędzić konia do szalonego galopu, zatracić się w dzikim pędzie.

Jednak mało który mieszkaniec wyspy, a już w szczególności miasta Rodos, zawracał sobie głowę fatalną pogodą czy zbiorami, które niechybnie ucierpią. Wszyscy odmieniali w tysiącu odcieni strachu jedno budzące grozę słowo: smok.

Bestia grasowała od miesiąca w głębi wyspy, trzy mile od miejskich murów, w górzystych jarach nieopodal wsi Kandiliona. Tak przynajmniej twierdzili mieszkańcy. Potwór porywał bydło i nękał wieśniaków uprawiających swe pola i oliwne zagajniki. Wreszcie zaczął porywać ludzi na przedmieściach Rodos.

Bracia zakonni, usadowieni wewnątrz murów, zbywali opowieści wzruszeniem ramionami. Aaa, smok… – pokpiwali co dowcipniejsi. – To już ludziom tureckiego zagrożenia nie starcza… Ładne rzeczy! Tylko patrzeć, jak sam Kolos wstanie z ruin i uderzy na miasto! Inni dodawali, że skoro strach potrafił zamienić długą na łokieć jaszczurkę, żyjącą na brzegach wyspy, w stwora zdolnego porywać krowy, to pora szukać na Rodos samej Ateny, której świątyń wiele pozostało na wyspie. Rycerze podejrzewali, że strachliwi wieśniacy wzięli za bestię jakąś szczególnie wielką agamę, która w chwili zagrożenia nadyma skórę za głową w dwie płaskie, sterczące na boki tarcze.

Kpiny i docinki ucichły, kiedy zaginęła córka jednego z najbogatszych kupców, a do siedziby wielkiego mistrza zawitała delegacja mieszczan żądających zrobienia porządku ze smokiem.

Helion w potwora nie wierzył, a prawdziwego zagrożenia upatrywał w muzułmańskim żywiole. Nie mógł jednak odmówić burmistrzowi Kiridiakosowi. Podjął więc salomonową decyzję: co prawda rycerze zakonni są po to, by bronić wyspy przed turecką zarazą, kto jednak spośród braci czuje się na siłach, niechaj wyrusza ubić bestię.

Gozon nie wahał się ani chwili. Lepszej okazji do zdobycia sławy nie będzie, chyba że turecki sułtan wyląduje na Rodos ze swoją armią.

* * *

Wyruszyli dwa dni później. Zebrało się ich sześciu głodnych sławy młodych braci ze stażem w zakonie nie dłuższym niż kilka lat. Na czele Gozon na swym karym Peticie, za nim rudowłosy Sorron de Blay, nierozłączni Hugo de Valse i Rigo Dumbert, Caro Annibale oraz towarzyszący im (wyłącznie w imię przyjaźni, jak się zarzekał) Gephard von Bortfelde.

Zrezygnowali z pomocy braci serwientów niezbędnych w zwyczajnej bitwie, jak i z ciężkich zbroi. Pod płaszczami mieli tylko kolczugi, u końskich boków krótkie kopie, no i miecze sprawdzone w boju. Tworzyli silną drużynę żądną chwały równej św. Jerzemu i za tę chwałę gotową oddać życie. Zwłaszcza cudze, w szczególności zaś – smoka.

Dzień wstawał mglisty i paskudny, w powietrzu wisiała drobna mżawka sącząca wilgoć za opończe, choć nie była to przecież pora jesiennych wiatrów. Ruszyli w stronę południowej bramy. Była to potężna wieżyca pośrodku fosy wykopanej wokół miasta, z obu stron spięta cienkimi mostami, górująca nad zębatymi murami niby olbrzym pośród karłów. W odległości pięciuset kroków majaczyła jej nieco niższa, lecz nie mniej masywna siostra. Siedem takich bram, wespół z przedzielającymi je obronnymi wieżami na całej długości murów, tworzyło nieprzebytą zaporę.

Wewnątrz miasta, gdzie znajdowało się collachium – kwartał zamieszkany wyłącznie przez braci zakonnych, a także arsenał, stocznia, port i kilka dzielnic zajętych niemal w całości przez możnych kupców oraz rzemieślników – można się było czuć bezpiecznie. Grube, potrójne mury, kilka dział ustawionych na platformach wież, ponad setka braci zakonnych, kilkuset giermków i serwientów do posług – wszystko to sprawiało, że w razie potrzeby można byłoby tu miesiącami odpierać ataki całej armii, cóż więc znaczył jakiś głodny smok?!

Lecz poza bramą wędrowiec musiał się pilnować. Zakon – po przejęciu wyspy – większość mieszkańców miasta Rodos przesiedlił do jego południowej części, zwanej dolnym miastem, przechodzącej w łagodny, rozległy stok. W ten sposób część górna, opasana murami, stała się łatwa do obrony, a tereny powyżej, zwieńczone przylądkiem Kumburno, wyglądającym jak wskazujący palec wyciągnięty ku przestrodze, w razie tureckiego desantu można było łatwo razić artylerią.

Wypchnięci poza ochronę murów rodyjczycy nie pokochali zakonnych rycerzy. Dodatkowo jednych i drugich podzieliła wiara, bo choć sam święty Paweł odwiedził tę ziemię w drodze do Palestyny, przed przybyciem zakonników więcej tu było prawosławnych klasztorów i eremów niż katolickich kościołów. Prowadząc szpitale i domy dla ubogich, bracia powoli zyskiwali szacunek miejscowych, wciąż jednak zdarzały się napaści na joannitów.

Rycerze szybko przemknęli przez dolne miasto, w ciasnych splątanych uliczkach mijając wystraszonych mieszkańców. Rozwiane w pędzie czarne płaszcze z naszytymi białymi krzyżami o ośmiu rozwidleniach furkotały gniewnie, spod nich niby płomień błyskał szkarłat bojowych tunik narzuconych wprost na kolczugi.

Dziewczyna zaginęła podobno niedaleko Kandiliony, w miejscu, w którym droga biegła na ukos pomiędzy odłamami skał. Wyglądały, jakby olbrzym wyrwał z głębin niewielką wyspę – jak pobliska Chalki czy Tilos – i rzucił na stok z taką siłą, że rozprysnęła się na kawałki pośród frygany, zarośli kolczastych krzewów, a także mirtu, który przypomina wędrowcom o cudownej woni Syna Człowieczego. Gozon zeskoczył z konia na niską trawę, by poszukać pośród wapiennych bloków śladów walki czy choćby tropów smoka. De Blay, ubezpieczając towarzysza, z konia przepatrywał okolicę. Reszta kompanii rozjechała się wokół.

Dieudonné obszedł niemal każdą skałę, nigdzie jednak nie natrafił na połamane kwiaty, gałązki czy strzępy materii na długich kolcach krzaków. Nie było śladu po dziewczynie ani bestii, jakby się tu nic nie wydarzyło. A przecież córka kupca naprawdę zniknęła.

De Blay również nie marnował czasu. Wiercił się w siodle, mruczał pod nosem, marszczył czoło, wreszcie podjechał do Gozona, który zatrzymał się przy skale rozszczepionej na dwoje, jakby rozpłatanej potężnym uderzeniem.

– Wiesz co, Dieudonné? – rzucił z niepokojem. – Może ten smok jest niewidzialny?

Rycerz tylko wzruszył ramionami. Podszedł do swojego Petita skubiącego trawę i drobne kwiecie.

– Nie siej paniki, Sorronie – odparł, wskakując na zupełnie spokojnego konia. – Jakby był niewidzialny, toby wieśniacy nie mówili, że wielki albo latający, albo ja wiem jaki? Coś tam widzieli. W każdym razie tu nic nie ma. Jedźmy dalej.

Zebrali pozostałych rycerzy i ruszyli w stronę Kandiliony, niewielkiej osady, kilkanastu pudełkowatych domów wzniesionych z białego kamienia na planie kwadratu. Już dostrzegali wieśniaków krzątających się wokół zabudowań, gdy naraz wierzchowiec de Blaya pędzącego przodem trafił w dziurę pośrodku drogi. Zatańczył, próbując odzyskać równowagę, ale potrącony przez następnych rycerzy z kwikiem i łomotem zwalił się na ziemię, przygniatając jeźdźca. Skoczyli wyciągać towarzysza, co spotęgowało zamieszanie.

De Blay ucierpiał niewiele, parę siniaków i otarć. Koń miał mniej szczęścia: lewa przednia pęcina była złamana, z krwawej rany wystawał ostry szpic kości.

Sorron zaklął głośno, z rozpaczą.

– Najlepszy, jakiego miałem. Przyjaciel wierniejszy od niejednego z ludzi.

Gozon zacisnął zęby, starając się odrzucić od siebie myśl o złej wróżbie.

– Nie przedłużaj.

Jego przyjaciel tylko spojrzał półprzytomnie na Gozona, potem przyklęknął przy koniu, chwycił w dłonie jego pysk, chwilę szeptał uspokajające słowa. Wreszcie pocałował go w chrapy, uczynił znak krzyża i szybkim, zdecydowanym ruchem wbił miecz w serce zwierzęcia. Wierzgnęło parę razy i skonało. Sorron w ponurym milczeniu zebrał broń i przesiadł się na wierzchowca de Valse’a.

Mieszkańcy Kandiliony tymczasem chowali się w domach, ryglowali drzwi. Kiedy rycerze wpadli do wioski, na spotkanie wyszedł im tylko wójt. Nie miał nic ciekawego do powiedzenia. Smoka nikt nie widział, o dziewczynie nie słyszał, Kandiliona to spokojna wieś, podatki płaci jak należy, a zbrojni niech lepiej ruszą w stronę góry Atabyrion, tam niejedno licho grasuje.

Pojechali więc dalej. Ze dwie mile za opłotkami znajdowały się rozstaje wytyczone przez wielki, samotnie rosnący dąb korkowy. Wierzchnie, różowe od wewnętrznej strony warstwy kory odchodziły zeń niby skóra po oparzeniu. Drzewo wydawało się równie stare jak greckie ruiny na wyspie. Tu postanowili się rozdzielić, jednak ani myśleli obrać wskazany przez wójta kierunek. De Valse i Sorron na jednym koniu oraz towarzyszący im Rigo Dumbert ruszyli w stronę zachodniego wybrzeża, Gozon zaś, Gephard von Bortfelde i Caro Annibale pojechali na wschód, w stronę potężnej twierdzy Lindos. Liczyli, że przecinając wewnętrzną część wyspy, natkną się na smoka lub jego ślady.

Drogi za Kandilioną, rzadko używane przez konnych, zarosły zbitymi kępami wawrzynu i różanego krzewu o długich czepliwych kolcach. Przedzierając się, grupa z Gozonem na czele spłoszyła kilka jeleni. Wreszcie dotarli do wysypanej drobnym piaskiem plaży, kilka mil od majaczących na horyzoncie skał przylądka Wodi. Na północ, wzdłuż plaży, biegła droga do Rodos. Zygzakowaty brzeg wyspy prowadził na południe ku Lindos.

Dieudonné obejrzał się na towarzyszy.

– Wracamy czy jedziemy dalej?

Słońce wciąż stało wysoko, nikt nie kwapił się do powrotu, ruszyli więc wzdłuż brzegu i wkrótce dotarli do grupy kredowych skał tworzących nasadę przylądka Wodi. Z jednej strony wybiegały daleko w morze, z drugiej jasną łatą wspinały się na zalesione zbocze. Słońce wyżarzyło je na kość, do oślepiającej białości. Wokół unosiła się nieprzyjemna kwaskowa woń skały trawionej bryzgami słonej wody.

Dalsza droga na długości ponad stu kroków wiodła wąską, ciemną rozpadliną. Posłuszne zazwyczaj konie nie chciały jednak wejść do niej, parskały, wierzchowiec Annibale stanął dęba. Może w zasadzce czekał smok albo oddział tureckich janczarów?

Gozon poklepał Petita po grzywie i zmusił do uległości. Za nim zastukały kopyta pozostałych koni.

Wyjeżdżając pospiesznie z drugiej strony, niemal stratowali dwie młode dziewczyny podążające w stronę Rodos i zamierzające właśnie wkroczyć w ciemność. Gozon z trudem osadził wierzchowca, wzniecając fontannę drobnych kamyków i piasku. Uniesioną ręką zrobił przepraszający gest w stronę kobiet.

Jedną z nich znał, była to Livia, dorastająca córka płatnerza Demetrisa prowadzącego warsztat w pobliżu bramy św. Jerzego, gdzie często bywał. Czarnowłosa, smukła niby świeca, spoglądała na rycerza spod ciemnych rzęs, uśmiechając się życzliwie. Nie wyglądała na przestraszoną czy zagniewaną. Poprawiła wetkniętą za ucho niewielką różę jaskrawie odcinającą się od kruczych włosów.

Ten drobny gest przyciągnął uwagę Gozona. Przyzwyczaił się do widoku splątanych krzewów obsypanych drobnym kwieciem, nigdy nie przyszło mu do głowy, aby banalny kwiat traktować jak ozdobę w tym raju, który pysznił się fioletowymi cyklamenami, wielkimi makami w barwie krwi czy najwyżej cenionymi storczykami rosnącymi w głębi wyspy. Dotąd  traktował róże jako przeszkodę dla końskich kopyt.

Dziewczyna pochwyciła jego spojrzenie, w jej zielonych oczach pojawiły się iskierki rozbawienia.

– Wybacz, pani, szukamy smoka, stąd pośpiech – wyjaśnił zakłopotany. – Mam nadzieję, że nic się wam nie stało?

Zaprzeczyła ruchem głowy. Spoważniała, przez jej twarz przeszedł grymas bólu, kiedy mówiła:

– Jeśli spotkacie bestie, jedną zabijcie w moim imieniu. Emiria była moją przyjaciółką.

– Smoki? – wtrącił się do rozmowy Bortfelde. – To jest ich więcej? Dotąd mowa była tylko o jednym, pani! – Jego koń, jakby rozumiejąc słowa rycerza, parsknął niespokojnie.

Na twarzy dziewczyny odmalowało się wahanie.

– Podobno wieśniacy widzieli trzy naraz.

Gozon wzruszył ramionami. O tym, co ludzie mówią, miał wyrobione zdanie. Szkoda czasu na plotki, zwłaszcza powiększone strachem. A do zdobycia sławy jedna bestia wystarczy w zupełności.

– Jedźmy – rzekł. Schylił się jeszcze do dziewczyny i wiedziony nagłym impulsem, dodał ciszej:

– Zabijemy te smoki, ilekolwiek ich będzie. Masz moje słowo.

* * *

Nie spotkali ani jednej bestii. Plaża wzdłuż wybrzeża była pusta, a kiedy wspinali się na leśne zbocza i krążyli ścieżkami pośród drzew, tylko wiatr w koronach mącił ciszę. Wreszcie podjęli decyzję o powrocie.

W stajni już oczekiwali serwienci, jednak Gozon, jak to miał w zwyczaju, nim oddał wodze stajennemu, sam wytarł Petita suchą derką.

– A co z de Blayem i resztą? – spytał. – Wrócili może?

Chłopak pokręcił przecząco głową.

– Może będą mieli więcej szczęścia i ubiją potwora, panie.

Może – pomyślał Gozon. – A może zostawią trochę chwały dla mnie.

* * *

Pierwsze ukłucie niepokoju poczuł, kiedy ani de Blay, ani jego towarzysze nie pojawili się na wieczornej mszy.

Rankiem jak zwykle podążył do swoich obowiązków w kancelarii wielkiego komandora, ale myliły mu się szeregi liczb podczas przeliczenia waluty. Niepokój drążył go niczym robak dojrzałe jabłko. Gozon nie potrafił skupić myśli, wszystko wychodziło mu źle.

Dzień chylił się ku końcowi, gdy nieoczekiwanie do kancelarii przyszło wezwanie od wielkiego mistrza. Na zewnątrz już czekał Caro Annibale. Razem zaczęli się przedzierać wąskimi uliczkami collachium, obramowanymi domami wysokimi na kilka pięter i zabierającymi słońce, w stronę pałacu zamieszkiwanego przez Heliona.

Byli w połowie drogi, gdy nagle z bocznej uliczki wybiegła drobna ciemnowłosa Greczynka z niemowlęciem na ręku. Prawie wpadła na Cara. Krzyknęła coś, czego Gozon nie zrozumiał, wyminęła ich i zniknęła w otwartym warsztacie garncarskim po drugiej stronie ulicy.

Speszony i zaróżowiony Annibale przez chwilę zdawał się wahać, co powinien zrobić w tej zdumiewającej sytuacji.

– Zaczekaj tu – rzucił naraz i ku osłupieniu Gozona pobiegł za Greczynką.

Gozon nie był święty, odwiedzając płatnerza, sam z przyjemnością przyglądał się jego córce – ale nigdy nie gonił za nią niczym chart!

Nie uważał jednak, żeby miał prawo wtrącać się w cudze sprawy, zwłaszcza drażliwe. Czekał więc, błądząc spojrzeniem po murach, wnętrzach warsztatów otwartych na ulicę, krzakach oleandrów rosnących dosłownie wszędzie… Zniecierpliwiła go dopiero przedłużającą się nieobecność przyjaciela.

Znalazł go na wewnętrznym podwórku. Caro Annibale i Greczynka dyskutowali zaciekle, w ich kłótni ginął cichy płacz dziecka. Caro obejmował oboje ramieniem, jakby próbując załagodzić spór, dziewczyna wyrywała się, podniesionym głosem rzucając oskarżenia albo obelgi. Rozmawiali po grecku. Gozon niemal nic z tej dyskusji nie pojmował, lecz wzburzenie kobiety widać było jak na dłoni.

Naraz spojrzenie Annibale padło na Dieudonné. Łagodnie odsunął od siebie Greczynkę i ruszył w jego stronę, mocno pociągając przyjaciela za ramię. Wrócili na ulicę. Gozon nie potrafił ukryć zdziwienia.

– A tak – rzekł podniesionym tonem Caro, nie patrząc mu w twarz. Nerwowymi ruchami poprawiał habit, rozglądając się niespokojnie. – Właśnie tak, Dieudonné, dobrze się domyślasz… Jestem tylko człowiekiem. I co, doniesiesz Helionowi? Popatrz, właśnie do niego idziemy, dobrze się składa…

Rycerz przecząco pokręcił głową.

– Nie doniosę. Tylko nie każ mi tego pochwalać.

Resztę drogi przebyli w milczeniu ciążącym niby ołowiane kule.

Rezydencja wielkiego mistrza mieściła się w dawnym pałacu bizantyńskiego namiestnika wyspy. Położona tuż przy północnej części murów miejskich, na niewielkim wzgórzu, pozwalała objąć wzrokiem port oraz collachium i pozostałe kwartały wewnątrz pierścienia fortyfikacji.

W komnacie, do której zaprowadził ich strażnik, czekał już Bortfelde z niewesołą miną.

Ledwie zdążyli zamienić kilka słów, pojawił się Helion z rulonem papierów w ręku. Był mocno zasępiony, jego pociągła twarz jakby wychudła w ostatnich godzinach.

– Bracia de Blay, Dumbert i de Valse nie żyją – oznajmił zgaszonym tonem, nie siadając na krześle. – Wieśniacy znaleźli ich ciała kilkanaście mil stąd, poniżej wierzchołka góry Flerimos, ukryte w skalnym jarze.

– Jedźmy ich pomścić, mistrzu – rzekł natychmiast Annibale. – Póki stwór nie odszedł daleko.

Helion uniósł rękę niezadowolony, że mu przerywają.

– Już wysłałem dwóch braci, żeby sprawdzili wszystko na miejscu. A was nie po to odrywałem od zajęć. Pozwoliłem polować na smoka, bo wydało mi się to dobrym sposobem na pozyskanie przychylności mieszkańców… teraz jednak tę zgodę wycofuję. Zakonu nie stać na dalsze straty. Jeśli któryś z was spotka bestię podczas normalnego patrolu, może podjąć walkę, chociaż wolałbym, żeby poszedł za głosem rozumu i zebrał do boju większą kompanię.

– Mistrzu, pozwól chociaż mnie wyruszyć na poszukiwania – jęknął błagalnie Gozon, przypadając Helionowi do stóp. – To ja ich namówiłem, to moja wina, że Sorron i pozostali dwaj zginęli. Wypada mi ich pomścić.

Helion odsunął się w stronę półek z książkami, wśród których na honorowym miejscu stało wielkie chirurgiczne dzieło Rogera z Salerno.

– Dobro zakonu stoi ponad prywatną zemstą i podpowiada mi, żebym ci odmówił. Każdy, kto zlekceważy mój rozkaz, może się spodziewać usunięcia spośród braci.

Opuścili komnatę jak niepyszni.

* * *

Jeszcze dwa dni wcześniej szóstka śmiałków żartowała, że wyprawioną smoczą skórę zatkną niby sztandar na najwyższej wieży obronnej ku przestrodze wrogom. Teraz trzej spośród nich nie żyli.

Gozon nie potrafił się pogodzić z zakazem Heliona. Rycerze na zamku byli bezpieczni, ale co z mieszkańcami miast i wieśniakami z osad rozrzuconych po wyspie? Przypomniała mu się Livia Demetris. A jeśli bestia napadnie ją poza murami miasta?

Nad ranem, nim pierwsze pasma brzasku zarysowały się na horyzoncie, Gozon podjął decyzję: bez względu na konsekwencje ruszy pomścić swych towarzyszy.

Może też warto wytresować psy na atrapie smoka choć przez dzień lub dwa i zabrać na wyprawę.

Przeglądając w myślach całą sforę, zdecydował się na Psotkę i Szejtana, psy nie największe i najsilniejsze, ale najłatwiejsze do ułożenia.

* * *

– Powiedz mi, jak on wyglądał! – cierpliwie powtórzył Gozon.

Wieśniak zgarbił się. Oblizywał spierzchnięte usta, bezradnie spoglądał tu i tam po pustej stodole. Podobno widział smoka z daleka, na polu. To właśnie usiłował ustalić rycerz.

– Miał skrzydła? – wyciągał Gozon, groźnie patrząc chłopu w oczy.

– O, panie, prawie jak drzwi stodoły! – ożywił się ten. Rozłożył szeroko ręce. – Łopotały niby żagle łodzi w ostrym wietrze. A kiedy je zwinął, to jakbyś do poczwarnego kadłuba dwa wielkie bochny przyłożył.

Rycerz pomodlił się w duchu o cierpliwość.

– No dobrze, spróbujmy jeszcze raz. Jak wielki był ten smok? Wielkości beczki z winem? Kamienicy w mieście? Galery? Góry, na której stoją miasto i zamek?

Na tym pytaniu utknęli poprzednio. Wieśniak widać to zapamiętał, bo milczał uparcie. Gozon westchnął: Niech aniołowie dodadzą mi sił, bo nie zdzierżę i zaraz palnę go w łeb.

– Nie bój się – zachęcił – nie będę więcej na ciebie krzyczał. Ale chcę go zabić, rozumiesz, i muszę wiedzieć, jaki on jest.

– Jak dom – wyjąkał wreszcie wieśniak i niespokojnie popatrzył na rycerza. – Nie za duży, nie za mały, taki w sam raz akuratny…

Gozon z rezygnacją machnął ręką.

– Zostań z Bogiem – skierował się ku wyjściu, gdzie czekał uwiązany Petit.

Wieśniak natychmiast czmychnął między narzędzia i sterty drewna na opał.

* * *

Gozon postanowił skorzystać z usług Pietro Collodiego, jednego z zamkowych cieśli, utalentowanego zwłaszcza w produkcji wygodnych mebli, zawsze umiejącego nagiąć drewno, płótno albo skórę do pożądanego kształtu. Zastał go w warsztacie i bez zwłoki wyłuszczył swą prośbę.

– Musi być jak najbardziej podobny do prawdziwego – zakończył, rozglądając się po sali pełnej niewykończonych sprzętów, narzędzi, desek i całych grubych pni, wolno schnących w odpowiednich warunkach, nim zostaną przerobione na rzeczy potrzebne ludziom.

– To się da zrobić, panie – Collodi był rad, że trafia mu się urozmaicenie. Zaczął zbierać narzędzia, szukać drewnianych listew, palików różnej grubości. Z ukrycia wyjął kilka ciężkich wołowych skór zwiniętych w grube rulony i podał je rycerzowi, starając się omijać kręcące się wokół Szejtana i Psotkę.

Znaleźli sobie miejsce z dala od wścibskich oczu pod północno-zachodnią częścią murów, na wysokiej łące kończącej się urwiskiem opadającym ku morzu. Wieści i tak się rozejdą, ale im później dotrą do Heliona, tym lepiej. Na razie Gozon mógł liczyć na dyskrecję komandora Pasquieta, który zwolnił go z prac w kancelarii bez pytania o powody. Zapewne domyślał się celu przyświecającego młodemu rycerzowi i aprobował go.

Sporo czasu zajęło ustalenie wyglądu i konstrukcji atrapy, bowiem Dieudonné poza liczbą skrzydeł smoka nie potrafił podać Collodiemu wielu szczegółów. Nie miał zaś pojęcia o kluczowych zagadnieniach, jak choćby czy bestia na podobieństwo bazyliszka zabija spojrzeniem, zionie ogniem czy pluje jadem. A wszystko to według cieśli było ważne, bo jeśli, panie rycerzu, na ten przykład bydlę zionie płomieniem, to musi to robić z wiatrem, żeby się na cofkę nie nadziać, z czego wynika, że w locie smok musi być nadzwyczaj giętki. Gozon utrudnił całe przedsięwzięcie, domagając się ruchomych skrzydeł i w ogóle możliwości kierowania atrapą od wewnątrz, bo przecież w prawdziwej walce smok nie będzie nieruchomo czekał, aż rycerz ze swymi psami rozwłóczą go na ćwierci.

Wreszcie późnym popołudniem smok był gotów.

– No to wskakuj do środka i ćwiczymy psy – nakazał Gozon, gwizdem przywołując Szejtana i Psotkę. – Zobaczymy, jak zareagują na potwora.

– O nie, panie, mowy nie ma – Collodi zaczął się cofać w stronę zamkowych murów. Jeszcze raz rzucił okiem na swe dzieło. Konstrukcja bardzo przypominała wielkiego ptaka o rozłożystych skrzydłach. – Ty zamierzasz ćwiczyć psy na smoku, ale ja nie chcę, żeby one próbowały zębów na moim tyłku. Nawet gdyby szramy na moim siedzeniu miały się przysłużyć sprawie, niech mi pierwej sam wielki mistrz udzieli sakramentów, nim wejdę do środka.

Gozon roześmiał się i wyjął zza pazuchy przygotowaną wcześniej zapłatę.

– Jakoś sobie poradzę bez ciebie, Pietro, chociaż przesadzasz z tym pogryzionym tyłkiem. Nie chwal się tym, co tu robiliśmy, zgoda?

Gdy cieśla odszedł, rycerz rozebrał się do koszuli i wślizgnął do środka konstrukcji. Prowokował psy, poruszał sztucznym smokiem, wywołując wciąż nowe ataki Szejtana i Psotki. Zażarcie gryzły drewno i rwały pasma skóry, jakby walczyły z prawdziwym potworem. Miał nadzieję, że podobnie zachowają się, gdy dojdzie do spotkania z bestią.

Wreszcie Gozonowi brakło sił. Opuścił makietę na ziemię i wyczołgał się na chłodną trawę, w cień murów. Psy znudzone walką z nieruchomą atrapą porzuciły ją po chwili, układając się obok rycerza.

Naraz Szejtan uniósł głowę w stronę zamku i gniewnie warknął. Rycerz odwrócił się, podążając wzrokiem za spojrzeniem psa.

Śpiesznym krokiem zmierzał ku niemu Caro Annibale.

– Zamierzasz złamać zakaz Heliona? – raczej stwierdził, niż zapytał, gdy już był blisko. Usiadł na trawie obok Gozona. – Chcesz ich pomścić, prawda?

– A ty, Caro? Nie pojedziesz ze mną?

Annibale zapatrzył się w dal.

– Nie mam dokąd wracać, Dieudonné – wyznał wreszcie ze smutkiem. – Moja rodzina bardzo zbiedniała, dość tam gąb do wyżywienia i beze mnie. No i jest, ty wiesz… – zawahał się, nie kończąc zdania. – Nie, nie wystąpię przeciw Helionowi, choć jeśli spotkam smoka podczas regularnego patrolu, nie puszczę go żywego!

– Nie zdążysz – odparł Gozon. – Wcześniej usiekę to bydlę, choćbym miał je ganiać po całej wyspie.

– Widziałem ich ciała – powiedział Annibale z nieukrywanym niepokojem. – Może się nie znam, ale trudno mi było odnaleźć ślady zębów i pazurów, za to bez trudu dostrzegłem rany jak od cięcia ostrą stalą i dziury od włóczni. Uważaj więc nie tylko na smoki – ostrzegł, podnosząc się z trawy. – Bo może niektórzy mieszkańcy wyspy już kłaniają się sułtanowi?

O zmierzchu Gozon zepchnął zniszczoną makietę do morza. Tyle ćwiczeń będzie musiało wystarczyć.

 

III

Elekcja trwała, a Renato di Fontenay wcale nie zamierzał się poddać, wciąż usiłował rozegrać partię swego życia. Znalazł się tu w zastępstwie Luco de Manilii, który na krótko przed śmiercią Heliona musiał wyruszyć na aragoński dwór. A teraz, zwietrzywszy szansę w rozproszeniu frakcyjnych sił, postawił wszystko na jedną kartę.

– Tak, słyszałem te stare opowieści – przyznał, powściągając niechęć. – Jednak, z całym należnym bratu Gozonowi szacunkiem, gdzie dowody, że walczył ze smokiem? Przecież nie odnaleziono ścierwa bestii. Nikt nigdy nie pokazał żywego czy martwego jaszczura w żadnym bestuarium. Co innego jednorożce: mamy rogi, wspaniałe dowody ich istnienia. A smoki? Są tylko zajmujące opowieści o nich. Legendy. Wieśniaków mogła przestraszyć wyrośnięta agama. Albo cokolwiek innego.

Wszystkie spojrzenia skierowały się ku Gozonowi, bo przecież, choć nie wprost, di Fontenay zarzucił mu kłamstwo.

Tylko wzruszył ramionami.

– Walczyłem ze smokiem. Nie wierzysz, spytaj mieszkańców dolnego miasta, czy po mojej wyprawie kogoś porwał albo dokonał innych szkód. Ty masz przekonania, a oni wiedzą, jak było.

– Gozon dobrze mówi – chrypliwie odezwał się Lexa ze swego końca stołu. – Znaleźliśmy ślady: łuski i krew, lepką i tłustą, podobną do arabskiej gumy. Nie zarzucaj Gozonowi kłamstwa, di Fontenay, bo może ci stanąć kością w gardle.

– Tak? – warknął di Fontenay. – To czemu owych, jak twierdzisz, łusek i innych dowodów nie ma w skarbcu oprawionych niby relikwie?

Lexa spojrzał na niego zimno. W jego oczach pojawiła się wzgarda.

– Skoro wszystko wiesz najlepiej, Renato, powinieneś wiedzieć i to, że sam Helion podjął decyzję o ich zniszczeniu. A czemu podjął taką właśnie? Bo się obawiał, że na wyspie strach przed smokiem przemieni się w kult jego zwycięzcy – z ukosa spojrzał na Gozona. – Co i tak nastąpiło.

* * *

Wyruszył o świcie, wkrótce po jutrzni, kiedy nad wyspą unosiły się jeszcze sine opary mgieł. Przekroczywszy jedną z bocznych bram, Gozon rozpędził konia do galopu, byle uciec dalej od dusznych zamkowych murów. Szejtan i Psotka tańczyły wokół końskich nóg niby dwa demony.

– A teraz, smoku, znajdę cię i zabiję, choćbym sam miał zdechnąć.

Wybrał drogę wiodącą na Czarci Most. Być może powinien szukać smoka na stokach góry Flerimos, gdzie zginęli bracia, Gozon wątpił jednak, czy bestia będzie tam czekać na kolejnych rycerzy.

Czarci Most wspinał się ostro do góry, sięgając nieba stromym pasażem zakończonym płaskim jęzorem skały, spadzistym klifem opadającym ku morzu. Podobno tubylcy odprawiali tu kiedyś krwawe obrzędy. Strach nadal ciążył nad tym miejscem. Jedni bali się tajemnych praktyk, od których wzięło swą nazwę, inni śmierci – bowiem morze co rok podczas sztormów zabierało spory kawał ziemi, podcinając skałę. Czarci Most podzielony był głębokimi rozpadlinami sięgającymi dna piekieł – mogło się zdawać, że w całości trzymają go korzenie gęstych, niskich zarośli i krzewów róży.

Dla joannickich obserwatorów to pasmo skały stanowiło jednak prawdziwy dar boży. Przy dobrej pogodzie można było stąd dostrzec tureckie wybrzeże i żaden statek w promieniu wielu mil od cypla nie miał się gdzie ukryć.

Gozon powiódł wierzchowca na skraj klifu. Psy posłusznie podążały za nimi. Rycerz liczył, że uda mu się wyśledzić smoka w locie, a może wypatrzyć jego kryjówkę.

Do przepaści pozostało nie więcej jak sto kroków, gdy nagle zagrzechotały kamyki osypujące się ze ściany, odbijające się, pociągające za sobą następne odłamki. Czyżby powstawało właśnie nowe pęknięcie? Albo wielki kawał skały miał runąć do morza? Gozon z niepokojem ściągnął wodze.

Tymczasem lawina kamyków przyciągnęła uwagę psów. Pognały ku krawędzi, nie powstrzymał ich gniewny krzyk rycerza.

Grzechot kamieni nie ustawał, wokół rozeszła się przenikliwa woń pomarańczy. Dieudonné słyszał o charakterystycznych wyziewach na krótko przed trzęsieniem ziemi, zaczął się więc ostrożnie wycofywać.

Nieoczekiwanie sponad krawędzi klifu wyjrzała wielka bestia. Smok! Gwałtowne bicie ogromnych błoniastych skrzydeł utrzymywało go niemal nieruchomo w powietrzu. Jedną ze szponiastych łap dosięgnął Psotkę, wyrzucił ją w powietrze jak piórko – wprost w przepaść. Drugą starał się pochwycić Szejtana. Wysmukły jaszczurczy tułów pokryty był zielonooliwkową, drobną łuską migoczącą delikatnymi wzorami, gdy wił się, unikając zębów Szejtana. Wąska głowa osadzona na długiej szyi przypominała łeb morskiego węża.

Gozon wyjął kopię wiszącą u siodła i skierował konia w stronę walczących stworzeń. Tymczasem smocze pazury rozorały szyję psa, buchnęła fontanna krwi i Szejtan padł bez życia, a bestia runęła na rycerza. Wyciągnięte łapy mierzyły wprost w jego twarz. Gozon nastawił kopię, zaparł się w siodle. Smok zdołał skręcić w powietrzu, choć nie na tyle, by całkiem wyjść z opresji – grot kopii zjechał po skrzydle, rozcinając je na długości pół łokcia. Siła wstrząsu wysadziła rycerza z siodła, krusząc drzewce.

Zerwał się na nogi i chwycił miecz, nim zwierzę wylądowało i szurając po skale, zawróciło w jego stronę. Teraz stwór odcinał go od lądu. Ze smoczej paszczy wydobywał się wściekły syk, rozwidlony język drgał prędko. W żółtozielonych ślepiach przeciętych czarną, pionową źrenicą czaił się gniew. Zranione skrzydło mocno przylegało do boku.

Wieśniacy nie kłamali, była to straszliwa bestia, nie gorsza niż na malowidłach przedstawiających bohaterstwo świętego Jerzego. Ale skoro można ją zranić, można i zabić – pomyślał Gozon, patrząc na krew kapiącą z rany potwora. W zetknięciu ze skałą dymiła niczym diabelska posoka.

Smok znów ruszył do ataku, pazurami mierząc tym razem w pierś rycerza. Ten ciął mieczem, ale bestia uskoczyła z widocznym wysiłkiem, odlatując w tył.

Powtórzyło się to kilka razy. Potwór nie zaprzestawał prób, by dosięgnąć przeciwnika albo zepchnąć go na urwisko, jednak on bronił się mężnie, choć pot  zalewał mu twarz.

Wreszcie rycerz dostrzegł, że bestia uchyla się z coraz większym trudem i postanowił zaryzykować. Gdy smok rzucił się na niego, zrobił kilka szybkich kroków w bok, a kiedy zaskoczony jaszczur niezdarnie przelatywał obok, machając rozpaczliwie skrzydłami, przyskoczył i z rozmachem wbił miecz w bok bestii. Dobra stal z chrzęstem rozpłatała stwardniałą skórę i zagłębiła się w ciele potwora.

Ten wrzasnął straszliwie, a pod czaszką Gozona rozległ się dzwoniący grom, jakby wybuchła prochownia. Rycerz razem z mieczem wyleciał w powietrze, spadając na skałę kilkanaście kroków dalej. Był oszołomiony, niemal stracił przytomność. Zamroczony bólem smok nie wykorzystał jednak jego słabości, też opadł ciężko, w kępę karłowatego różokrzewu niedaleko krawędzi urwiska.

Minęło parę chwil, nim Gozon przezwyciężył niemoc i stanął chwiejnie na nogach. Z trudem łapał oddech. Lewa ręka zwisała bezwładnie, prawdopodobnie złamana, prawą podniósł leżący nieopodal miecz.

Bestia także ciężko robiła bokami, z jej paszczy dobiegał chrypliwy jęk. Patrzyli na siebie, gotując się do kolejnego, może ostatniego starcia.

– Teraz cię zabiję, smoku – wychrypiał rycerz, robiąc kilka kroków w stronę leżącego potwora. – Tu zginiesz, nędzna poczwaro.

Jaszczur z uwagą śledził jego ruchy. Z szurgotem cofnął się, przewaga joannity była coraz bardziej oczywista.

- Nie chcę zginąć – odezwał się nieoczekiwanie. – Niech każdy idzie w swoją stronę.

Zdumiony rycerz przystanął. Bestia zwracała się do niego! Słyszał jej słowa, chociaż paszcza smoka, na wpół otwarta, pokazywała mu szeregi ostrych, zakrzywionych zębów.

– Nie omamisz mnie sztuczkami – rzekł, robiąc kolejny krok. – Zabiłeś moich braci, teraz ja zabiję ciebie.

Smok syknął gniewnie, znów się cofając. Byli już prawie na krawędzi urwiska.

- Głupi, głupi! Ludzi nie zabijam. Tylko krowy i owce. Dobre mięso.

Gozon wzruszył ramionami, pojmując, że to tylko gra na zwłokę. Uniósł miecz.

– To kto zabił trzech moich przyjaciół?! I mieszczan?

Potwór zatrzymał się na skraju klifu. Stanął w obronnej pozycji. Nawet gdy skrzydła miał złożone, wielkością przewyższał człowieka.

– Ludzie z lądu – odparł ze złością, tłumiąc jęk bólu do głębokiego, basowego pomruku. – Ich galera wylądowała niedaleko. Myślałem, że wiecie.

Zaskoczony rycerz chwilę trawił tę wiadomość. Turcy przeoczeni przez patrole! Helion miał rację jak zwykle: nie tej bestii trzeba się bać, tylko wojsk sułtana. Kto wie, może szykuje inwazję?

– Są jeszcze trzy statki – ciągnął smok, jakby czytając w myślach Gozona. – Mogą zatonąć na głębokiej wodzie…

– Jak? – dopiero po wypowiedzeniu pytania Dieudonné spostrzegł, że dał się wciągnąć w rozmowę. A przecież przybył zabić bestię!

Ta stęknęła głucho, jakby ból się nasilił.

– Wiatry i fale, nagły sztorm miażdżący kadłub statku… tysiąc sposobów. Tylko umieć. I chcieć.

Trzy galery to nie inwazja – rozmyślał Gozon. – Smoka da się zabić. Lecz jeśli to ja zginę? Kto wtedy zaniesie Helionowi wiadomość o tureckiej napaści? Trzeba wysłać patrole, przeczesać wnętrze wyspy…

Ważył w sobie decyzję. I wtedy nadpłynęło wspomnienie niedawnej rozmowy z mistrzem na akropolu. Nudne patrole… Prowansja…

– Odlecisz stąd. Będziesz omijać wyspę – zażądał.

– Na morzu niezamieszkanych skał wciąż sporo – nadspodziewanie szybko zgodził się smok. – Odlecę.

Naraz znieruchomiał. Zamknął oczy, z jego paszczy wydobył się syk. Brzmiało to jak słowa w nieznanym języku. Gozon skoczył w stronę potwora, przeklinając własną głupotę. Podczas gdy on sobie rozmawiał, ta bestia rzucała czar!

Jaszczur z jękiem bólu odskoczył w bok poza zasięg ostrza.

– Inna propozycja, rycerzu – stęknął. – Wszystkie tureckie galery zmierzające ku Rodos. Wszystkie, jakie zauważy stado Eir. Tylko za twego życia.

Zaskoczony zmianą warunków Gozon stanął w pół kroku. Pomyślał o haczyku, jaki musi się w tym kryć.

– W zamian nie będziesz pytać, co morski smok robi na tej wyspie – ciągnął gad. – Nie będziesz niczego szukać, a jeśli zauważysz inne smoki, udasz, że ich nie widzisz? Wreszcie, przestaniesz kręcić się po Czarcim Moście.

Dieudonné zastanawiał się, ile jest warte słowo takiego wroga. I czy w ogóle ma jakąś wartość.

– A gwarancje? Skąd pewność, że nie zapomnisz o umowie, gdy tylko poczujesz wiatr pod skrzydłami?

Potwór leniwie uniósł głowę. Podwójne powieki zamknęły się i otworzyły ponownie. Teraz jego oczy były ciemnozielone, jakby senne.

– Żadnych gwarancji. – W jego słowach pobrzękiwała twarda stal, pierwsza oznaka rodzącego się gniewu. – Ja, Glehny Eir, mówię, że zrobię, co powiedziałem. Wierz albo walczmy. Twój wybór.

Gozon długo patrzył na jaszczura, oddychając ciężko. Krople potu spływały mu po policzkach. Wreszcie skinął głową.

– Dałeś słowo. Przyjmuję je.

Smok nic nie odrzekł. Mocniej wsparł się na łapach, z jękiem rozwinął poranione skrzydło, wreszcie poderwał się niezgrabnie i wzbił ponad Czarci Most. Jednak krótko wisiał w powietrzu, zaraz błona skrzydła zwinęła się w kilku miejscach i po chwili niepewnego lotu znów opadł na ziemię.

Nie od razu ponowił próbę. Najpierw rozwinął skrzydła i zębami, tłumiąc jęki bólu, poprawiał porozcinane błony. Był to nieprzyjemny widok, Gozon mimo woli współczuł bestii, choć jeszcze przed chwilą byli śmiertelnymi wrogami.

Choć nie takimi, jak my, chrześcijanie i Turcy – pomyślał.

Wreszcie smok ponownie wzbił się w powietrze i zniknął rycerzowi z oczu.

 

IV

– Tak jest, zwyciężyłem smoka – podjął wreszcie Gozon, przecierając twarz dłonią, jakby ścierał mgłę dawnych, mrocznych wydarzeń. Długą chwilę spoglądał na di Fontenaya.

– I zapłaciłem za to wysoką cenę – dodał, posępniejąc.

* * *

– Zakon nie może sobie pozwolić na tolerowanie otwartego nieposłuszeństwa – ze smutkiem wyjaśnił Helion. Chwilę wcześniej Gozon zdał mu relację z wydarzeń, z umowy ze smokiem. Mistrz już rozesłał patrole w poszukiwaniu tureckich szpiegów.

– Jeszcze nie wiem, co z tobą począć: czy odesłać cię do Prowansji, abyś w którymś z klasztorów dożył swych dni, czy też całkiem pozbawić habitu, wyjąć spod władzy Kościoła – ciągnął Helion. – Tu jednak, jako brat zakonny, zostać nie możesz.

Dieudonné słuchał tego oniemiały. Spodziewał się kary za złamanie zakazu, ale przecież wszystko skończyło się sukcesem, dobił targu ze smokiem, zdobył cenne informacje o wrogu. Tymczasem na mistrzu wszystko to zdawało się nie robić większego wrażenia. Wskazał Gozonowi wiszący na ścianie cedrowy, wystylizowany krzyż o rozwidlonych ramionach symbolizujący osiem błogosławieństw, jakimi powinien się kierować rycerz zakonu św. Jana. Wojownik, ale i duchowny.

– Złamałeś naszą regułę. Mam pochwalić taki wzór, taką postawę? Dać cię braciom za przykład? Jeżeli tak zrobię, odtąd słowo wielkiego mistrza przestanie mieć znaczenie. Lekceważąc je, niezadowoleni będą mogli rzec: A Gozon nie posłuchał i proszę, miał rację, zwyciężył smoka. Gozon Smokobójca okazał się mądrzejszy od swego mistrza. A tymczasem, jeśli twoja relacja jest prawdziwa, wola boża lub tylko niewiarygodnie dużo szczęścia sprawiło, że w ogóle żyjesz.

Młody joannita chciał zaprotestować. Smok nie umiał walczyć i tyle.

– Może faktycznie powinieneś był wystąpić z zakonu? – kontynuował po chwili Helion. – Na razie wrócisz do własnej celi i nie opuścisz jej bez mojego zezwolenia. Zakazuję ci rozmawiać z kimkolwiek o tym, co zaszło.

* * *

Faktu, że Gozon starł się ze smokiem i zabił go (co nie było prawdą, ale przecież nikt poza nim samym oraz Helionem nie wiedział o umowie), nie dało się jednak ukryć. Wieść żyła własnym życiem karmiona plotkami. Któregoś dnia Pierredon, serwient Gozona, wraz z posiłkiem przyniósł zaskakującą nowinę:

– Kupcy z miasta ujęli się za tobą – rzekł, stawiając miskę na niskim stoliku, na którym leżała Biblia otwarta na Apokalipsie św. Jana. – Dowiedzieli się, że Helion zamierza cię odprawić, i przysłali petycję, żeby zamiast karać, raczej cię nagrodził za oswobodzenie ludzi od poczwary.

Cień nadziei zakiełkował w sercu młodego Dieudonné. Zrobił kilka niespokojnych kroków po celi.

– A co na to Helion?

Pierredon z trudem ukrył rozbawienie.

– Nie znasz go? Zanim podejmie jakąś decyzję, sto razy dzieli włos na czworo. Jednak teraz, kiedy masz poparcie wdzięcznych mieszczan, niełatwo mu będzie cię odesłać, panie.

* * *

Wielki mistrz z dnia na dzień odkładał podjęcie decyzji o losach Gozona. Ten popadł w rezygnację i otępienie, a lektura Apokalipsy ujawniła mu straszliwą prawdę: dał się oszukać smokowi, ramieniu Szatana.

Nie powinien był zawierać żadnej umowy. Czyż święty Jerzy oszczędził bestię?

Z tego piekła smutku i rozpaczy wyrwał go któregoś dnia Pierredon, anonsując gościa. Po chwili, ledwie dając rycerzowi czas na ogarnięcie się, do celi wprowadził… Livię Demetris! W ręku trzymała niewielki kolorowy bukiet kwiatów przypominający rycerzowi, że za oknem wciąż trwa najpiękniejszy miesiąc roku.

– Musiałam się z tobą zobaczyć, panie – wyjaśniła pospiesznie. Smutek na jej twarzy był poruszający, zwłaszcza gdy się pamiętało zwykle przepełniająca ją radość życia. – To przeze mnie masz kłopoty. Gdybyś mi nie obiecywał zabić smoka…

Gozon roześmiał się gorzko. Niepojęte – zdołała dotrzeć aż tu, do prywatnych cel zakonników, zapewne uległ jej sam wielki mistrz. A jednak w tej akurat sprawie myliła się zasadniczo.

– Zrobiłem to dla siebie, dla sławy – potarł opatrunek na złamanej ręce. – I za to płacę. Nie masz powodu się obwiniać.

Być może jego słowa zabolały dziewczynę, zburzyły wyidealizowaną wizję Gozona Smokobójcy, zbawcy świata, a przynajmniej Rodos. Lecz taka przecież była prawda. Sława i zemsta – te dwa uczucia nim kierowały.

Wyciągnęła przed siebie kwiaty, rozglądając się w poszukiwaniu naczynia. Niczego takiego nie znalazła, cele zakonników były ascetyczne, pozbawione zbędnych przedmiotów. Tylko ściany, łóżko, niewielki stolik z wsuniętym pod niego stołkiem, parę kołków wbitych w mur, wisząca na nich odzież.

– Mimo to zabiłeś go – odparła z przekonaniem. – A kwiaty trzeba włożyć do wody. Przynajmniej póki nie zwiędną, będzie widać, że w celi mieszka żywy człowiek.

Zamiast zaprzeczyć – smok przecież miał się całkiem dobrze – przywołał Pierredona. Ten wrócił po chwili z niewielkim napełnionym wodą dzbankiem, w którym jeszcze przed chwilą musiało znajdować się wino. Nie zdając sobie sprawy z konsternacji rycerza, dziewczyna zaczęła układać kwiaty. Większe i niższe, jak fiołki czy cyklameny rozmieściła wokół krawędzi, w środek zaś włożyła kilka dłuższych gałązek obsypanych drobnymi różami. Celę wypełnił zapach wiosny. Gozon z trudem powstrzymywał się od nieuprzejmego kichnięcia.

– Wyjedziesz, panie? – Dziewczyna przerwała ciążącą ciszę.

Dieudonné przyglądał się jej twarzy, na której tak łatwo można było wyczytać różne uczucia.

– Nie wiem – rzekł wreszcie cicho, przenosząc wzrok na kwiaty, które przyniosła. – Ta bestia zmieniła moje życie bardziej, niż chciałem. I… – zawahał się – czasem myślę, że może lepiej było zostawić ją w spokoju…

* * *

Dwa dni później Helion podjął decyzję.

– W obecności całego zgromadzenia przyznasz, że byłeś nieposłuszny. Ukorzysz się. Każdego z braci poprosisz o wybaczenie swego postępku i jeśli choć jeden odmówi, opuścisz zakon. – Siedział przy stole na pozór zajęty papierkową robotą, choć po jego nieco odległym spojrzeniu znać było, że zajmują go kwestie szerszej natury. Gdy spoglądał na Gozona, zdawał się przenikać go wzrokiem, sięgać duszy, jakby szukając w niej  starszego, dojrzalszego wcielenia Dieudonné. – Przez miesiąc będziesz trzymał nocne warty na jednej z bram. Na temat smoka zamilkniesz. I bez twego udziału dość legend rozniosło się po wyspie. Żadnych barwnych opowieści snutych przy winie w gronie braci zakonnych czy mieszczan, jasne?

Helion westchnął ciężko. Gozon milczał przytłoczony jego słowami.

– Później wrócisz do obowiązków w kancelarii komandora. Chyba że znów uznasz moją decyzję za niesłuszną, wtedy wsiądziesz na pierwszy statek płynący do Italii.

Jeszcze niedawno młody rycerz przysięgał Bogu, że prędzej połknie własny miecz, niż da się upokorzyć albo pozbawić należnej sławy. Istotą decyzji Heliona było złamanie jego krnąbrności, ukazanie jego czynu jako karygodnego nieposłuszeństwa. Potyczka ze smokiem niemal nikła wobec samowoli, której się dopuścił.

Wybór należał do niego. Gdyby chociaż mógł opowiedzieć, jaką umowę zawarł ze smokiem… Helion jednak wyraźnie tego zakazał. Nikt się nie dowie, że Gozon, rezygnując z zemsty, wybrał bezpieczeństwo mieszkańców przed turecką inwazją. Rzecz jasna, jeżeli potwór zamierzał dotrzymać słowa.

– Tak, mistrzu – odparł Dieudonné, czując narastającą suchość w gardle. – Uczynię, jak każesz.

* * *

Zrobił to następnego dnia. Przedziwne to były sceny, gdy bracia, w głębi ducha zazdroszcząc Gozonowi odwagi i sławy, oficjalnie udzielali mu odpustu. A już szczególnie Bortfelde i Caro Annibale. Ci nie potrafili ukryć zawiści.

Wkrótce zresztą, nim rozpoczęło się lato, Annibale bez pożegnania opuścił zakon. Zniknęła również owa Greczynka, którą Gozon widział wtedy u boku rycerza.

 

V

Di Fontenay pocierał podbródek gestem zniecierpliwienia. Chodził po refektarzu prowadzony spojrzeniami braci, z których część zastanawiała się, czy wywoła kolejną bójkę, ostatecznie zerwie elekcję czy też uczyni coś jeszcze bardziej nieprzewidzianego.

Wreszcie di Fontenay zatrzymał się i wbił chmurny wzrok w Gozona.

– Rozumiem, że nasz brat czuje się rozżalony faktem, iż nie dorównał sławą świętemu Jerzemu. Ale to jego sprawa, nie nasza. Być może to ten argument powinien przechylić szalę wyboru. Każdego dnia wszyscy, jak tu siedzimy, płacimy jakąś cenę za wstąpienie do zakonu. Czyż nie? I jak mamy uwierzyć, że skoro Gozon nie udźwignął ciężaru dawnych wydarzeń, poradzi sobie z piastowaniem stanowiska wielkiego mistrza?!

Dieudonné wstał od stołu i nie bacząc na zdumione spojrzenia, podszedł do di Fontenaya. Ten pobladł nieco. Lexę, który, jako spowiednik wielkiego komandora, znał targające nim wątpliwości i ból, ogarnęło przerażenie. Oczekiwał najgorszego.

Jednak Gozon tylko zacisnął mocno pięści.

– Co ty wiesz o płaceniu ceny? – spytał z goryczą, robiąc jeszcze krok i zmuszając di Fontenaya do cofnięcia się. – Co ty o tym możesz wiedzieć, głupcze?!

I bez słowa więcej ruszył w stronę wyjścia z komnaty.

Nie słyszał kłótni, jaka wybuchła zaraz potem, ogarniając elektorów niby grecki ogień spopielający wszystko do tłustego, szarego kurzu.

* * *

Krótko przed zachodem słońca odnaleźli go ukrytego w jednym z zakamarków kościoła św. Jana, niemal przytykającego do klasztoru. Teraz czterej bracia, wysłannicy swoich frakcji, otaczali Gozona niby ramiona morskiego stwora. Spoglądał w górę na wysokie krzyżowe sklepienia, ale ból i gorycz nie chciały go opuścić, zaś obecność zakonników niewiele zmieniała. Pragnął zapomnienia i była to rzecz, która – jak wiedział – nie zostanie mu dana.

– Wybierzemy cię wielkim mistrzem – rzekł Gephard – bo ten dureń, di Fontenay, gotów ściągnąć nam na głowę kłopoty. Lecz, przyznasz, w jednym miał rację: czy podołasz, skoro jeszcze wczoraj nie czułeś się na siłach ubiegać o to stanowisko?

W świetle zmierzchu rysy Saksończyka zmiękły, wydawał się bardziej łagodny, choć jego słowa brzmiały zdecydowanie. Dieudonné próbował odgadnąć, co bardziej przekonało tych czterech: strach przed nieobliczalnym di Fontenayem czy smocza legenda. Pomyślał o Helionie. Wiele ich kiedyś dzieliło. Więcej spraw – znacznie później – połączyło silnymi więzami przyjaźni. A teraz testament starego Heliona, wbrew chęciom i oczekiwaniom samego Gozona, miał się ostatecznie wypełnić.

Powinien im odmówić, zrzec się funkcji, pojechać na Czarci Most i skoczyć z urwiska. Albo wrócić do Prowansji, posmakować ostrego słońca, zostać wędrownym kaznodzieją. Nie mógł jednak tak postąpić. Drzwi powrotu zostały zamknięte na zawsze.

– Gephard, nie wiem, jak potoczą się losy zgromadzenia – odparł. – Nikt tego nie wie poza Bogiem. Mogę ci jedynie przysiąc, że będę się starał, że zrobię wszystko, aby nasz zakon przetrwał, rozwijał się, zaś królowie i książęta musieli się z nim liczyć.

To wystarczyło. Razem wrócili do refektarza i Lexa zwołał wszystkich elektorów.

Zanim przystąpili do głosowania, Gozon pewien końcowego wyniku poprosił von Aerenthala o głos.

– Nie pchałem się na to stanowisko. Teraz jednak… – zaczął cicho, z napięciem w głosie, kładąc drżące dłonie na krawędzi stołu. – Jest coś, co musicie wiedzieć, tajemnica, której będziecie musieli dochować. Helion powierzył ją Hohensteinowi i Leguevinowi, jednak oni nie żyją. Potem chyba już nikomu nie ufał, dlatego tak nalegał, abym to ja objął po nim stanowisko. Abym kontynuował zaczęte dzieło.

Spojrzał w stronę di Fontenaya. Ten siedział ponury i nieporuszony, zdając sobie sprawę z porażki.

– Zwłaszcza ty, Renato, powinieneś uważnie wysłuchać tej opowieści, bo może kiedyś zostaniesz wielkim mistrzem.

Nabrał tchu i opowiedział im całą historię. Do końca.

* * *

Pierwsze kilka miesięcy od zawarcia umowy ze smokiem Gozon zapamiętał jako męczący sen. Bracia przypatrywali mu się dziwnie, nie wiedząc, jak go traktować. Mieszkańcy zaś uważali młodego rycerza za bohatera, pragnęli zamienić choć kilka słów, dotknąć szaty, jakby mogło to ich uzdrowić albo przynieść pomyślność w interesach. Przez długi czas nie mógł spokojnie opuścić collachium.

Odwiedzał za to Czarci Most, przekonawszy siebie, że w gruncie rzeczy nie łamie danego słowa, bo przecież smok nie sformułował żądania jasno i kategorycznie. Za każdym razem, gdy odwiedzał skalny pomost, rzucał obok rosnącego u jego postawy gęstego krzewu róż kamyk zabrany po drodze. Mijały dni, miesiące – aż z niepozornych kamieni uformował się wzgórek, a z jego szczytu na podobieństwo ramion ośmiornicy spływały małe lawiny.

Na wszelki wypadek obiecał sobie, że jeśli los zetknie go z nową bestią, pozostanie głuchy na głos rozsądku, rozsiecze ją na drobne kawałki i nakarmi nimi psy.

Powracając tu, utwierdzał się w przekonaniu, że postąpił dobrze. Tureckie galery przestały nękać Rodos. Gniew Heliona przeminął. Bracia i mieszkańcy powoli zapominali o całej historii, choć wciąż zdarzało się Gozonowi uciekać przed jakimś fanatykiem.

Wciąż nie wiedział, czy smok był ramieniem Szatana, jak twierdziła Apokalipsa, czy istotą spoza tego świata, jak zdawał się uważać Helion – istotą, od której lepiej się trzymać z dala, choć warto wykorzystywać ją do swoich celów, jeżeli to możliwe. Gozon miał nadzieję kiedyś to zrozumieć.

Któregoś jesiennego dnia, gdy zachodni wiatr szarpał i kąsał wściekle, a niebem pomykały ciężkie deszczowe chmury, znów wybrał się na Czarci Most. To nie była dobra pogoda na wycieczkę, jednak coś ciągnęło go na tę skałę poprzecinaną szczelinami.

Nigdy nikogo tam nie spotkał. Mieszkańcy już wcześniej uważali to miejsce za przeklęte, a chyba tylko szaleniec zaryzykowałby wyprawę, odkąd rozeszła się wieść, że właśnie na Czarcim Moście Gozon spotkał smoka.

Tego pochmurnego dnia wszystko uległo zmianie. Gdy wyjechał spomiędzy zarośli i różokrzewu na odsłoniętą skałę, niemal na strzępiastej krawędzi klifu spostrzegł jakąś leżącą postać okutaną w ciemną opończę. Skrzydlaty stwór unosił się w niebiosa, szybko niknąc z oczu.

Był pewien, że to Livia tam leży. Ich drogi za sprawą tajemniczego zrządzenia losu zbiegały się tak, jakby tylko oni dwoje żyli na tej wyspie. Krzyżowały się w katedrze, na ulicach, podczas polowań czy zakupów na jednym z miejskich targów. Albo podczas wizyt Gozona u ojca Livii – czasem odnosił wrażenie, że dziewczyna tak samo wypatruje jego, jak on szukał pretekstu, aby odwiedzić starego płatnerza.

W pierwszej chwili pomyślał, że smok ją zabił, ale podniosła się i zaczęła poprawiać ubranie, nie patrząc Gozonowi w oczy. I dobrze, bo Dieudonné był wściekły, choć zarazem uradowany, że nic się jej nie stało.

– Co tu robisz? – krzyknął ostro. – To niebezpieczne miejsce!

Wzmagający się wiatr rozwiewał jej opończę i włosy, układając je w czarną aureolę wokół głowy.

– Wiele razy widziałam, jak ty tu przyjeżdżasz, panie – odparła wreszcie z wyrzutem. – Myślałam, że zabiłeś tego przeklętego smoka! Okłamałeś mieszkańców i swego mistrza!

Zeskoczył z konia i stanął obok niej, trzymając wodze w ręku.

– Masz wielkie szczęście, że żyjesz – burknął z irytacją, spoglądając w stronę, dokąd odleciała bestia.

– W ostatniej chwili, gdy już mnie chwytał, wypowiedziałam twoje imię, panie. Wtedy uciekł.

Na niebie, pośród chmur, wciąż można było dostrzec niewielką, czarną kropkę, ale tylko nadzwyczaj bystry wzrok mógłby w niej rozpoznać smoka. Krążył ponad nimi czujnie niby strażnik.

– Zawarłem z nim umowę, broni nas przed Turkami – wyjaśnił Gozon. – W zamian rości sobie prawa do tego miejsca.

Livia szczelniej otuliła się opończą. Pierwsze krople deszczu uderzyły z ukosa, nieprzyjemnie powiało zimnem.

– Kto zrozumie smoka… I przecież nie ja jedna przychodzę tutaj…

Gozon pomyślał, że będzie się musiał rozmówić z nieszczęsną poczwarą. Rósł w nim strach i gniew.

– Idź już – nakazał dziewczynie. – I, proszę, omijaj Czarci Most.

Odchodząc, rzuciła przez ramię:

– Lepiej byłoby go zabić.

Smok krążył na granicy widoczności, pewnie licząc na to, iż wzmagający się deszcz i wiatr wypędzą rycerza z odsłoniętej skały. Ten jednak czekał cierpliwie.

– Miałeś odlecieć na zawsze – rzekł Gozon z pretensją, gdy potwór wreszcie opadł na ziemię dziesięć kroków przed nim. – Obiecałeś nie atakować ludzi z wyjątkiem Turków.

– Obiecałeś nie kręcić się po Czarcim Moście, przeklęty człowieku! – wysyczał smok, machając gniewnie skrzydłami, z których pryskały ciężkie krople wody. – A co do niej, nie chciała stąd pójść!

Dieudonné sięgnął ręką do pasa, oparł dłoń na mieczu.

– Przez ciebie mam same kłopoty – stwierdził ponuro. – A mogłem ich sobie zaoszczędzić.

Bestia zrobiła kilka niezdarnych kroków po ziemi, podchodząc do rycerza. Jej uniesiona głowa znalazła się na wysokości twarzy Gozona. W gadzich oczach błyszczał gniew.

– Powiedz jej, żeby nie kręciła się tutaj, to i kłopotów będziesz mieć mniej – warknął. – To miejsce należy do smoków, czy ci się to podoba czy nie. Nasza umowa obowiązuje obie strony!

Gozon nie odwracał głowy. Mierzyli się spojrzeniami.

– Nie możesz stąd odejść – domyślił się naraz rycerz. – W tym mnie okłamałeś, prawda? Pilnujesz pewnie skarbu… Ludzi nie porywasz, ale zabijesz każdego, kto się będzie tutaj kręcił, co?

Potwór syczał gniewnie, wbijając pazury w skałę, drąc cieniutką warstwę gleby.

– Skarbu, powiedział. Tak, skarbu, i to jakiego… Dociekaj smoczych tajemnic, jeśli ci życie niemiłe – prychnął. – Już mi się znudziło topienie galer.

Poczłapał w stronę krawędzi klifu i po chwili szybował już majestatycznie w powietrzu, zataczając coraz większe kręgi. Gdyby nie porywisty wiatr i wciąż padający deszcz, można by powiedzieć, że wyglądał jak motyl unoszony ciepłymi prądami powietrza.

Motyle jednak nie są zwykle tak niebezpieczne.

* * *

Mijały kolejne lata. Gozon zajęty umacnianiem swej pozycji w zakonie rzadziej przyjeżdżał na Czarci Most. Częściej za to rozmawiał z Livią. Ich drogi wciąż się przecinały, choć nie chciały biec obok siebie. Czasem stary płatnerz dziwnie spoglądał na rycerza, nigdy jednak nie odważył się skomentować sytuacji. Dziewczyna wciąż mieszkała u ojca, choć o jej rękę starało się kilku kandydatów.

Czasem, może dwa razy w roku, Dieudonné spotykał smoka. Ich drogi też się przecinały, bo Gozon powracał na Czarci Most, a niekiedy Glehny Eir zaszczycał go wówczas rozmową. Choć czy można tak nazwać kłamstwa, jakie opowiadał? Twierdził, że widzi przyszłość, w której rycerzowi pisana jest wielka rola do odegrania. Jednak gdy ten zażądał dowodu, wskazania jakiegoś zdarzenia, które udowodni prawdomówność smoka, on tylko prychnął z oburzeniem.

Jedno ze spotkań szczególnie zapadło Gozonowi w pamięć. Miasto ogarnęła epidemia czerwonej gorączki. Dotarła nawet w zamkowe mury, tu jednak zakonni medycy wykazali się niezbędną wiedzą i umiejętnościami. Żaden z braci nie umarł, wielu jednak ciężko chorowało, w tym i Dieudonné. Minęły trzy tygodnie, nim nabrał dość sił, aby chodzić, i drugie tyle, nim wybrał się na Czarci Most.

Smok długo nie przylatywał. A kiedy już spłynął z niebios, wydawał się smutny. Długo patrzył na Gozona nieruchomym wzrokiem, nieskory do rozmowy.

– Będzie mi jej brakowało, człowieku – wymruczał wreszcie, szurając pazurami po skale. – Powiedziała ci, że już się mnie nie boi?

– Kto?

Glehny zatrzymał spojrzenie na twarzy Gozona. W pionowych nieruchomych źrenicach kryło się coś, czego rycerz nie był w stanie zrozumieć.

– Spotkacie się. Kiedyś – rzekł jaszczur. I odleciał bez pożegnania.

Jakoś kilka dni później Dieudonné wybrał się odwiedzić Demetrisa, u którego przed chorobą zamówił nowy miecz, bo stary nadawał się już tylko do siekania warzyw. Zastał go w żałobie.

– Za kogo mam odmówić modlitwę? – spytał więc uprzejmie, gdy już załatwili interesy.

– Za córkę, panie – stary płatnerz bardzo starał się nie pokazać cierpienia, choć zmarszczki na jego policzkach były głębsze niż zwykle. – Za moją Livię – odwrócił twarz ku ścianie warsztatu.

Gozon powinien wrócić w mury, do kancelarii. Jednak nie potrafił się do tego zmusić. Pojechał na Czarci Most i tam, wyglądając smoka, w rozpaczy rozmyślał nad ścieżkami, które biegną na ukos, przecinają się, ale nie chcąc się zejść, połączyć w jedną trochę szerszą drogę. A potem nikną nagle w nieprzeniknionej mgle.

Nigdy, poza tą jedną rozmową w ostatnich tygodniach przed epidemią, nie przekroczyli z Livią dzielącej ich granicy. Och, rozmawiali na temat Turków, Kolosa z Rodos… nigdy o niczym naprawdę ważnym, jak sobie teraz uświadomił.

A przecież Annibale, ten sam Caro Annibale, który nie odważył się złamać zakazu Heliona, gdy szło o smoki, odszedł jednak z zakonu. Teraz jego słowa, wypowiedziane piskliwym, podniesionym tonem: – Jestem tylko człowiekiem, zabrzmiały Gozonowi niczym oskarżenie.

Podniósł mały kamyk i z rozmachem rzucił w przepaść.

Tchórz – pomyślał z rozpaczą. – Nędzny tchórz. Głupiec.

To właśnie powiedziała Livia: Jesteś głupcem. I póki nie zrozumiesz, że słowa nie wystarczają, pozostaniesz nim, choćby na wieczność.

* * *

– Smok wciąż się pojawia? – spytał Helion. Był już bardzo stary i jego rządy zmierzały do końca. Miał problemy z żołądkiem, nie mógł jeść, prawie oślepł na jedno oko i czytanie dokumentów przychodziło mu z trudem. Musiał to czynić za niego sekretarz, czego serdecznie nie znosił. – Dawna umowa wciąż obowiązuje?

Od lat, najczęściej wiosną, gdy morze znów stawało się żeglowne, zadawał Gozonowi to samo pytanie. Nie pozwolił mu ujawnić istnienia paktu ze smokiem, choć kilka osób znało jego treść. Ale powierzał rycerzowi coraz bardziej odpowiedzialne stanowiska, stopniowo prowadząc na szczyty zakonnej władzy.

Od lat Dieudonné przekazywał Helionowi tę samą odpowiedź. Smoki wiernie strzegły wyspy. Tureckie galery nigdy nie zdołały wylądować na brzegu, aż sułtan pojął, że jakaś niepojęta moc strzeże Rodos, i zaprzestał wysiłków.

– Umowa jest dotrzymywana – potwierdził więc.

Helion milczał.

– Nie zmarnuj tego – wychrypiał wreszcie z wysiłkiem, ale wyraźnie, pokonując cichy astmatyczny świst wydobywający się z jego płuc.

Przymknął oczy, dając Gozonowi znak, by zostawił go w spokoju.

Nigdy więcej nie rozmawiali na temat smoka, a nim minęły trzy miesiące, Bóg powołał Heliona do swojego Zakonu.

 

VI

Po raz ostatni przed oficjalnym przejęciem obowiązków wielkiego mistrza Gozon wyruszył na samotną wyprawę. Gdzieżby indziej, jak nie na Czarci Most.

Dojeżdżał tam, gdy w pewnej chwili dostrzegł wysoko na niebie dwa poruszające się punkciki. Większy sunął leniwie, drugi, drobniejszy co najmniej o połowę, krążył wokół niego w dziwacznych ewolucjach jak uczące się latać pisklę obok swojego rodzica.

Wkrótce większy ze smoków spłynął ku joannicie.

– Nie będę ci gratulować – rzekł, przysiadając dziesięć kroków od wierzchowca rycerza i z pietyzmem składając skrzydła. Pozostawało zagadką, skąd wiedział o wynikach elekcji. – Będę ci współczuć, Gozonie. Turcy będą cię nękać…

Dieudonné przerwał mu niecierpliwie:

- Wszystko to wiem i bez ciebie. Mają nie zdobyć wyspy, póki żyję. Tak się umówiliśmy.

Glehny podszedł tak blisko, że Gozon znów poczuł jego lekko pomarańczowy zapach. Koń prychał z niepokojem, tylko ściągnięte wodze trzymały go w miejscu.

– Wystarczy cię teraz zabić, a jutro mogą zdobyć tę wyspę – rzekł smok.

Rycerz uśmiechnął się leciutko. Przez te wszystkie lata przywykł do jego braku manier i ryzykownych żartów.

– Sądzę, że dotrzymasz słowa. Albo staniesz do uczciwej walki.

Glehny zapatrzył się w dal. Mała kropka wciąż kręciła w górze kółka albo spirale i smok spoglądał właśnie w tę stronę.

– Raczej dotrzymam słowa. I tak odejdziecie z tej wyspy, choć rzeczywiście nie za twego życia.

Rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze. Po chwili dołączył do ciemnej plamki na tle chmur. Obie zaczęły krążyć wokół siebie, wolno oddalając się poza zasięg wzroku joannity.

Gozon spoglądał na odlatujące smoki, rozmyślając o skarbie, którego Glehny pilnował. Uśmiechnął się do swoich myśli, pokręcił z niedowierzaniem głową. Smok naprawdę nie kłamał!

Wreszcie obrócił konia i zjechał z Czarciego Mostu na bezpieczną ziemię. Przy krzaku róż, starym już i miejscami suchym, przystanął.

Obok wyrósł nowy krzak, na młodych gałązkach wypuścił pierwsze kwiaty. Były drobne, ledwie wielkości paznokcia. Rycerz zerwał jedną gałązkę, powąchał, wetknął za pazuchę.

Było takie miejsce niedaleko przylądka Wodi – niewielka skalna półka rozdzielająca linię lasu od kredowej łysiny – gdzie kładł takie gałązki jakby w dowód, że o niczym nie zapomniał. Raz czy dwa znalazł tam czarne, szkliste kwiaty, pochodzenia których mógł się tylko domyślać. Ktoś jeszcze przechowywał w pamięci wspomnienie Livii.

Wracając, na drodze spotkał samotnie idącą młodą dziewczynę. Wędrowała brzegiem morza do Lindos. W jej gestach dostrzegał coś znajomego, charakterystycznego kiedyś dla córki płatnerza. Tę samą radość życia, miękkość niespiesznych kroków, gdy nie niepokojona podążała swoją drogą. Mogłaby być dzieckiem Livii, gdyby ta wyszła za mąż. Gdyby nie umarła.

Mijając dziewczynę, pochylił się i bez słowa, nieoczekiwanie dla samego siebie, wręczył jej różę. Ze zdziwieniem przyjęła kwiat, zaraz jednak uśmiechnęła się, z wdziękiem pokrywając pierwsze zaskoczenie. Oberwała kolce i wsunęła różę za ucho. Zrobiwszy taneczny ruch przed rycerzem, ruszyła w dalszą drogę.

Westchnął. Czas było wracać do zamku, swego dobrowolnego więzienia.

Pisma i uśmiechy. Tak, miłościwy królu. Nie, miłościwy panie. Zakon potrzebuje twego wsparcia. Jesteśmy chrześcijańskim przedmurzem, królu. Kłamstwo na ustach, gorycz w sercu. Potrafił sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać ta niewola

Jego spojrzenie znów padło w tę stronę, dokąd odeszła dziewczyna. Żałował, że tak rzadko zdobywał się na podobne gesty wobec Livii.

Ale może przynajmniej, jeżeli zdoła ocalić zakon, dowiedzie, że nie jest ostatnim pośród tchórzy. Tyle wciąż mógł zrobić.

*

Krótki sen o opisaniu świata

(Ze zbioru „Wilcza krew, smoczy ogień”,

Fabryka Słów 2006)

 

Yannuris odłożył pióro na pulpit i przeciągnął się z westchnieniem. Stare kości bolały go coraz częściej. Już nie wytrzymywał całego dnia spędzonego nad księgami jak kiedyś, w latach młodości.

Cóż, dzieło jego życia będzie musiało poczekać.

– Panie mój? – Niemal bezszelestnie pojawił się Drahi, jego sługa dotąd skryty gdzieś pomiędzy regałami biblioteki. Był niemal równie stary jak jego pan. Obaj dożywali kresu swych dni na szczycie Więziennej Góry. – Życzysz sobie, by przygotować kąpiel?

– Chyba już i tak niewiele bym zrobił – z westchnieniem przytaknął Yannuris.

W jego głosie zabrzmiała nuta żalu. Odsunął się od pulpitu. Niech wszystko zostanie tu, jak leży: księgi, narzędzia, mapy. Niczego nie będzie zabierać, bo i po co?

Po raz ostatni rozejrzał się po bibliotece. Powiedzieć, że była świetna, to jak bicze gwałtownej jesiennej ulewy, rozpryskujące się na stromych stokach góry z energią pioruna, nazwać ledwie paroma kroplami wody rzuconymi na rozgrzany piasek pustyni Nev. Zostały tu zgromadzone wszystkie księgi, jakie kiedykolwiek napisano w języku archandyjskim. Cała wiedza cesarstwa od pokoleń gromadzona była w dwóch identycznych bibliotekach: oryginały nowych dzieł trafiały do pałacu samego cesarza, zaś ich wierne odpisy czy kopie na Ueni Ambę, Więzienną Górę. Żyły tu w przyjaźni z dziełami w innych językach, księgami, które kolejnym cesarzom udało się dostać w darze, wymienić, ukraść czy pozyskać innym sposobem. Były tu mądrości wrogów, przyjaciół albo neutralnych sąsiadów cesarstwa Archandu. Ludzie mogli ze sobą walczyć, lecz dla ksiąg nie miało to większego znaczenia. Wrogiem jednej wiedzy nie jest przecież inna wiedza, lecz ignorancja, ciemność, barbarzyństwo.

Jednak obce księgi głoszą odmienne prawdy, tak jakby opisywały zupełnie różne światy – snuł chmurne myśli Yannuris, podążając za swym sługą pustym, chłodnym korytarzem. – A przecież Archand dzieli granicę z Gordem. Zaś Lirta swymi sztormami omywa wybrzeża aż trzech ziem, bo jeszcze i odległego Hi’en, z którym cesarstwo stoczyło dwie wojny morskie, nieomal w ogóle nie znając wnętrza tego bagnistego kraju.

Zamiarem Yannurisa było uporządkować nieco ten stan. Pragnął wykreślić mapy sięgające daleko poza Archand. Miały jak najdokładniej opisywać inne królestwa. Nawet nie tylko sąsiadów Cesarstwa, lecz sąsiadów ich sąsiadów i ich sąsiadów… Nie miały to być zwyczajne zwoje kartograficzne, o, nie! – więzień Ueni Amby chciał te ziemie opisać dokładnie, aby ktoś kiedyś, chcąc podjąć podróż w tamte odległe rejony świata, mógł się zawczasu przygotować.

Wierzył, że choć dziś Archand pozostaje w dobrowolnej izolacji, to jednak któregoś dnia posłowie ruszą hen, daleko, do tych wszystkich słabo poznanych, często nieopisanych przez archandyjskich kronikarzy krajów. Wtedy jego księga stanie się potrzebna, imię będzie wspominane, a życie – życie spędzone na Więziennej Górze – nabierze sensu, choćby i długo po śmierci.

* * *

Czekając w komnacie na przygotowanie kąpieli, Yannuris zastanawiał się, czy zdoła dokończyć swe dzieło.

Za późno zaczął nad nim pracować. Na Więzienną Górę trafił jako dwulatek. Jednak kiedy podrósł, zainteresowało go co innego: polityka cesarstwa, języki sąsiadów, dworska etykieta, słowem wszystko to, co mogło mu się przydać, kiedy sam obejmie rządy.

Dopiero wiele lat później pojął, że być może nigdy nie opuści Ueni Amby. To go zmieniło. W gwałtownym proteście odrzucił rzeczy przydatne w świecie, którego mógł wcale nie poznać – i zajął się mirażami. Bo przecież opisy tych samych miejsc czynione przez różnych kronikarzy, pochodzących z innych krajów, a nawet żyjących w różnych epokach, często dramatycznie nie pasowały do siebie, nie przystawały jak dzień do nocy. W jednych Gord przedstawiany był jako kraina bezpieczna, przyjazna podróżnikom – podczas kiedy inni srogo przestrzegali przed zapuszczaniem się na te ziemie, obwiniając żyjących tam ludzi o barbarzyństwo i nieustający rozbój. Nie stronili od krytycznych uwag nawet tamtejsi pisarze. Zweryfikować to wszystko, dojść do jednego, sensownego i prawdziwego wniosku – to jakby chcieć uwięzić i zatrzymać fatamorganę. Złapać, okiełznać i zmusić do walki po swojej stronie smoka, o czym wspominał jeden z dziejopisów.

– Panie? – Do komnaty zajrzała Heyla, najmłodsza ze służek Yannurisa. Najmłodsza, ale także już dosyć posunięta w latach.

W łaźni pomogła mu zdjąć szaty i wejść do kamiennego basenu. Z ulgą zanurzył się w gorącej wodzie pachnącej lawendą i cedrem.

– A może skorzystasz? – uśmiechnął się do kobiety, czyniąc ręką zapraszający gest. – Przynajmniej nie zamoczysz sukni, myjąc mi plecy, jak ostatnim razem.

Po krótkim wahaniu nieśmiało skinęła głową. Zrzuciła strój i wsunęła się do basenu.

Yannuris spoglądał na nią z namysłem. Była stara. Na Więziennej Górze wszyscy byli starzy. Jednak lubił ją. Ona jedna, obok Drahiego, dostrzegała w nim człowieka, nie zaś zgrzybiałego pretendenta do tronu.

A kiedy prysnął na nią wodą, roześmiała się. Jakby im obu ubyło lat.

* * *

Jesienne deszcze nie ustawały, lecz Yannuris niemal ich nie zauważał pochłonięty opisywaniem wysokogórskich równin zamieszkałych przez rodzinę plemion Sunnei. Ukryci za pasmem potężnych, sięgających nieba gór, pokrytych czapami wiecznego śniegu, pędzili swój żywot na kilku zimnych płaskowyżach, gdzie grube łańcuchy szczytów rozdzielały się, tworząc  długie, wąskie kotliny przypominające wielkie wrzeciona.

Sunnei byli słabo znani Archandyjczykom z bezpośrednich kontaktów. Mało komu udało się pokonać granice wiecznej zmarzliny. Lecz inni mieli z nimi jakieś kontakty. Przy czym słowo jakieś dobrze oddaje charakter tych relacji. Bardzo trudno było cywilizowanemu Gordyjczykowi czy nie mniej kulturalnemu Almeidzie, żyjącemu w mieście, niosącemu w swej świadomości światło państwa istniejącego w tych samych mniej więcej granicach od tysięcy lat, porozumieć się ze stepowym łupieżcą, który swe skórzane namioty stawiał gdziekolwiek i przemierzał owe równiny w niekończącej się wędrówce za stadami baranów. Ci ludzie nie posiadali nawet pisma!

A jak ich świat może opisać ktoś, kto go nie rozumie, notuje tylko przypadkowe zdarzenia i fragmenty zasłyszanych opowieści, przekładając ich znaczenia na podobne do tych, jakie zna z własnej kultury? W czytanych księgach Yannuris dostrzegał niewiarygodne wprost rozbieżności dotyczące geografii tamtych odległych równin. Lecz przede wszystkim nie dało się niemal nic wywnioskować o życiu Sunnei, bo przecież z pewnością nie byli głupcami, jak ich opisywali kronikarze. Gdyby byli tacy, już dawno te surowe ziemie zająłby kto inny, a tymczasem oni wciąż tam trwali razem ze swymi baranami…

Nieistotne plemię, nieistotny kawałek ziemi – rozmyślał Yannuris – a przecież już któryś miesiąc trwa to żmudne szukanie, weryfikowanie, próba zrozumienia…

Nie zdążę – ponuro rzekł do siebie któregoś dnia, obserwując mrówkę, która przemierzała skraj wielkiej księgi niby podróżnik wędrujący po bezkresie świata. – Chyba, że dożyję stu lat w zdrowiu. A na to się nie zanosi.

Od samego rana był poirytowany tym, co działo się wokół niego. Wyczuwał jakiś niepokój, podskórne zdenerwowanie służby i strażników. Nawet Drahi wydawał się być jakiś odległy, zasłuchany we własne myśli.

Czyżby?… – w nagłej panice pomyślał Yannuris. – Ale teraz?!

Przemierzył swoją komnatę kilkunastoma szybkimi krokami. Nawet i tu wszędzie leżały księgi. Nie potrzebował zbytków i luksusów, do spania wystarczała mu tylko mała wydzielona alkowa, resztę apartamentu przeznaczył na gabinet do pracy.

Naraz zrobiło mu się duszno. Chwycił opończę i gwałtownymi krokami podszedł do drzwi na taras. Szarpnął je nieco nerwowo i wyszedł.

Odgrodzony barierkami chroniącymi przed upadkiem, rozpościerał się przed nim cały świat. Cały niedostępny świat, który mógł oglądać oczyma innych, lecz nie własnymi.

Więzienna Góra była wysokim szczytem o bardzo stromych zboczach i płaskim wierzchołku. Na nim właśnie zbudowano przed wiekami to luksusowe więzienie. Nie było tu żadnych krat, lecz zejście w dół oznaczało spotkanie z cesarskimi strażnikami czuwającymi dzień i noc. Jako pretendent do tronu Yannuris mógł rządzić tylko równo ściętym zwieńczeniem góry – mniej więcej sto kroków w każdą stronę i granica tak wyrazista, że wyrazistszej być nie może: przepaść. Wszędzie indziej w Archandzie panował cesarz, umiłowany Idan IV, starszy brat Yannurisa.

Mógł w spokoju studiować księgi, próbować ucieczki albo rzucić się ze skały. Nie mógł jedynie liczyć na to, że na dole, w Archandzie, ktokolwiek udzieli mu pomocy. W gruncie rzeczy nawet straż u podnóża góry, ci ludzie, których widział jako małe kropeczki niezmordowane krążące po swoich codziennych trasach, nie byli potrzebni. Kto zaryzykuje pomoc pretendentowi do tronu, gdy w przypadku nieudanego uczynienia go cesarzem oznacza to wygubienie rodziny do czwartego stopnia pokrewieństwa włącznie?

Naraz przy balustradzie stanął Drahi.

– Ziąb, panie – rzekł.

Yannuris wolno skinął głową.

– Zima idzie…

Sługa okrył go dodatkową opończą.

– Powiedz, jaki jest ten świat na dole? Bardzo różni się od tego, co zapisano w księgach? – spytał wreszcie więzień.

Drahi uniósł na niego spojrzenie. Wiedział, że pod pytaniem starego pretendenta kryje się zupełnie inna, dręcząca wątpliwość, czy Yannuris byłby w stanie zmierzyć się ze sprawami Archandu.

– Panie, księgi to wydestylowana mądrość – odparł sługa po chwili namysłu. – Życie poniżej tego szczytu to tylko brud, krew, głód i cierpienie. Rozwiewa się jak pyłowa burza i nic po nim nie pozostaje. Co warto zapisać, ktoś prędzej czy później włoży do księgi.

Drahi znał tamten świat. Raz w roku wyjeżdżał na kilka tygodni, aby przywieźć księgi, zdać Idanowi relację z poczynań najważniejszego więźnia… Yannuris podejrzewał, że był on nie tylko jego towarzyszem i sługą, lecz także szpiegiem i strażnikiem.

– Idan wciąż panuje – podsumował tę wymianę zdań Drahi.

* * *

Idan IV wciąż panował, a jednak Yannuris nie potrafił odpędzić wrażenia, że na Więzienną Górę zakradł się gęstniejący niepokój, duszna atmosfera wyczekiwania.

Kilka dni później – akurat kiedy czytał jakąś księgę o dziejach odległego ludu Hi’en – nagle jakieś hałasy oderwały go od lektury. Podszedł do okna biblioteki.

Wąską krętą drogą, owijającą się wokół Ueni Amby niczym wąż dookoła swojej ofiary, wędrowała niewielka kolumna ludzi. W ich ruchach była stanowczość, w minach nieustępliwość, w postawie – świadomość, po co tu przybyli.

Yannuris zaczerpnął tchu, aż zakłuło go w piersiach. Z trudem powstrzymał okrzyk bólu. Gryząc wargę, podszedł do stołu i powoli, smutnym, zmęczonym ruchem zamknął księgę.

A kiedy po jakimś czasie pojawił się Drahi, spytał:

– Umarł?

Sługa zaprzeczył ruchem głowy. Choć przecież wiedział, że nie warto kłamać.

– Ma jeszcze kilka dni przed sobą.

Stary pretendent zrobił kilka kroków po mozaice przedstawiającej motyla siedzącego na kwiecie.

– Na co zapadł?

Drahi westchnął.

– Zwyczajna starość, panie.

Gorzki uśmiech wypłynął na twarz Yannurisa.

Zwyczajna starość to było to – i chyba tylko to – co łączyło go z bratem. Idan panował w kakofonii świata, wydając rozkazy i rządząc, Yannuris żył w ciszy, analizując decyzje i działania innych.

* * *

Trzy dni później, w godzinę po nadejściu świtu, pojedynczy konny z tętentem wjechał na Więzienną Górę.

Yannuris nie spał. Przez ostatnie kilka dni nie pracował, wątpiąc w sens tego zajęcia. Miał problemy ze snem, siedział więc i z okien biblioteki spoglądał na drogę.

Kiedy Drahi razem z dwoma zbrojnymi przyszli po niego, nie musieli mu nic mówić. Sam się domyślił, że jego brat umarł.

* * *

Idan IV leżał na śmiertelnym łożu, w otwartej trumnie. Tego dnia żegnał się ze swymi poddanymi. W nocy jego ciało spocznie we wnętrzu Góry Cesarzy, by po wiek wieków trwać jako dowód długiej i nieprzerwanej linii władców Archandu.

Na centralny plac miasta przybyły tłumy. Ludzie chcieli się pożegnać z władcą, który co prawda jak każdy cesarz żył w oddaleniu od nich, lecz wydawał się im szczególnie bliski. Nie uciskał ich nadmiernie, a czasem wykonywał gesty pozwalające dostrzec w nim człowieka. Jak choćby wtedy, gdy przed siedmiu laty niezwykle surowa zima ogarnęła kraj, a on nie zawahał się opustoszyć cesarskich magazynów z jedzenia i opału, aby ludzie nie marli z głodu i zimna.

Teraz przyszli, aby go pożegnać. Na samym placu zmieściła się tylko ich cząstka, ledwie parę tysięcy spośród tych, którzy by przybyli, gdyby było to możliwe. Odcięci od trumny Idana poczwórnym kordonem wojska zachowywali się jak podczas jakiegoś święta.

I może to było dla nich święto? W końcu ileż razy za ich życia umierał jakiś cesarz?

Na długich schodach pałacu, szeroką marmurową wstęgą spływających w dół ku placowi, stał tron otoczony członkami Rady Baronów i doradcami wojskowymi. Było wśród nich także dwóch ambasadorów oraz kilku mnichów z cesarskiej nekropolii, zwanych duchownikami.

Tuż obok tronu, na którym zasiadł Yannuris I, można było odnaleźć charakterystyczną, wysoką sylwetkę Drahiego.

Poddani uważali zapewne, że mroczna mina nowego cesarza oznacza ból i zadumę. On jednak błądził myślami po zakątkach tak dobrze znanej Więziennej Góry. Nieobecnym spojrzeniem wodził po rozgorączkowanym tłumie, z roztargnieniem oddawał gesty stojącym nieopodal tronu ambasadorom Gordu i Almeidy, którzy chcieli w imieniu swych krajów pożegnać Idana IV.

W świadomości Yannurisa z trudem mieścili się również duchowni odprawiający na placu modły za szczęśliwe połączenie się zmarłego z jego przodkami. Wychowany na księgach, z dala od religijnych obrządków, nie potrafił uwierzyć we wspólnotę żywych i umarłych, chociaż rozumiał, że dla prostego ludu religia jest równie ważna co widok cesarza, a może i ważniejsza, bo to nie władca, lecz kapłani na co dzień krążyli pośród nich.

Yannuris w całym pogrzebie dostrzegał tylko jeden pozytywny akcent. Przypatrywał się nie swemu bratu, lecz okrywającej zwłoki nefrytowej szacie. Była… niezwykła.

Przypominała nieco zbroję. Składała się z kilkunastu części okrywających całe ciało z wyjątkiem twarzy. Wypolerowane płytki jasnozielonego kamienia połączone zostały złotymi drucikami, a od spodu prześwitywała purpurowa materia. Spoczywający na białym katafalku Idan IV wyglądał majestatycznie niczym umarły bóg.

Nagle Margal, jeden z młodszych baronów stojących niedaleko tronu, zaczął coś szeptać do ambasadora Veigana Du z królestwa Almeidy.

Margal nie był arystokratą takim jak inni. Jego ród nie miał szans zostać wspomniany w księgach wertowanych przez Yannurisa. Dopiero w ostatnich dekadach wydźwignął się ze sklepikarzy na możnych kupców, a z tych, mieszając krew z ubogą, ale wartościową szlachtą, wpłynął do zatoki baroniej. Zasilił ją podłym pochodzeniem, za to wielkimi pieniędzmi. Stąd też ów mężczyzna w średnim wieku, choć giął kolano przed cesarzem, nie wydawał się przerażony jego obecnością. Raczej szacował, ile trzeba wydać, aby go kupić.

Yannuris, ledwie ujrzał na oczy Margala zaraz po przybyciu do stolicy, intuicyjnie wyczuł, że będą z nim kłopoty. Chociaż spoglądając na wszystkich baronów i doradców, tak naprawdę dostrzegał tylko jednego człowieka, który stał po jego stronie – Drahiego. Był on wiernym towarzyszem od kilkudziesięciu lat, jedynym stałym punktem w świecie, który nieoczekiwanie obrócił się dla Yannurisa na drugą stronę. Niedawny mieszkaniec Ueni Amby czytał co prawda, że więźniowie nienawidzą swego miejsca odosobnienia i jego dozorców, ale wiedział, że to tylko część prawdy. Ta część dotycząca ludzi, których więziono zbyt krótko, aby zdążyli pokochać swych strażników jak braci…

Patrząc na tych dwóch, Margala i ambasadora z Almeidy, Yannuris doznał nagle olśnienia. Gdyby był religijny, mógłby powiedzieć, że to któryś z przodków zesłał mu tę myśl. Oto spoglądając na Veigana Du, człowieka z innego kraju, uświadomił sobie, że zyskał nagle możliwość sprawdzenia, jak naprawdę jest w tych obcych ziemiach.

Yannuris pojął, że może wysłać wyprawy naukowe i zweryfikować wiedzę ze swoich ksiąg. Spożytkować szansę, jaki los nieoczekiwanie mu podarował. Wprawdzie Almeida i Gord – których ambasadorowie stali wśród baronów – są znane, ale nowy pan Archandu wyśle wyprawy również gdzie indziej. Do Sunnei, a także morską ekspedycję do Hi’en, korzystając ze spokoju panującego na wodach Lirty.

Lud zrozumiał minę cesarza tak, jak lud zwykle rozumie ciepły uśmiech na twarzy swego władcy. Rozległy się wiwaty i okrzyki radości.

* * *

W nocy po pogrzebie Yannuris nie mógł usnąć. Spoczywając w wielkim łożu przesłoniętym kotarami, słuchał cichnącego szmeru pałacowego życia. Wreszcie pozostały jedynie odległe odgłosy zmieniających się i krążących wart. Raz w ogrodzie zaskrzeczał paw zbudzony złym snem albo wyczuwając drapieżnika.

Powinien czuć smutek, bo przecież pochował własnego brata. Powinien czuć smak władzy, bo przecież po ceremonii stał się dzierżącym niepodzielną władzę cesarzem Archandu.

Tymczasem jedynym, co w nim żyło, był pomysł, jaki przyszedł mu do głowy w trakcie ceremonii pogrzebowej. Świadomość, że to, o czym czytał w księgach na Ueni Ambie, może wcielić w życie. Tam, na Więziennej Górze, mógł tylko zadawać pytania. Teraz – także poszukać odpowiedzi.

Wreszcie wstał i zaczął spacerować po swojej komnacie. W ciągu tych kilku dni, odkąd w niej zamieszkał, zdołał się pozbyć luksusów, jakie najwyraźniej cenił sobie jego brat. Odarta z większości obrazów i sprzętów bardziej nadawała się do zamieszkania. I było też więcej miejsca na wędrowanie wzdłuż którejś z linii geometrycznej mozaiki pokrywającej podłogę.

Pomyślał, że nie ma na co czekać. Zbierze Radę Baronów – pora przejść do czynów. Dosyć się naczytał, nasiedział, napatrzył na swe myśli i wyobrażenia. Może był stary, ale czuł w sobie energię. Zaraz wyda rozkaz… karawany ruszą w świat…

Jeszcze leżąc w jedwabnej pościeli, zastanawiał się, co powie. Albo raczej jak to powie, jak oznajmi im swoją decyzję. Wiedział, że jego doradcy będą zaskoczeni.

Ledwie wstał, w jego komnacie bezszelestnie pojawił się Drahi.

Yannuris oznajmił mu, że po śniadaniu chce się spotkać z Radą Baronów. Mógł podjąć decyzję samemu, ale chciał im wyjaśnić. W nocy doszedł do wniosku, że można spróbować zmienić obraz Archandu w oczach świata, pokazać go jako państwo szukające wiedzy. Do tego jednak potrzebował wsparcia.

Liczył, że przekona baronów wizją pozyskania nowych towarów, a tym samym pieniędzy. Kupię ich koncesjami – myślał z rozbawieniem. – Korzenie, złoto, co tylko się da.

Drahi zburzył te wizję jednym zdaniem:

– Panie, ambasador Veigan Du chce się z tobą spotkać w pilnej sprawie. Twierdzi, że to, co ma do powiedzenia, nie powinno czekać ani chwili.

* * *

Jedną z niewielu rzeczy, jakie w pałacu docenił Yannuris, był wielki, zadbany ogród, w którym rosły chyba wszystkie drzewa i kwiaty świata. Pomiędzy nimi przemykały na wpół oswojone zwierzęta, szczególnie w tej części ogrodu, którą utrzymywano w stanie zamierzonej półdzikości. To tam rankiem dnia poprzedzającego pogrzeb nowy cesarz długo przyglądał się małej zielonobrązowej jaszczurce krążącej wokół porośniętej wysoką trzciną sadzawki. Przysiadł w kucki na mokrej od porannej rosy trawie i obserwował, jak zwierzątko szuka owadów, od czasu do czasu nerwowym ruchem głowy sprawdzając, czy Yannuris nie próbuje zrobić mu krzywdy.

Dziś jednak Drahi poprowadził swego władcę do wygodnej altany pośrodku polany w wypielęgnowanym zagajniku. Czekał tam już odziany w ciemną szatę bez ozdób ambasador Almeidy, Veigan Du. Ceremonialnie ukłonił się Yannurisowi na powitanie. Jednak jego twarz pozostała skupiona, a wyraz oczu trochę nieobecny.

– Chciałem spytać, panie… – zaczął, gdy cesarz wszedł do altany, a Drahi stanął na straży, czuwając, aby nikt im nie przeszkodził. – W imieniu swego władcy chciałem zapytać, czy Archand przystąpi do wojny po naszej stronie, kiedy ona wybuchnie.

Yannuris podniósł na niego zaskoczone spojrzenie.

– Archand nie chce wojny – odparł nieco bardziej ostrym tonem, niż to miał w zwyczaju.

Na twarzy ambasadora odmalowało się zaskoczenie, a przez jego oczy przemknął cień zakłopotania. Powiódł nimi po polanie, na sekundę zatrzymał wzrok na odległym o trzydzieści kroków Drahim, nim znów spojrzał na cesarza.

– To Hi’en znów jej szukają, panie, jak trzydzieści lat temu. Twój brat, gdy pokazaliśmy mu raporty naszych szpiegów, nie odrzucił myśli o wspólnym wystąpieniu przeciwko agresorowi. Myślałem, że doradcy brata zdążyli ci o tym powiedzieć.

Tak, doradcy… Żaden z nic ani żaden z baronów nawet się nie zająknął o tej sprawie – gorzko pomyślał Yannuris.

– Nie chcę wojny – mruknął.

Veigan Du zacisnął swe wąskie, wypielęgnowane dłonie arystokraty na balustradzie oddzielającej ich od trawy porastającej polanę. Westchnął ciężko.

– Znam cię, panie, i wiem, że bardziej interesują cię księgi od ludzi – rzekł wreszcie otwarcie. – Lecz mój pan i władca, Sanhel, pragnie ci przekazać, że nie taki jest wybór: chcieć czy nie chcieć wojny. Pytanie brzmi: wolisz zaatakować Hi’enczyków, zanim zejdą ze swych okrętów, aby pustoszyć nasze ziemie, czy pozwolisz, aby nas zaatakowali w wybranej przez siebie chwili.

Yannuris spojrzał mu prosto w oczy i odparł:

– Ambasadorze, czy nie rozumiesz? Ledwie objąłem tron. Nie tylko nie chcę, ale i nie mogę zaczynać rządów od wojny!

Almeidczyk wzruszył ramionami.

– Tej wojny nie da się uniknąć, panie – powiedział. – Można tylko wybrać na nią zły albo dobry moment.

* * *

Drahi rzadko widywał Yannurisa tak zafrasowanego. Ich życie na Więziennej Górze było proste i raczej pozbawione trosk. Nawet przed tymi kilkoma wyjazdami, które sługa musiał odbyć poza Ueni Ambę, nie widział swego pana tak zmartwionego. Cesarz wydawał się przygnieciony rozmową z ambasadorem.

Tymczasem nadeszła pora na spotkanie z Radą Baronów.

Yannuris złapał ukradkowe spojrzenia swego sługi, ale postanowił nie przyznawać mu się do swoich wątpliwości, dlaczego nikt mu nie powiedział, że Idan odbył taką rozmowę z Veiganem Du. Czyżby doradcy zapomnieli? Czy też, jak podejrzewał, nie zamierzali mu o tym wcale mówić?

Spotkanie odbywało się w wielkiej sali z kolumnami. Baronowie i doradcy już na niego czekali, rozmawiając na stojąco. Przygotowany stół był skromnie zastawiony paterami pełnymi owoców i dzbanami źródlanej wody. Yannuris nie wydawał takiego zarządzenia, widać jednak jego zamiłowanie do ascezy szybko uznano za obowiązujące prawo. Uśmiechnął się z wyrozumiałością, ale i pewnym smutkiem – w tej chwili chętnie wypiłby nieco wina. Mógł poprosić służbę, ale to już nie to samo, bo z władcy skromnego stałby się kapryśnym.

Pięciu baronów i trzech doradców (w tym jeden kapłan wydelegowany z klasztoru przy Cesarskich Kryptach) wyczekująco spoglądało na swego pana. Razem z Drahim było ich w tej sali dziesięciu – i decydowali o losach sporego państwa. Albo przynajmniej żyli w mirażu, że taka jest ich władza. Cesarz mógł mieć na ten temat inne zdanie.

Yannuris swój pomysł o wysłaniu wypraw starał się jednak przedstawić nie jako już podjętą decyzję, lecz raczej dopiero co dostrzeżoną okazję, z którego grzechem byłoby nie skorzystać.

Drahi w zadumie wysłuchał opowieści o tym, iż wiedza zdobyta przy pomocy karawan uczyni Archand potężniejszym. Baronowie nie byli jednak tak uprzejmi. Choć nie przerywali Yannurisowi, widać było, że ich nie porwał.

– To niepotrzebne koszty – zaczął stary Skand, kiedy cesarz spojrzał po nich pytająco.

Margal wyraził się dosadniej:

– Panie nasz! Nauka jest dobra dla brodatych uczonych. Jeżeli chcesz tracić pieniądz, wyślijmy zbrojne wyprawy, zróbmy wojnę…

Yannuris westchnął z rezygnacją.

Nie poparł go żaden z baronów, nikt z doradców. Nawet Drahi, ku wielkiemu bólowi swego władcy, milczał, jakby nie chcąc przystawać do chóru krytyków, a nie mogąc pochwalić inicjatywy.

– Widzę, że was nie przekonałem – podsumował wreszcie Yannuris. – Zatem udam się do Cesarskich Krypt i tam porozmawiam z mymi poprzednikami. Może oni pomogą mi podjąć właściwą decyzję.

Słowo władcy jest rozkazem. Jednak cesarz zdawał sobie sprawę, że długo nie porządzi, nie mając poparcia tych ludzi.

Pozostało mu wesprzeć się autorytetem przodków.

* * *

Yannuris miał świadomość, że wojna z Hi’en była nieunikniona. Liczył jednak, że zdoła wcześniej wysłać wyprawy. A może nawet zdążą powrócić, zanim zaczną się walki. Później już nie będzie mógł zrealizować swego planu… zresztą żadnego później może nie dożyć. Nie zamierzał czekać.

Aby utrącić protesty, użył narzędzia, o którym sądził, że baronowie ulegną mu bardziej, niż on sam: wiary.

Podczas kiedy on czytywał księgi, oni spotykali i słuchali kapłanów. Według tych zaś ciężar jednego słowa przodków jest stokroć większy niż całej przemowy żyjących, sami zaś przedstawiali się jako kupcy z wagą i odpowiednim stosem odważników. Teraz Yannuris chciał z tego skorzystać. Gdy wróci z Krypt, twierdząc, że przodkowie akceptują wysłanie karawan naukowych, kto zdoła mu zaprzeczyć?

Poza tym nie miał okazji odwiedzić Krypt Cesarskich. Teraz będzie właściwy moment.

O dziwo, Drahim próbował go od tego odwieść.

– Panie mój i władco, nie powinieneś zadzierać z baronami – rzekł cicho i błagalnie. – Przodkowie pewnie zechcą cię wesprzeć w decyzji wysłania karawan, ale ludzie w pałacu tego nie pojmą. A to ludźmi rządzisz, nie duchami czy sarkofagami pełnymi prochów.

* * *

Cesarska nekropolia była odrębnym, zamkniętym miastem, w którym na stałe przebywali tylko kapłani mający tu swoją główną siedzibę.

Aby wznieść odpowiednie miejsce ostatniego spoczynku dla cesarzy, do żywej skały odarto niewielką górę leżącą kilka mil od stolicy. Miała kształt łagodnej kopuły, po usunięciu ziemi odsłonił się biały wapienny kamień. W zboczach, w połowie wysokości, wydrążony został szereg grobów, w których spoczywali kolejni władcy oraz ich rodziny. Po pogrzebie otwory zamykane były specjalnymi rzeźbami przedstawiającymi pochowanego wewnątrz cesarza. Dostęp do komór pozostał tylko od wierzchołka. Stał tam niewielki klasztor zamieszkiwany przez tych spośród mnichów, którzy nie krążyli po Archandzie, lecz czuwali nad spokojem zmarłych. W jego podziemiach krętymi schodami biegła droga do krypty, a z niej ciasnymi korytarzykami do poszczególnych sarkofagów.

Yannuris zatrzymał się w krypcie. Tam w ciszy, nie niepokojony przez nikogo, po raz kolejny zadał samemu sobie pytanie, czy dobrze robi.

Archand był silny. Magazyny z ziarnem miał pełne, pieniędzy w skarbcu nie brakowało. Wojna z Hi’en może będzie, a może nie. Veigan Du może mówił prawdę, a może tylko sprawdzał stanowisko nowego cesarza.

Coraz bardziej Yannuris utwierdzał się więc w przekonaniu, że wyprawy należy wysłać – do Sunnei, o których wiedział tak niewiele, ale także do Gordu, Almeidy i… do Hi’en. Pośle tam kogoś z baronów. Jeżeli chcą wojny, niech sprawdzą, czy ma ona sens.

Później począł krążyć pośród sarkofagów tych, których znał jedynie z kart mądrych ksiąg.

Z mocnym postanowieniem wyszedł z podziemi do klasztoru, gdzie oczekiwał na niego Drahi oraz strażnicy, którzy poza pałacem – i wnętrzem Krypt – nie odstępowali cesarza na krok.

– Zadbaj o to, żeby przywieźć moje księgi z góry – nakazał Yannuris, gdy znaleźli się w powozie wiozącym ich do pałacu.

Sługa patrzył na niego z namysłem.

– Lepiej będzie, jeśli nikt z Rady się o tym nie dowie – stwierdził wreszcie.

Władca podniósł na niego zaskoczony wzrok, ale nic nie odrzekł.

Mury stolicy zbliżały się szybko, a wraz z nimi wszelkie troski rządzenia Archandem i ludzie, którzy woleli wojny od badań.

* * *

Najwyraźniej baronowie pogodzili się z kaprysem swego cesarza – zadziwiająco gładko, biorąc pod uwagę przebieg pierwszej narady.

A może wystarczyła im cena, jaką Yannuris zgodził się zapłacić?

Zbyt późno został władcą, aby mieć z tego jakieś inne korzyści niż zaspokojenie własnej ciekawości. Całe życie spędził w luksusowym więzieniu, nie spłodził więc syna, a przynajmniej nic nie było mu o tym wiadomo. W pałacu poza równie starym Drahim nie miał nawet sojuszników, którym by mógł pozostawić tron.

Idan IV także nie miał potomka, a jego żona umarła przed wielu laty. Cesarz był jednak silny i nie dał sobie narzucić następnej. Tylko dlatego Yannuris zasiadł na tronie, a przy okazji odkrył, że jego wyobrażenie o bracie, sklejane z rzadko docierających na Więzienną Górę plotek i strzępów informacji zawartych w księgach, w ogóle nie odpowiadało prawdzie.

Niezależnie jednak od rosnącej w nim przychylności do nieznanego mu i nieżyjącego brata, musiał stwierdzić, że Idan IV zostawił kraj w trudnym położeniu – bez następcy, który zapewniłby ciągłość władzy liczoną nie w miesiącach, lecz całych dziesięcioleciach. Yannuris przecież znajdował się u schyłku życia i pewne było, że po jego śmierci rozpocznie się walka o tron.

Zgodził się więc wziąć dużo młodszą żonę z rodu Demarole, którego przedstawiciel, Songei, zasiadał w Radzie Baronów. Tym samym, choć Oenna nie urodzi mu potomka, po śmierci Yannurisa pozostanie cesarzową, a jej rodzina przejmie rządy, zakładając kolejną dynastię. To nie obchodziło go wcale, bo odkąd obejrzał wnętrze Cesarskich Krypt, zyskał pewność, że nawet jeżeli po śmierci jego umysł stanie się częścią jakiejś zbiorowej mądrości, to bez wpływu na ludzkie losy.

Ugoda z rodem Demarole dała mu za to możliwość wysłania naukowych karawan. Chcąc jeszcze bardziej powiązać baronów ze sobą, zaproponował, aby każda z rodzin wybrała po kilku młodszych synów i wysłała ich w różne strony świata. Zdobędą doświadczenie, które kiedyś może się przydać zarówno im, jak i Archandowi.

No i nadszedł dzień, kiedy, stojąc na dziedzińcu, przyglądał się jak odjeżdża ostatnia z grup przygotowywana najdłużej, bo zmierzała najpierw to portu Sestre, a stamtąd, już niesiona wodami Lirty, na wybrzeża i ziemie królestwa Hi’en.

Obserwując krzątających się ludzi, w których obecność cesarza wzbudziła pewną nerwowość, Yannuris nie potrafił odpędzić wrażenia duszności. Gdyby spróbował wniknąć w to niepokojące doznanie, pewnie przypomniałby sobie, że miał już podobne na Więziennej Górze w ten dzień, gdy zmierzał ku niej posłaniec z wiadomością o bliskiej śmierci Idana IV. Cesarz nie potrafił jednak myśleć o niczym ani nikim prócz ludzi wyruszających właśnie w podróż do nieznanego kraju. Och, gdyby mógł popłynąć z nimi! Ileż by dał, żeby jako prosty majtek znaleźć się na pokładzie jednego z okrętów…

Naraz dotarło do niego z całą brutalnością, że chociaż był więźniem na Ueni Ambie, teraz dopiero poczuł smak niewoli. Zdołał wysłać w świat parę listów, ale czy otrzyma jakieś odpowiedzi?

Uśmiechnął się smutno. Jednego był pewien: Archand nie miał dotąd takiego cesarza. Yannuris wiedział, że cokolwiek nastąpi, przejdzie do historii jako dziwny władca, który rządy objął na starość, a jego pierwsze decyzje dotyczyły nie wojen, lecz wypraw naukowych. Czy kronikarze napiszą: Sędziwy wiekiem patrzył w przyszłość, a mając większość życia za sobą, nie pożądał już rzeczy, które są nietrwałe, ale takich, co nie przemijają, czy: Choć jego umysł, jak to u starca, pełen był mądrości, to ręka już drżała zdolna tylko laskę utrzymać, nie zaś groźny miecz ani karcącą rózgę?

Zbyt dobrze znał księgi, aby nie wiedzieć – napiszą i jedno, i drugie. Ważne tylko, czego więcej.

* * *

To dziwne, że na starość można się z kimś tak związać. Yannuris był pewien, że zawsze znajdzie wspólny język z Drahim i z Heylą, która pozostała na Więziennej Górze – i której czasem bardzo mu brakowało.

A jednak Oenna, chociaż o dwadzieścia lat młodsza, bez trudu trafiła do serca i rozumu cesarza. Nie miał wielu doświadczeń z kobietami, odliczywszy nałożnice, jakie czasem odwiedzały go na Ueni Ambie, aby mógł zaznać męskich rozkoszy, jednak wydawało się Yannurisowi, że widzi przed sobą szczerą, łagodną osobę, która nikogo nie udaje. A może po prostu rodzina Demarole dobrze wybrała małżonkę dla władcy, po którym wkrótce mieli objąć schedę?

Połączyło ich umiłowanie ksiąg, spacery po ogrodzie, a także coś, co cesarz odkrywał dzięki swej przyszłej małżonce: malowane miniaturowe obrazy.

Kiedy więc nie zaprzątały go obowiązki, najczęściej razem z nią spacerował alejkami pałacowych ogrodów, rozmawiając.

Tamtego dnia Oenna zamieniła się w nauczycielkę nazywającą motyle. Na łące fruwało ich całe mnóstwo, barwiły powietrze jak tęcza, ale dla Yannurisa wciąż nie były mietlicami, czerwonakami czy białokropkami, tylko motylami. Rozpaczliwie brakowało mu słów, aby ponazywać ten świat wokół siebie.

Nagle przed cesarzem stanął zadyszany goniec z pałacu.

– Panie, prędko!

Zaniepokojona Oenna wypuściła ze stulonych dłoni motyla o ciemnych skrzydełkach naznaczonych paskami czerwieni. Cesarz zaś, nie oglądając się na nią, ruszył za posłańcem.

W komnacie czekał już na niego inny goniec, w żołnierskim stroju.

– Wojna, panie! – zaczął, nieudolnie kryjąc zdenerwowanie. Zapewne nigdy dotąd nie przekazywał aż tak ważnych nowin samemu cesarzowi.

Ten uśmiechnął się ze spokojem.

– Wiem – przyznał, budząc na twarzy żołnierza niedowierzanie. – Ile okrętów płynie?

Posłaniec osłupiał. Powiódł spojrzeniem po komnacie, wreszcie zatrzymał wzrok na swoim władcy.

– Cesarzu, jakich okrętów? – W jego głosie pojawił się niepokój. – To te pastuchy, Sunnei, zeszły z gór! Mrowie ich, a nasze twierdze z tamtej strony słabo obsadzone, więc nakryli Werganę i Dimme jak derką, obie zdusili w jeden dzień. Wkrótce przekroczą wody Arleny, szczęście w nieszczęściu, że woda wysoka, to ich wciąż powstrzymuje…

Yannuris zmienił się na twarzy. A więc nie Hi’en… I tyle warte okazały się słowa ambasadora Almeidy!

Odprawił gońca i zarządził naradę.

Nie zdziwił się, że baronowie dotarli na nią już poinformowani o napaści.

Miał ochotę rzucić kąśliwie Margalowi – przewodzącemu frakcji zdolnej rozpętać wojnę z całym światem, aby tylko zabłysnąć – że nie powinien narzekać, ma czego chciał. Władca powstrzymał się jednak.

Skastin, suchy i kościsty generał dowodzący armią, nie miał nic do powiedzenia ponad nowinę, którą przyniósł do pałacu posłaniec. Nikt nie spodziewał się ataku z tamtej strony.

Nikt w ogóle nie spodziewał się wojny. Wyglądało na to, że Veigan Du swój sekret powierzył jedynie Idanowi, który z tajemniczych powodów z nikim się nim nie podzielił.

– Archand jeszcze nie przegrał żadnej wojny – zauważył na koniec narady Skastin. Spojrzał na Yannurisa. – Możesz panie się nie obawiać. Zaraz wyruszam w pole i zagonimy tych dzikusów z powrotem w góry, gdzie odmarzną im tyłki.

* * *

Tymczasem nieoczekiwanie wróciła jedna z karawan, ta wysłana do Gordu. Przetrzebiona chorobami, bez kilku ludzi, nie przywiozła niczego ciekawego.

– Pozostali, jak już wyzdrowieją, to się nam przydadzą – z gryzącą ironią skomentował to jeden z baronów. – Tyle, że wojna się do tego czasu skończy…

Yannuris ledwie słuchał tych uszczypliwości, choć bowiem trwała narada, oczekiwał przybycia do pałacu ambasadora Almeidy. Miał nadzieję, że pilny list poskutkuje i Veigan Du nie będzie zwlekać.

Tak też się stało. Baronowie wciąż dyskutowali, na ile można uszczuplić wojska na innych granicach, by je przerzucić w rejony objęte wojną, gdy powóz Almeidyjczyka zajechał na dziedziniec.

Cesarz przyjął go w małej komnacie niedaleko miejsca posiedzeń Rady. Bez dłuższych wstępów przeszedł do rzeczy.

Veigan Du wysłuchał słów cesarza, nie okazując zdziwienia.

– Poślę twoją prośbę najszybszą pocztą, jakiej mogę użyć – zapewnił.

Władca skinął głową w podzięce.

Wkrótce jakiś śmigły ptak wyleci z okna rezydencji ambasadora. Inny zaś niebawem przyleci tutaj. Chyba że po drodze któregoś z nich zaatakuje głodny sokół czy jastrząb. W księgach niejedna wojna, niejeden dramat stawały się ciałem, bo wieść nie dotarła w porę albo wcale.

* * *

Tymczasem wieści, jakie szybko zaczęły spływać do pałacu od Skastina i jego dowódców, wcale nie niosły pocieszenia.

– Smoki? – powtórzył cicho Yannuris, mnąc w ręku list od generała. – Jakim cudem? Księgi nic o nich nie wspominają!

Tasbe, zastępujący teraz w Radzie Skastina, wzruszył ramionami. Czy to za sprawą przypadku, czy z innego powodu, jego wzrok spoczął na twarzy Margala, nim odpowiedział cesarzowi.

– Nie wiem, panie, jakie czytałeś księgi – odparł grzecznie – jednak raport nie kłamie. A ci, co zdołali uciec, także opowiadają o smokach zionących ogniem i dymem.

Margal sięgnął po wodę. Upił kilka łyków, popatrzył na Songeia z rodu Demarole, który ciężko wzdychał i kręcił głową, wciąż zapewne nie mogąc uwierzyć, że jacyś barbarzyńcy z górskich równin zamiast na kozach, przybyli tu na smokach. I że używają ich do walki, zamiast honorowo bić się przy użyciu miecza lub innych broni.

– Przecież jesteś uczonym, panie! – stwierdził naraz Margal takim tonem, że jego słowa zabrzmiały niczym szyderstwo. – Nie przewidziałeś tego?

Yannuris nie znalazł odpowiedzi na to pytanie.

Jednak we własnej komnacie, gdzie towarzyszył mu już tylko Drahi, nagle zaczął jęczeć z rozpaczą i targać włosy.

– Dlaczego ja nic o tym nie wiem?! – prawie krzyczał. – Dlaczego w księgach nie znalazłem o tym ani słowa?!

Sługa dłuższą chwilę patrzył na niego ze współczuciem, nim rzekł:

– Księgi są stare, panie. Może to nowo odkryte stworzenia? A może po prostu były tak wielką tajemnicą, że żaden z kronikarzy do tej wiedzy nie dotarł?

Wzruszył ramionami.

– Teraz to już nieważne, mój cesarzu.

Nagle Yannurisowi przypomniało się coś strasznego: przecież jeden z gordyjskich kronikarzy wspominał o smoku. Tyle że cesarz, wtedy jeszcze więzień na Ueni Ambie, potraktował to jako poetycką metaforę mającą wzbogacić tekst…

* * *

Yannuris nigdy nie podejrzewał, że będzie się musiał posługiwać rodami tworzącymi Radę Baronów. Wiedział, że to go uzależni.

Jednak nie mógł liczyć na nikogo innego niż na rodzina Demarole. Nawet Naster, który zbierał informacje od wszystkich szpiegów cesarstwa, pozornie podlegający samemu cesarzowi, udzielał Yannurisowi tak wymijających odpowiedzi, jakby ktoś mu zapłacił, żeby miałkość treści utonęła w mnogości słów.

Władca poprosił Songeia, aby sprawdził, czy nie da się smoków kupić albo pożyczyć. Niech zrobi, cokowiek będzie potrzebne, aby je zdobyć.

– Nie wiem, panie, czy to możliwe – bezradnie rozłożył ręce stary Demarole. – Bogacimy się na handlu, ale nie bronią, wiesz przecież.

– Smoki, poszukaj smoków! – rzekł krótko Yannuris. – Sam widzisz, co się dzieje – wskazał staremu okno.

Rozmawiali w małej komnacie na jednym z ostatnich pięter pałacu. Przez okna widać było miasto. I plac. A tam ludzie od kilku dni protestowali przeciwko wojnie. Już pojawiły się głosy, że za starego Idana wszystko było lepsze, nawet powietrze, a nowy cesarz ściągnął na ziemie cesarstwa śmierć i zniszczenie.

Yannuris nie musiał tłumaczyć Songeiowi, że w wymyślaniu i puszczaniu w tłum takich plotek zapewne spory udział mają ludzie Margala.

* * *

Chyże są ptaki pocztowe. A szczęście dopisało, więc po dziewięciu dniach ambasador Almeidy przyszedł z odpowiedzią. Yannuris nie okazał niecierpliwości, choć miał wrażenie, że czas wlecze się jak leniwy muł. Tymczasem ze spojrzenia Veigana Du nie można było nic wyczytać.

Minęło kilka chwil, nim zaczął:

– Pan mój, Sanhel, pojmuje, że królestwo Almeidy mogłoby przyjść cesarstwu archandzkiemu z pomocą, wysłać swe oddziały na tyły Sunnei, co zmusiłoby ich do odwrotu. Rozważył taką możliwość…

Tu urwał. W piersi Yannurisa trzy razy uderzyło serce, nim ambasador dokończył:

– Almeida nie rozproszy jednak swych skąpych sił, poczeka na inwazję Hi’en, która niechybnie nastąpi.

Cesarz zamknął oczy, żeby Veigan Du nie mógł dojrzeć głębi jego rozpaczy.

* * *

Tymczasem wojna wciąż trwała. Twierdze wewnętrznego pierścienia pod dowództwem Skastina zatrzymały impet Sunnei.

– Zjednoczyli się pod jednym władcą – zauważył Tasbe. – Wystarczy go zabić, reszta się rozproszy.

– A smoki? – spytał Yannuris.

Wtedy zabrał głos Lisbet, duchownik. Zwykle milczał, modląc się po cichu. Teraz twardo spoglądał na cesarza. Odrzucony kaptur wyglądał na jego plecach jak garb.

– Trzeba poprosić przodków o pomoc. Oni sobie poradzą z bestiami.

Yannuris westchnął.

– Wojsk też by się przydało mieć więcej…

Lisbet wstał z impetem.

– My korzystamy z pomocy przodków, oni mogą mieć smoki, panie. Ważne, kto zwycięży, nie, w jaki sposób. A teraz wybacz, pójdę się skupić na modlitwie – oznajmił chłodnym tonem i ostentacyjnie opuścił salę odprowadzany zdumionymi spojrzeniami co najmniej kilku baronów.

Oraz krzywym uśmiechem Margala.

* * *

Yannuris odłożył pióro na pulpit i przeciągnął się z westchnieniem. Stare kości bolały, ale cesarz nie mógł sobie teraz pozwolić na przynoszący ulgę i zapomnienie sen. Gdy przymknął oczy i nie widząc liter, słyszał tylko, jak zebrane na stole raporty szeleszczą lekko poruszane podmuchami wiatru zza oka, przez chwilę miał wrażenie, że znów siedzi w swojej bibliotece na Więziennej Górze, że zaraz wejdzie Drahi i zapyta, czy przygotować kąpiel…

Ależ to było dawno! Niczym w jakiejś zamierzchłej epoce opisywanej przez kronikarzy jako szczęśliwy wiek, w przeciwieństwie do grzęznących w zepsuciu i szaleństwie naszych czasów.

Raporty, które piętrzyły się przed Yannurisem, tylko z pozoru przypominały księgi czytywane przez niego na Ueni Ambie. Choć tamte dzieła różnych pisarzy podawały nieraz sprzeczne informacje o tych samych rzeczach, zwykle czyniły to z namysłem, rozwagą, dopuszczając wątpliwości. Mogło się wydawać, że gdyby dziejopisom dane było porozmawiać osobiście, to – przedyskutowawszy wszystkie sporne problemy – doszliby do zgody, stworzyli wspólnie trzecią księgę.

Tymczasem raporty z pól bitew, w ostatnich dniach jedyna lektura cesarza, nie tylko że sobie przeczyły, ale wręcz czyniły to w sposób nie pozostawiający miejsca na żaden kompromis! Bo jak pogodzić fakt, że według generała Skastina, obserwującego starcie ze wzgórza, pod Imestą stanęło przeciw armiom cesarstwa dziesięć tysięcy Sunnei, zaś dowódca konnicy, Hargottin, choć również doświadczony żołnierz, którego trudno byłoby posądzać o tchórzostwo, oszacował liczbę wrogów na co najmniej dwadzieścia tysięcy?

Podobnie owe straszliwe smoki wrogów według różnych opisów miewały od dziesięciu do pięćdziesięciu łokci, a barwę ich w różnych doniesienia określano na tyle sposobów, że takiej gamy kolorów nie miał na swojej palecie chyba żaden malarz ani nawet motyle Oenny na swych skrzydłach. A raport napisany przez jednego z dowódców piechoty, Benajdina, podawał, że żadnych smoków nie ma, są tylko dziwne rury z ogniem i trującym dymem.

Wieści przeczyły sobie do tego stopnia, że podawały różne nazwy twierdz, tak jakby Archand posiadał u swych granic warownie wędrowne. Nawet tak z pozoru oczywiste kwestie, jak kto wyróżnił się w walce, a kto okrył hańbą, nie miały wcale prostoty ani oczywistości właściwej znanym Yannurisowi opisom z dawnych kronik.

Minęło wiele godzin, nim władca zrozumiał, że jedynym kluczem, który podsuwał wyjaśnienie tych rozbieżności, było, czy autor raportu i opisywany w nim dowódca należeli do jednego lub zaprzyjaźnionego rodu, czy też do zwaśnionego z jego rodziną. To pozwalało zrozumieć nieco ludzi, ale nie chaos wojny.

Yannuris miał przed sobą wieści ze świata, który nie poddawał się opisaniu – jak ruch baniek powietrza w tyglu z wrzącą cieczą.

* * *

Wreszcie dowiedział się tego, co najgorsze. Powiedziała mu o tym Oenna, zapewne więc wiadomość pochodziła od szpiegów, jakich ten ród miał w wielu miejscach.

By to sprawdzić, Yannuris musiał zapytać Drahiego – jedynego pośród dworzan, któremu ufał. Musiał jednak poczekać aż do popołudnia, gdy przyszła pora przewidziana na odpoczynek archandzkiego władcy i mógł pomówić ze starym sługą sam na sam bez wzbudzania podejrzeń.

Zabrał go na spacer do ogrodu. I tam, gdy strażnicy nieopuszczający nigdy cesarza stanęli w bezpiecznej odległości, zadał Drahiemu pytanie, które dręczyło Yannurisa już pół nocy i niemal cały dzień:

– Czy to prawda… Czy to prawda, że Veigan Du spotyka się z Margalem i resztą?

Zaufany sługa nie odpowiedział do razu. Obserwował lot jaskółek, zbierając myśli.

– Nie dziw się, panie – odparł wreszcie ze smutkiem. – Wojna wkroczyła na nasze ziemie i wielu szuka sposobu, aby ocalić głowy… Wiesz, że nie darzę Margala sympatią. Ale tobie nie udało się namówić Sanhela do udzielenia pomocy… Może oni zdołają? Podobno Almeidzi są gotowi użyć smoków… choć nie wiem, za jaką cenę…

Cesarz nie wiedział, co powiedzieć. Bezradne spojrzenie wbił w murawę.

– To oni mają smoki? – wykrztusił wreszcie.

Jego powiernik smutno skinął głową.

– Wychodzi na to, że wszyscy mają, tylko nie my, panie.

* * *

Narada, która odbyła się w pałacu następnego dnia, była w zasadzie formalnością. Spoglądając w oczy Margala, Yannuris ujrzał to właśnie, czego się spodziewał: wyrok śmierci. Baron triumfował.

– Być może zdołamy jednak uzyskać pomoc sąsiadów – mówił rozgorączkowany. – Nie karawany naukowe się liczą, tylko siła, prawdziwa siła w ręku, w broni… – zacisnął pięść zdecydowanym ruchem, jakby zgniatał jajko. Popatrzył na cesarza i dodał:

– Dlaczego nie mamy własnych smoków?

W istocie to nie Yannuris powinien na to pytanie odpowiadać. Ale przecież nie chodziło tu o prawdę.

– Przestań! – rzekł gniewnie stary Songei, chociaż w jego głosie kryła się bezradność. Przed naradą zdążył zamienić z władcą kilka słów. W przygnębiająco szczery sposób przyznał, że nikt, ale to nikt nie wie, jak zdobyć smoka. Nawet kupcy pozostający na cichym żołdzie rodu pojęcia nie mają o istnieniu takich stworzeń, a cóż dopiero o używaniu ich do prowadzenia wojny. Archand nie będzie więc mieć smoków. A gdyby kiedyś, nie będą to raczej smoki Yannurisa.

Margal wzruszył ramionami, przenosząc pełne wzgardy spojrzenie na Songeia.

– Wiadomo, że Demarole będą stać po stronie władzy, choćby i nieudolnej… Przynajmniej póki ich ród trwa.

Było to wyzwanie rzucone tak jawnie, że cesarz nie miał wątpliwości, jakie czyny za nim pójdą.

Siedmiu pozostałych doradców milczało, a pośród nich Lisbet. Spoglądali wyczekująco na władcę.

Ten wiedział, że może wstać, trzasnąć pięścią w stół i wezwać straże, aby wyprowadziły Margala. Miał jednak przeciwko sobie wszystkich, całą Radę poza jednym Songeiem. Mogło się więc okazać, że pod straż pójdzie on sam.

– Karawany kiedyś powrócą – powiedział, czując, że wypowiada słowa, które brzmią niczym testament. – Zaś Archand się obroni, jak zawsze.

* * *

Przed odebraniem sobie życia, Yannuris postanowił pożegnać się z kilkoma osobami. Zaczął od Drahiego.

Ten wysłuchał go w skupieniu.

– A twoja księga, panie? – przypomniał. – Co zamierzasz z nią począć?

Cesarz uśmiechnął się smutno.

– Położymy ją na jakiejś półce, gdzie rzadko kto sięga, mój wierny sługo. Może obrośnie kurzem, a może nie… Może któregoś dnia ktoś ją otworzy i dowie się o moim istnieniu?

Popatrzył na swego powiernika.

– Od zawsze wiedziałem, że nie tylko mnie wspierasz, ale i pilnujesz. Więc teraz ci dziękuję, a jednocześnie wyjaśniam, co i dlaczego zrobię. Ktokolwiek zostanie nowym cesarzem, powinien to wiedzieć.

Drahi zawahał się lekko.

– Panie, ja nie służę Margalowi ani nikomu innemu, ja służę jedynie Archandowi… I jeżeli zechcesz, łagodniej odbiorę ci życie niż ty sam sobie… – powiedział, a na jego twarz wypłynęły rumieńce. – Wiem, nie powinienem…

Yannuris uniósł dłoń, powstrzymując dalsze słowa starego sługi.

– Powinieneś. Ale najpierw poszukaj gońca i wyjaśnij mu, że ma pojechać na Więzienną Górę i położyć księgę w bibliotece.

Sam w tym czasie poszedł po raz ostatni popatrzeć na swoją Oenne. Nie była niczemu winna, a traktowała starego męża lepiej, niż się mógł spodziewać i niż miał prawo oczekiwać po takim mariażu.

Spała przykryta cienkim pledem. Nie chciał jej budzić. Lecz gdy pochylił się, aby ją pocałować na pożegnanie, zamruczała sennie i otworzyła oczy.

– Tak? – spytała miękko.

– Idę… idę do ogrodu. Chciałem ci tylko powiedzieć, że cię kocham – rzekł z wysiłkiem.

Uśmiechnęła się, pewno biorąc jego słowa za starcze gadanie. Znów ogarnęła ją senność, z westchnieniem zamknęła powieki.

Władca wrócił do komnaty Drahiego. Czekając, obracał w palcach jeden z miniaturowych obrazów swej żony, przedstawiający małego pustynnego kota przyczajonego przy norze.

Sługa przybiegł lekko zadyszany, przerywając Yannurisowi rozmyślania.

– Goniec pojechał zawieźć księgę na Więzienną Górę, jak chciałeś – rzekł. – A ja… – zawahał się – ja jestem gotów, panie… Zrobię to szybko, nic nie poczujesz.

Cesarz skinął głową.

– A potem pójdę za tobą, mój władco… – dodał cicho Drahi.

Jego pan uśmiechnął się z niedowierzaniem. Długo patrzył na wiernego sługę, nim rzekł głosem, w którym obok smutku chyba można było usłyszeć nutę nadziei:

– Zatem ruszajmy.

*

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *