Wojna balonowa

Romuald Pawlak

Wojna Balonowa

Ściągnij fragment!

 

Rozdział 5

 

I

Po aferze z linieniem smoka Rosselin szczerze pragnął tylko jednego: świętego spokoju.

Problem w tym, że po wielu tajemniczych wydarzeniach, jakie ostatnio rozegrały się w pałacowych murach, cała tutejsza społeczność niczym mantrę zaczęła powtarzać hasło: Dajcie nam spokój i bezpieczeństwo. Zwłaszcza że rozeszła się plotka, jakoby jeden z magów oszalał i wymknął się spod kontroli Rady, aktualnie zaś grasuje po ulicach Fertu, szukając sposobności, aby wkraść się do Zamkniętego Miasta.

Najlepszym sposobem zaradzenia złu, doskonałym też jako jako integracyjna gra towarzyska, jest znalezienie wspólnego wroga. Z tym akurat trochę tylko mądrzejsi od pterodontyla dworacy nie mieli problemu: skoro zagrażał im jeden mag, bez trudu można było winą obciążyć wszystkich. Szef tajnych służb cesarzowej, Adornik, przez podkomendnych zwany Dzierżynkiem, miał swoje pięć minut. Zwykle omijany z powodu swej profesji oraz gburowatej natury, teraz puszył się otoczony szerokim audytorium i co chwila powtarzał: Dajcie mi człowieka, a ja znajdę mu paragraf.

A najlepiej było wskazać tego, który miał denerwującą, gadającą i ogólnie sprawiającą wrażenie niebezpiecznej jaszczurkę. W tej kwestii pałacowi urzędnicy i arystokraci plączący się po korytarzach zbiorowym wysiłkiem osiągnęli zdumiewającą siłę intelektu, równą trzem żabom oraz jednej małej traszce na dokładkę. I chociaż damy zachwycały się Filipponem z Osterwaldu, męska część widziała w nim zagrożenie. Czynione smokowi awanse tylko pogłębiały tę niechęć.

Sarturus powiadał: Chcesz się pozbyć kłopotu? Oddaj go przyjacielowi. Niech też ma coś z życia. Pałacowe korytarze zaczęły szemrać wariację na temat tego powiedzenia. Brzmiała ona: Chcesz się pozbyć kłopotu? Odeślij go jak najdalej.

* * *

Wszystko zaczęło się od tego, że Hoen Białonosy ogłosił się panem wszelkiego stworzenia. Co to nas obchodzi, skoro uczynił to daleko od Fertu – na Wolwinie, wyspie wielkości dwóch stadionów do kociłapki, niedaleko miasta Hizgran, spyta ktoś? Ano obchodzi… Leżała ona w granicach włości Brunhilda ver Didloga, a przez to ów pozbawiony znaczenia fakt stał się niemal równie istotny, co nowa suknia Zejfy d’Argilach.

Hoen mógł sobie ogłaszać wszystko, co mu się żywnie podobało: deklaracje, manifesty, akty solidarności czy potępienia – a nawet donosy, jeżeli znajdował w tym jakieś perwersyjne upodobanie. Jednym słowem, wszystko. Byle za własne pieniądze i na własną odpowiedzialność.

Ale Białonosy – zanim ogłosił się samozwańcem – był tylko zarządcą Wolwina. Trudno powiedzieć, dlaczego wygonił połowę załogi zamku wzniesionego na wyspie – czyli czterech przerażonych jego szaleństwem zbrojnych – a drugie pół, w tym swego brata, zwanego Ślepym Benkiem, przeciągnął na swoją stronę. Po czym wbił flagę niepodległości w szczyt zamkowej wieży i poszedł na wieczerzę.

Cesarstwo nie zareagowało na rzucone mu wyzwanie. Zamierzało wziąć Hoena siłą obojętności. Joanna f’Imperte miała na głowie ważniejsze problemy niż secesja jakiejś tam skały. Choćby problemy z tunelem w Alherydach, który nie tylko wciąż nie funkcjonował, ale – jakby nie dość było z nim kłopotów – zaczęło tam podobno straszyć!

Brunhild jednak, gdy tylko dowiedział się o secesji części swych ziem, najpierw zdziwił się, że w ogóle ma (lub też miał) jakąś wyspę, a później dostał prawdziwego ataku szału.

– Nikt nie będzie się panoszyć na moim zamku! – wrzeszczał, goniąc posłańca wylosowanego do przyniesienia mu tej wiadomości. – Po moim trupie!

W tamtej chwili arystokracie rzeczywiście niewiele brakowało do wyzionięcia ducha. Inne trupy także były prawdopodobne. Na szczęście goniec okazał się niezwykłym farciarzem: baron dwa razy nie trafił w niego szpadą, jego rzut rozpaczy także chybił celu – przy okazji Didlog zapewne pobił rekord Imperium w miotaniu bronią białą na odległość. A przekleństwa, nawet najbardziej obrzydliwe, nie zabijają – no, chyba że miota je wykwalifikowany mag.

Zejfa uspokoiła Brunhilda w najbardziej kobiecy ze wszystkich sposobów, wysysając z niego siły oraz złą energię. Nie, żeby sama tę negatywną energię przejęła – skądże znowu. Własnej miała w nadmiarze. Co nie przeszkadzało jej być zarazem czarującą, słodką i kochaną. Jak to ujął jeden z największych znanych Rosselinowi grafomanów na dworze, skrycie opiewający jej wdzięki w beznadziejnych erotykach, dwórka była piękna niby sarna i okrutna niby ostrze miecza.

Skoro zaś to jej drobna główka kręciła byczym karkiem swego narzeczonego (chociaż skreśliła go z listy głównej, wciąż jednak pozostawał na rezerwowej – lepszy kandydat marny niż żaden), postanowiła za jednym zamachem mu pomóc, a przy okazji usunąć z dworu na jakiś czas Rosselina z jego paskudnym smokiem.

Zejfa d’Argilach zaczęła się bowiem obawiać, że za sprawą tych dwóch i ją wreszcie może spotkać jakaś przykrość. A kiedy odeśle tę parę daleko, tymczasem tu zdarzy się coś strasznego, odsunie podejrzenia, że jej pracownicy stoją za tajemniczymi wypadkami.

O to, że coś się wydarzy, dwórka była dziwnie spokojna. Nic tak nie pomaga przypadkowi, jak zręczna reżyseria…

* * *

Brunhild przyjął Rosselina w swoim apartamencie. To znaczy w katakumbach. Czyli w komnacie, która, choć położona na górnych piętrach centralnej pałacowej wieży, wyglądała niczym stuletnie katakumby o ścianach wykutych w skale, pozaciekanych, obrabowanych ze wszelkiego dobra przez barbarzyńców. Śmierdziała zaś tak, jakby trupy chowano tam od trzech tysięcy lat, obficie polewając wodą, żeby dobrze gniły.

Być może jednak była to woń zastosowana przez arystokratę umyślnie – aby przed ewentualnymi szpiegami ukryć woń cygar z nikorośli. Wchodzący tracili bowiem węch, zanim dotarł do nich zapach zakazanego narkotyku.

Pogodnik zastanawiał się, w jakim celu Didlog go wezwał, i doszedł do wniosku, że może to mieć związek właśnie z przemytniczym procederem. Upewnił się w tym jeszcze bardziej, gdy Brunhild spojrzał na niego z sympatią i rzekł jowialnie:

– Chcesz zarobić parę groszy?

Mag wzruszył ramionami. Tym bogaczom to się w głowach poprzewracało!

– A znasz takiego, co by nie chciał? – burknął szyderczo.

Didlog ciężko westchnął. I ku zaskoczeniu Rosselina opowiedział mu historię zajęcia Wolwina przez, oby go zaraza zjadła, Hoena Białonosego, czyli brutalnego gwałtu na Brunhildowej skałce, jak ten wyraził się z nieoczekiwaną czułością.

– I zamiast kupować małą armię, żeby odbijać wyspę siłą, postanowiłem tego pier… ten tego Hoena postraszyć magiem i smokiem – wyjaśnił. – Taniej wyjdzie – dodał z rozbrajającą szczerością.

Nasz bohater zzieleniał z gniewu.

– Ja wcale nie jestem tani – warknął. – Tanie to są dziewki w ciemnych zaułkach, bo już nie dziewczyny z dobrego burdelu. Choć też nie wiem. Bo jak doliczyć koszty leczenia złapanych chorób…

Na to Didlog zrobił dziwną minę. Dopiero po chwili mruknął:

– Ale przecież Zejfa mówiła…

Przed Rosselinem ujawniła się cała zręcznie skonstruowana intryga. Zrozumiał, że dwórka ma jakiś cel w wysłaniu ich gdzieś dalej, a awantura z Hoenem jest tylko pretekstem. Pogodnik uznał natychmiast, że to nie jest wcale zły plan. Narozrabiali w pałacu, a teraz mogą narozrabiać gdzieś z dala od czujnego oka cesarzowej i złośliwych urzędników. I jeszcze ktoś im za to zapłaci.

– To mnie przekonuje. Ale cenę obniża tylko trochę… – mruknął mag.

Stary arystokrata bystro na niego spojrzał.

– A jak bardzo? – spytał. – Bo może jednak oddział zbrojnych wyślę?

Nie ma to jak udane negocjacje. Rosselinowi przyszedł na myśl stary aptekarz Farfinkelszt, który sprzedawał leki za bezcen… ale żegnając gościa, zawsze dodawał: Aha, wiesz, na zapleczu mam inny lek na twoja chorobę. Co prawda drogi jak cholera, ale za to jaki skuteczny! Ci chorzy, których nie powaliła apopleksja, uczynili aptekarza bogatym… nie tylko w brzęczącą monetę, lecz także legendarną wręcz znajomość przekleństw używanych na terenie całego Imperium.

– Chcę dobrej klasy lunetę. Taką, jaką ma hrabia Dojnik – powiedział mag.

– Ale po co ci luneta? – zdumiał się Brunhild, podejrzliwie zerkając na pogodnika, jakby ten zaproponował mu co najmniej ślub. – Co, zamierzasz zmienić fach?

Rosselin tylko się uśmiechnął. Nie miał zamiaru wyjawiać nikomu, że nic tak ludzi nie zbliża, jak dobre szkła. A ostatnio – uciekając od płaczącej w jego izbie hrabiny du Kofais – odkrył miejsce w jednej z pałacowych wież, z którego widać było w kamienicy naprzeciwko dziewczynę tak piękną, że w myślach pogodnik grzeszył okrutnie. I wzrok wytężał ponad siły, aż się prawie zapalenia spojówek nabawił.

– Luneta. Szkła szlifowane w Berikulum, bo tylko tam robią je naprawdę dobrze – oznajmił twardo.

W odpowiedzi arystokrata niedbale machnął ręką.

– Stoi. W razie czego ukradnie się Dojnikowi zapasowy sprzęt. To teraz posłuchaj – i zaczął wyjaśniać szczegóły interwencji na wyspie.

Ponieważ jednak nic tak nie motywuje pracownika, jak wiara w sukces, zaczął od drobiazgu, z pewnością banalnego i nieważnego: że gdyby nie udało się wysłać gdzieś maga i jego smoka po dobroci, dworskie pterodontyle zamierzały doprowadzić do tego siłą. Fert aż buzował od nadmiaru morderców, rzezimieszków i zwykłych wariatów gotowych podjąć się każdej, nawet samobójczej misji.

I któremuś mogłoby się udać.

– A wtedy – zakończył sucho Brunhild – lniany worek. I plum…. – pulchnymi dłońmi wygładził wyimaginowane lustro wody ponad ciałami Rosselina i jego smoka.

– I plum – tym samym tonem powtórzył pogodnik. – A co, jeżeli woda ciała wypluje? Wznosząc falę wysoką jak wieża pałacu? I plum… po dworskich intrygantach…

Popatrzył na Didloga i uśmiechnął się szeroko.

– Sam wiesz, jaki mój smok jest mściwy. Nawet po śmierci może chcieć wziąć odwet. – Poskrobał brodę. – Jeśli będziesz rozmawiać z tymi intrygantami, koniecznie im to powtórz.

* * *

W jedynych powieściach, jakie czytywał dwór, nieszczęśnicy wyjeżdżali z zamku, miasta czy granic swej posiadłości bladym świtem, kiedy słońce ledwie wyglądało spoza horyzontu. W ich spojrzeniach kryła się męka niepewności, czy kiedykolwiek powrócą z wygnania. A odprowadzały ich piękne dziewczyny, z rozpaczą machając chusteczkami.

Rosselin teraz wreszcie pojął, czemu taki kicz ma swoich licznych zwolenników.

Wyjeżdżali bladym świtem. Pogodnik miał nadzieję wrócić do Fertu. A piękna dziewczyna machała chusteczką… Zejfa bowiem była potwornie zakatarzona. Na dodatek jakieś owady postanowiły zasmakować jej słodkiego potu. Opędzała się co sił, machając kawałkiem jedwabiu tak, jakby chciała pożegnać wszystkich ludzi na świecie.

I nagle ten literacki nastrój maga popsuło zwierzę, które lepiej by było rozsiec na strzępy, zanim przyszło na ten najbardziej denerwujący spośród światów.

– Ty co, poezję będziesz pisać? – mruknął smok. – Paszczę rozdziawiłeś, jakbyś słońca nigdy nie widział…

I pierwszy pobiegł w stronę Hizgranu, który miał im dać pieniądze, sławę, a także lepsze widoki na przyszłość, o ile Didlog dotrzyma słowa i zakupi dla Rosselina lunetę o odpowiedniej sile szkieł.

 

II

Gdyby chcieć pozostać w konwencji kiczowatego dworskiego romansu, Rosselin i jego smok po kilkunastu dniach męczącej podróży pozostawili za sobą kurz znojnej drogi, krwawy upust złota z sakiewki Didloga, bandytów, którzy nie odważyli się ich napaść, oraz kości ze dwudziestu stworzeń, które co prawda nikogo nie zamierzały atakować, a nawet wręcz przeciwnie, żyły sobie cicho, na uboczu, nie wchodząc nikomu w paradę, ale miały pecha, ostatniego w swoim życiu, że napaść je postanowił Filippon.

I oto wreszcie dotarli do miejsca, gdzie według mapy znajdować się miała przeprawa na wyspę Wolwin.

– O kurza twarz w niesmaczny dziób uformowana! – z iście poetycką zadumą westchnął smok. – Coś się nam ta mapa nie zgodziła z rzeczywistością, co nie?

Pogodnik mocniej wczepił palce w grzywę swego wierzchowca i westchnął z rozpaczą.

Jeszcze ze dwa pagórki temu sprawa wydawała się prosta. Na mapie pomiędzy kontynentem a Wolwinem widniał most. Faktu, że dorysował go Didlog, można było domniemywać po tym, że gdyby chcieć trzymać się skali, budowla miałaby ze trzy mile długości i byłaby największym mostem w dziejach świata.

W rzeczywistości mostu jednak nie było. Żadnego, nawet najskromniejszego. A nawet najmniejszego wspomnienia po nim. Most po prostu nigdy w tym miejscu nie istniał. Była tylko plaża, a także omywający ją spokojną falą ocean. I wyspa, oddalona od lądu nie dalej niż na jakieś tysiąc trzysta kroków, mniej niż milę. Bez lunety, której Rosselin jeszcze nie posiadał, bo Didlog płacił z dołu, nie z góry, wyglądała jak mały, sterczący ponad toń kamień z mikroskopijnym zamkiem o jednej wieży otoczonej krótkim murem. Na którym powiewała jakaś szmata, zapewne flaga Hoena.

Susza i zaraza na słoną wodę!

Pogodnik klął tak, że smok parokrotnie gwizdnął z podziwu. W ruch poszły wszystkie znane magowi przekleństwa, nowe – wymyślone na potrzeby sytuacji – oraz wyrazy, które co prawda nic nie znaczyły w żadnym ze znanych światu języków, ale wyrzucane z odpowiednią intonacją nabierały mocy urzędowej.

Magia nie imała się słonej wody. Taki feler. Na lądzie: użyć czaru? – proszę bardzo, w dowolnym asortymencie, pansobieżyczy, panpłaci, pandostaje. Jednak na granicy oceanu magia stawała z szeroko otwartymi oczyma, kwiliła cienko jak ledwie narodzone dziecię i szeptała: O czemuż, o czemu mi to, Aarafielu, robisz?

– Zabiję Hoena sukinkota – wycedził przez zęby Rosselin jak przystało na rozgniewanego, choć niekoniecznie liczącego się z faktami przywódcę wyprawy.

– Lunetą? – ironia w głosie smoka mogłaby ciąć twardy granit, taka była gryząca.

– Nożem rzeźnickiem – odwarknął pogodnik. – Będę wycinał tłuszcz z jego ciała pasmami i karmił nim zwierzęta. Najlepiej w obecności oraz przytomności Didloga!

Filippon mruknął coś niezrozumiałego pod nosem.

Stali na brzegu: mag, jak prawie każdy mag nienawidzący słonej wody, i smok, co prawda skrzydlaty, ale lotny niechętnie i tylko w dół.

Chlup, chlup, chlupotały fale…

– Przydałby się Tortinatus… – ciężko westchnął Rosselin.

Jaszczur tylko prychnął.

– Kiedy on woli perły przemycać niż tworzyć flotę wojenną…

Chlup, chlup, chlupotały fale…

– Z tego stania to tylko brzeg się zapadnie – mruknął wreszcie Filippon. – Wyspa na pewno się ku nam nie przysunie ani nie wyrośnie jej żadna macka mostowa. Robimy burzę mózgów, jak się tam dostać.

No i zrobili burzę. Była bardzo słaba, ale dzięki małej błyskawicy uradzili, że do Hizgranu za daleko, ale gdzieś tu muszą być wsie, a w nich rybackie łodzie. Jedną się kupi, pożyczy albo ukradnie, co za problem?

* * *

Wiocha, na mapie zaznaczona jako Skorbie, wyglądała tak, jak powinna wyglądać każda porządna wieś: już z dala było widać, że naprawdę nie warto napadać na tych kilkadziesiąt wciśniętych pomiędzy wydmy chat, bo bieda w nich aż piszczy. A jeżeli ktoś jednak spróbuje, to gospodarze odejmą sobie od ust ziemniaki omaszczone świeżym powietrzem i chwycą za widły.

Rosselin od razu dostrzegł dziwną rzecz: na sterczących ku niebu tyczkach nie suszyły się żadne sieci. Na piasku, powyżej granicy przypływu, nie było też ani jednej łodzi wyciągniętej na brzeg.

No i oko nie skłamało magowi. Łodzi nie widział, bo tutejsi żadnej nie mieli.

– Ani jednej? – zdumiał się pogodnik, spoglądając na wójta, który wyszedł im naprzeciw, widząc, jak przepytują ludzi.

– Mielim łodzie, panie – wyjaśnił wójt. – Jasne, że mielim nie tylko łodzie, ale i sporo dobytku. Wszystko zabrał ten bandyta. Zabierając, odgrażał się, że flotę wojenną musi zbudować, jakieś brandlery czy cóś…

Filippon zrobił wielkie oczy.

Rosselin tylko ponuro zagryzł wargę. Wiedział, o co chodziło Hoenowi.

Białonosy szykował brandlery, łodzie zwane tak od wynalazcy, kapitana Brandlera, które podpalało się, wysyłając je w stronę nadpływających okrętów wroga. Magowi opowiadał o czymś takim Tortinatus podczas rejsu, gdy spotkali piratów.

Jak widać, Hoen szykował się do odparcia armii Brunhilda ver Didloga wszelkimi sposobami. I teraz ta armia spoglądała po sobie ponuro.

Nagle jaszczur zamamrotał coś pod nosem. Psyknął, spojrzał na wójta, dając Rosselinowi do zrozumienia, że powinni odejść na bok.

Być może wioska Skorbie słynęła z dyskrecji, ale najwyraźniej Filippon nie zamierzał tego sprawdzać.

– Z czego się utrzymują? – warknął rozeźlony. – Z tych paru krów, co to je słyszę, jak burczą w oborach? Idę rozeznać teren. Trzeba ich przesłuchać.

I poszedł, podczas kiedy pogodnik wrócił do wójta.

Który chyba był takim samym fenomenem jak nasz mag, z tą różnicą, że zamiast sokolego oka posiadał świetny słuch. Bo od razu zaczął narzekać, że z krów też się nie utrzymują. Jakaś zaraza je dopadła, a nawet jeden z pastuchów też ją złapał.

– I tak zamiast łodzi straszliwa zaraza, panie – podsumował swoje skargi.

* * *

Nie ma to jak życzliwi sąsiedzi. O tym, że stary Loitz chowa w obejściu łódź, doniósł Filipponowi trzeci z przesłuchiwanych mieszkańców. Sam przybiegł, nie trzeba go było wzywać.

Dwaj pierwsi nie wytrzymali stresu. W sumie nic dziwnego, bo gdy nieoczekiwanie magowa jaszczurka skacze do gardła sycząc: – Dawaj łódź, albo życie! – trudno zachować spokój.

A trzeci z miłym uśmiechem i z pełnym przekonaniem, że działa w imię wyższej sprawy, nie tylko podał adres, ale nawet wycenę krypy.

Jak się okazało, pogodnik i smok winni się udać do jednej z kilku chat oddalonych za pagórkami, ale teoretycznie stanowiących część wioski.

Dotarli tam migiem. Loitz wyszedł im naprzeciw – w samą porę, aby zobaczyć, jak smok zaczyna pazurami drapać piasek i odsłania płachtę, pod którą we wgłębieniu ukryta była niewielka łódka.

Mężczyzna załamał ręce.

– Nie odbierajcie mi tej łodzi, panie! – ukląkł błagalnie przed Rosselinem. – Dzieci nie będę miał czym nakarmić! – Z jego oczu zaczęły ciec łzy.

Mag westchnął poruszony do głębi. Stanowczo miał zbyt miękkie serce…

Gdyby nie zeznania donosiciela, nic by nie wiedział o lichwiarskich praktykach, jakich Loitz dopuszczał się, wynajmując swoją łódeczkę pozostałym mieszkańcom Skorbie.

Odsunął trzymającego go za kolana wieśniaka i ruszył w stronę chaty. Mężczyzna oczywiście podążył za nim.

Rosselin wszedł do środka i rozejrzał się po pustej chałupie. Musiała być widownią niejednej męskiej potyczki z kuchenną rzeczywistością, bo nie wypatrzył ani śladu kobiecej ręki.

– A gdzie te dzieci? – spytał lekkim tonem, poprawiając swój cechowy płaszcz, żeby Loitzowi dobrze zapadł w pamięć. – Gdzie ich matka?

Na oblicze lichwiarza wypłynął grymas przerażenia. Dopiero po dłuższej chwili, podczas której bezradnie wodził spojrzeniem po wnętrzu chałupy, jego twarz się rozjaśniła.

– No właśnie poszły na żebry – odparł szybko, nabierając pewności siebie. – Bo wyczuły, niebożątka, że kiedy łódź stracę… – jego policzki znów zrosiły grube łzy.

Pogodnik skrzywił się w okrutnym uśmiechu.

– To mądre były, skoro moją wizytę przewidziały – przyznał z powagą. – Jednostkę pływającą rekwiruję w imieniu Brunhilda ver Didloga. Nie obawiaj się, dobry człowieku, wypiszę stosowny kwit.

* * *

Pływanie to ciężka rzecz – stękał w myślach Rosselin, pchając razem ze smokiem łódź w stronę wody.

Nie, żeby sprawiało mu to przyjemność. A już wybitnie nie chciał wejść na kurs kolizyjny z płonącym brandlerem. Ale pogodnik zdawał sobie sprawę, że fiasko ekspedycji oraz powrót na dwór bez usunięcia Hoena skończy się rozczarowaniem Didloga, które może przybrać różne formy.

Wreszcie spuścili łódź. Zakołysała się i stanęła na wodzie.

Mag postawił marny żagiel, który jednak natychmiast sflaczał – jak na złość ani jeden powiew wiatru nie mącił powierzchni oceanu. A Wolwin, choć niedaleki, krył się za zakrętem brzegu. Trzeba będzie przepłynąć parę mil.

– Dmuchaj – nakazał smokowi Rosselin.

Filipponowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać i zaraz mały trójkątny żagiel wydął się lekko.

– Pięknie – rzekł zadowolony pogodnik, bo słoneczko świeciło, a ich od lądu dzieliło już ze trzydzieści kroków.

Wzdłuż brzegu dopłynęli niemal do miejsca, gdzie teoretycznie powinien znajdować się most.

– A teraz mocniej – poprosił mag, spoglądając na wyspę. – Musimy się spieszyć, bo jak wypuszczą w naszą stronę strzały i brandlera, nie będzie lekko.

Smok wziął to sobie do serca. Połknął tyle powietrza, że zaczął przypominać wielki, pękaty kosz na bieliznę.

Nagle… nagle na murze zamku pojawiła się jakaś postać, krzyknęła i w ich stronę poleciała samotna strzała. Plusnęła daleko od łodzi, ale to wystarczyło. Zamiast poczciwego wicherka z płuc zdenerwowanego smoka buchnęła struga ognia. Owinęła się wokół żagla, przeniknęła przez tkaninę, w jednej chwili wywołując pożar na pokładzie „Sukcesu”, bo tak właśnie nazwali swój okręt w służbie Imperium.

– Nie ogniem, smocza twoja mać! – na całe gardło wrzasnął przerażony Rosselin, płosząc wszelką żywinę nad i pod wodą.

Gorący dech sparzył mu twarz. Mag, nie namyślając się wiele, skoczył do wody. A jaszczur za nim. Podtrzymując pogodnika, dziko wywijającego nogami i rękoma, holował go w stronę brzegu, podczas kiedy łódka, płonąc niby brandler, zmierzała w stronę Wolwina.

Wreszcie dopłynęli z powrotem. Rosselin wymacał nogami stały grunt, stanął i ciężko dysząc, dotarł na brzeg. Tu padł na brzuch i przytulił się do mateczki ziemi.

Jeżeli słona woda nie kochała magów, to właśnie dała tego dowód. A Filippon dał dowód, że w nerwach trochę popuszcza.

Cóż, bycie magiem jest o wiele łatwiejsze niż żeglarzem. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem… – piękne tylko w teorii. A smok może się świetnie spełnić w roli armaty, ale na pewno nie jako zastępca wicherka.

Jaszczur nie był jednak wcale zawstydzony. Na jego miejscu każdy by zionął. Rosselin starał się ukryć swoją wściekłość, bo drugiego smoka i tak na podorędziu nie posiadał, a sam przecież nie poradzi sobie z Hoenem.

– Idę załatwić pieczyste na kolację – rzekł po chwili ponury Filippon.

– A gdzie ty znajdziesz pieczyste? – zdumiał się pogodnik, wyżymając ubranie. – Toż tu same wydmy.

Odpowiedziało mu wzgardliwe prychnięcie.

– Ze starego Loitza coś się wykroi.

Ruszył z kopyta. Ale zaraz się zatrzymał. I krzyknął z wysokości wydmy:

– No chyba że chcesz mu krypę oddać…

 

III

Kiedy smok wrócił, było już późne popołudnie. Przyprowadził Rosselinowego wierzchowca, a ponieważ nie ciągnęła za nim gromada wieśniaków z widłami, należało przyjąć, że albo zjadł wszystkich albo siłą perswazji ostudził ich krewkie zamiary.

Całe szczęście, że Rosselin nie chciał sobie obciążać rąk w czasie przewidywanej walki z Hoenem i sakwy z bagażem oraz wspomnianego wierzchowca pozostawił w wiosce. Inaczej nie mieliby nawet resztki żywności ani przydatnych w podróży drobiazgów takich jak krzesiwo. Ze szczęściem i talentem pogodnika do wywoływania magicznego ognia nie miałby większych szans upiec mięsa, które przyniósł smok, prędzej zostałby ogniomistrzem spaleniem – jak w murach Akademii nazywano nieudaczników, których palce płonęły żywym ogniem, podczas kiedy stosik drzazg cierpliwie sobie czekał w suchości.

Zanim jednak pogodnik położył mięsiwo na ruszt, uważnie mu się przyjrzał. Wreszcie ocenił, że nawet jeżeli jest to ludzina ze starego Loitza, to albo wygląda nadzwyczaj smacznie, albo też on jest zbyt głodny, aby zawracać sobie głowę szemranym pochodzeniem posiłku.

Po jedzeniu, patrząc, jak słońce zachodzi nad Wolwinem, Rosselin przygryzł wargę w zamyśleniu. Już nie był gniewny, ale i wcale jeszcze niepogodzony z porażką w pierwszym dniu kampani. Tymczasem żaden przewrotny manewr taktyczny nie przychodził mu do głowy. Zrezygnowany wyciągnął się na piasku. Westchnął. I zasnął.

Kiedy otworzył oczy, była już noc. Smok wpatrywał się w gwiazdy i rozmyślał. Patrząc na jego wilgotne ślepia, nietrudno było zgadnąć, gdzie krążą jego myśli.

– Ty się lepiej przyznaj, niecnoto, co z tym cholernym Irapiem? – mruknął Rosselin, przekręcając się na bok. – Bo chciałbym wiedzieć, czy mam po co wracać do Fertu. To znaczy, czy nie czeka tam na mnie kat…

Filippon pomedytował chwilę, nim odpowiedział:

– Myślisz, że naprawdę pomogłem mu uciec?

Pogodnik prychnął. Byłby to całkiem smoczy prych, gdyby nie to, że był jakieś sto razy cichszy.

– Ja nie myślę. Ja wiem – odparł.

Smok skrzywił się z niechęcią na taki brak zaufania.

– No to źle wiesz, zarozumiały magu – wycedził. – Owszem, przyznaję, zamierzałem to zrobić, po czym oskórować go, jeśli nie doprowadzi mnie do Smoczego Miasta. Ale kiedy się zakradłem… cichcem zakradłem… to jego już nie było. Uciekł! I podobno wykorzystał mnie jako swoje alibi!

I teraz to jaszczur prychnął. Z właściwą głośnością, powodując upadek trzech wróbli oraz jednego gołębia.

– Jak go znajdę, to najpierw oskóruję, a dopiero potem każę szukać smoków.

Rosselin intensywnie myślał.

– Ale jakżeś ty pokonał te magiczne blokady?!!

Filippon w całkiem do niego niepodobnym geście zawstydzenia zatrzepotał skrzydłami.

– Ano jakoś. Blokady są po to, aby je łamać. To co, zdobywamy wyspę? – zmienił temat.

Wtedy nagle do pogodnika dotarło, że jest durniem pospolitym, bo przecież smok pływa, a tylko schematyczne myślenie, że to jego stopa musi się odcisnąć ślad na wyspie, omal pozbawiło ich zwycięstwa.

Zmierzył swojego zwierzaka życzliwym spojrzeniem. Jaszczur odpowiedział wrogim otwarciem paszczy, żeby mag mógł sobie policzyć jego zęby.

Obaj wiedzieli, że nie mogą wiecznie siedzieć na tej plaży.

– Popłyniesz, jak się rozwidni, najlepiej o świcie – zarządził Rosselin, mając nadzieję, iż przeżyje ogłaszanie tej decyzji. – Zabijesz Hoena, a resztą… Ukradniesz stamtąd łódź, podholujesz, a resztą to już ja się zajmę.

Filippon zamknął paszczę.

– Łagodny deszczyk przyciągniesz? – wycedził przez zaciśnięte kły.

Pogodnik miał ochotę go uderzyć. Obawiał się jednak, że jako jednoręki mag radziłby sobie jeszcze gorzej niż dotychczas.

– Przecież z pływaniem nie masz problemów – mruknął. – To co ci zależy?

– Ze wzrokiem również nie mam kłopotów – odparował smok. – Już bym dawno popłynął, ale przecież widzę, że brzeg zarasta rumianek jadowity. A po nim łuski odpadają.

Rosselin osłonił oczy dłonią. Rzeczywiście, w świetle księżyca widać było, że coś porasta skały. Ale równie dobrze mogły to być bezkolcowe róże.

– Może z drugiej strony wyspy jest jakaś skała albo wejście…

– Nie chcę płynąć – westchnął jaszczur. – Sam sobie płyń.

Mag poklepał go łagodnie po wystającej łopatce

– Spróbujemy z rana – rzekł. – Sam wiesz, Didlog to nie problem, ale z Radą lepiej nie zadzierać…

Smok zastygł w pozie przypominającej martwego i wypchanego kota. Chociaż Rosselin jeszcze przez chwilę próbował go zagadywać, Filippon tej nocy nie wydusił już z siebie ani słowa.

* * *

Nieszczęśliwą minę swego jaszczura mag widział już kilka razy. Ale tego poranka smok wyglądał, jakby miano mu za chwilę zacząć wyrywać łuskę po łusce w odstępach tak precyzyjnie odmierzonych, że ledwie ból po wyrwaniu jednej zacząłby się zacierać, następowałoby wyszarpnięcie drugiej.

Wreszcie Filippon niechętnie zamoczył w wodzie jedną łapę, potem drugą, trzecią… Rosselin usiadł na brzegu i zaczął się zastanawiać, czy nie zna jakiegoś zaklęcia pozwalającego spuścić na Wolwin pioruny albo grad wielkości kół od wozu.

Nic mu nie przychodziło go głowy. Tak to jest, gdy zamiast wkuwać materiał, grywało się partyjki oszukiwanego rupikolo albo kradło wino z akademijnych piwnic. Albo psociło – o ile ktoś zechciałby nazwać psotnikami dziecięce bandy grasujące w zaułkach Fertu.

Nagle ponad wyspę wzbiły się straszliwe wrzaski, krzyki, jęki oraz inne odgłosy świadczące o porannym napięciu, a nawet natężeniu złych emocji.

Mag westchnął. Pojęcia nie miał, kto kogo morduje, szlachtuje, włóczy i ćwiartuje. Ale jakoś nie lubił krwi.

Po kilkunastu minutach na brzeg wysunął się zmęczony smok.

Jeżeli po minie milczącej i robiącej bokami jaszczurki można poznać, że jest wściekła jak cholera, to Filippon był wściekły podwójnie, albo i potrójnie.

A najbliższy obiekt, na którym mógł wyładować swoją złość, siedział przy ognisku akurat na odległość małego skoku.

Nie jest łatwo usiedzieć bez ruchu i liczyć na zimną krew, kiedy zęby dyskutanta wpijają się w twój kark.

– Podziurawisz mi skórę – powiedział szeptem pogodnik. – Trudno będzie zacerować.

– Thy sknunele pbzdu mi skre – wysyczał jaszczur. Wypluł z niesmakiem kołnierz maga.

– Co?

– No przecież mówię, że mnie podziurawili jak tarczę! – wrzasnął smok. – Albo jadowity rumianek, albo stroma skała, a jedyne normalne wejście jest strzeżone przez kuszników. Niech sobie Brunhild sam zdobywa, ja dziękuję, mam dosyć – odwrócił się plecami i zamarł w ponurym bezruchu.

 

IV

Fatalnie. Nic, tylko skoczyć do tej wody i się utopić – rozmyślał Rosselin, ze znużeniem obserwując rybitwy, które podrywały z wody małe rybki, a potem jedna drugiej starały się wyrwać zdobycz.

– A ty co, nadal nie latasz? – mruknął wreszcie, aby podtrzymać rozmowę, która umierała śmiercią równie gwałtowną jak plany odbicia Wolwina. – Nawet w imię wyższej sprawy nie polecisz?

Filippon tylko prychnął z pogardą.

– Raczej dłuższej. Oj, marzy ci się ta lornetka, marzy…

Pogodnik westchnął ciężko. Annabell pewnie by go pokroiła na kawałeczki, gdyby się dowiedziała tego, co w chwili szczerości wyznał smokowi. Ale cóż biedny mag, łasy na dziewczęce wdzięki, mógł poradzić na to, że chociaż sypiał ze swoją osobistą narzeczoną, miał czasem ochotę popatrzeć – no bo cóż jest złego w ciekawości świata? – na jakąś inną kobietę, choćby na takiego słodkiego blondaska…

Tym bardziej, że owo dziewczę, pewne, iż w ogrodzie nikt go nie podgląda, opalało się nago, a nawet stawało na rękach…. Wzrok miał Rosselin sokoli, w Akademii powiadali, że to jedyna rzecz, jaką matka natura szczodrze go obdarzyła, bo rozumem to na pewno nie. Ale nawet i ten wzrok nie wystarczał… A lornetka, ho-ho, znacznie by go przybliżyła do zgłębienia interesujących szczegółów…

– No nie latam – podsumował smok – Ani w dół, ani w górę, ani nawet na boki – dodał złośliwie. – A dlaczego pytasz?

Jego przyjaciel westchnął smętnie.

– Bo idę o zakład, że ludzie Hoena zwracają uwagę tylko na to, co na wodzie, więc jakby ich tak zaatakować z góry…

Nie powiedział jaszczurowi, jakie to teorie wysnuli magowie-teoretycy. Otóż pogodniccy mistrzowie twierdzili, że w miarę wysokości powietrze staje się coraz gorsze do oddychania, by tysiąc stóp ponad ziemią zmienić się w warstwę śmiercionośnej trucizny. Utrzymywali ponadto, że owa warstwa ma tendencję do opadania w dół, tuż nad dachy domów – dlatego nikomu nie spieszyło się do poświęcania własnego zdrowia czy życia dla eksperymentów.

Również Rosselin nie zamierzał ryzykować. Ale skoro trucizna na psim kasku sprezentowanym przez Garzfula nie zabiła bestii, to mag był niemal pewien, że i żadne opary nie poradzą Filipponowi, choćby się kłębiły ze wszystkich sił. A poza tym ponad wyspą krążyły ptaki, więc zapewne śmiercionośne pasmo musiało wisieć wysoko ponad zamkiem.

– A ja tak sobie myślę – zaczął niepewnie. – To znaczy widziałem…

Smok zaczął grzebać pazurami w ziemi.

– Wyduś to z siebie, bo ja już nie mogę tych stękań słuchać…

No więc pogodnik wyznał, że kiedyś, szukając ksiąg pornograficznych w bibliotece Akademii, trafił na dzieło pełne projektów technicznych.

– A właściwie to ono trafiło mnie – przyznał ze wstydem. – Spadło mi na głowę, bo je strąciłem z najwyższej półki. Księga rozłożyła się na obrazku przedstawiającym takie coś z płótna….

Wygładził dłonią piasek i kilkoma śmiałymi pociągnięciami namalował tę niezwykłą konstrukcję.

– No to ktoś wynalazł statek powietrzny – stwierdził ubawiony Filippon. – A jakiś mag próbował latać na tym czymś?

Rosselin przecząco pokręcił głową. Księga była spleśniała i pokryta kurzem grubym na dwa palce.

– W księdze autor nazywał to balonem. Jeżeli ktoś robił doświadczenia, to raczej nie w Fercie, bobym słyszał. I raczej nikt z magów… Nie, chyba nikt.

Chciał dodać coś więcej, ale przypomniał sobie o problemie trującej warstwy powietrza i szybko zamilkł.

W końcu ryzykować miał smok, więc po cóż było osłabiać jego morale?

* * *

Wrócili do wsi tak szybko, jak się dało. Wójt na ich widok wytrzeszczył oczy i chciał uciekać. Wystarczyło jednak, że Filippon rozdziawił paszczę i ziewnął, odsłaniając ostre kły, aby mężczyzna zatrzymał się w połowie pierwszego kroku.

Gdy wyjaśnili, co zamierzają zrobić, uznał, że cesarzowa przysłała mu wariatów. A że z szaleńcami się nie dyskutuje, bo to są groźni dla otoczenia dewianci, postanowił we wszystkim im przytakiwać. No prawie we wszystkim:

– Ja tam wszystko poza koszulą na grzbiecie mogę oddać. Ale co do bab, sami się dogadujcie.

Zaczęli więc chodzić po domach. Wszędzie scenariusz zdarzeń wyglądał tak samo: mężczyźni wzruszali ramionami, po czym machali ręką, bo cesarzowa dała, cesarzowa może odebrać. Ale ich kobiety, matki, żony, córki, a nawet ledwie odrosłe od ziemi dzieweczki protestowały z takim piskiem, jakby horda dzikich wpadła, aby je zgwałcić. Albo i gorzej wrzeszczały, bo takie hordy zwykle są wędrowne, przyjdzie toto i sobie pójdzie, a ci tutaj chcieli wszystkie szmaty zabrać i kto wie, czy kiedykolwiek oddać?

Na szczęście smok w roli groźnej bestii sprawdzał się znakomicie. Filippon miał sporo frajdy nie tylko w straszeniu, ale też w szperaniu po kątach i wywlekaniu zapasek, chust i innych pięknych materiałów ukrytych przed mężczyznami, bo gdyby ci dowiedzieli się, na co idą ich ciężko zarobione pieniądze…

W jednym z domów przeprowadzili rozmowę, którą zdaniem pogodnika należało uwiecznić. Odbyła się ona w chałupie na samym krańcu wsi. Mieszkała tam baba, którą tutejsi nazywali znachorką.

– Rekwiruję w imieniu cesarzowej – powiedział z wielką pewnością siebie Rosselin od progu. – To znaczy szmaty rekwiruję wszystkie – dodał, widząc u powały pęki różnych ziół oraz wodorostów, a także dwie całkiem zasuszone rybki.

Starowince opadła szczęka. Przycisnęła do piersi robótkę, nad którą siedziała, i spojrzała na maga wypłowiałymi oczyma.

– Panie, ale te bure prześcieradła? – wymamrotała. – Toż nasza panienka na czystych i delikatnych śpi, nie na tych borcugach cerowanych…

* * *

Później trzeba było te same baby zagonić do szycia. Rosselin posunął się do groźby zamienienia kobiet w żaby. A gdy to nie poskutkowało – wieśniaczki okazały się bystre i nie chciały gadać z pogodnikiem, nie pomogły nawet groźby nasłania na nie cesarzowej – przemówił do chłopów.

Nie, wcale nie próbował ich straszyć, w końcu słyszeli, co gadały ich żony, matki, a nawet teściowe. Zaproponował, że odda wszystkie (poza jedną) łodzie znalezione na wyspie. A gdy się wahali, z ciężkim westchnieniem podbił cenę ofertą pracy dla szesnastu ludzi na zamku Hoena, o ile uda się go zdobyć.

I tak ktoś musi go pilnować, gdy my wrócimy do Fertu – usprawiedliwiał się w myślach z wpuszczenia chamstwa w zamkowe mury.

Nic więcej nie musiał robić. Po krótkiej dyskusji mieszkańcy wsi zgodnie zaczęli się ścigać w szyciu. Przy tej okazji wyszło na jaw, że mężczyźni wcale nie byli mniej sprawni w tej dziedzinie. Podczas kiedy kobiety uszyły dwa małe balony, oni wyprodukowali jeden, ale za to bardzo duży.

– Wszystkie się przydadzą – powiedział ucieszony Rosselin.

Właśnie odkrył w sobie duszę eksperymentatora i pomyślał, że do badań nigdy dosyć balonów.

* * *

Mieli więc następnego dnia trzy potencjalne statki powietrzne oraz stado wieśniaków oczekujących na sukces cesarskich, jak ich zwali.

O ile Rosselin dobrze pamiętał, pod balonem należało rozpalić ognisko. Ciepłe powietrze miało go unieść w górę, a wiatr pchnąć w odpowiednim kierunku.

Wszystko to zrobili bez problemu. Zebrali chrust, a potem postanowili jeden z małych balonów potraktować jako doświadczalny. Pozwalało to również odsunąć na bok kwestię, kto poleci załogowym.

I naraz, kiedy czasza ich próbnego pojazdu desantowego była już wypełniona powietrzem, Rosselin plasnął się mocno w czoło.

– Ty wiesz co? – spojrzał na smoka. – Mam rewelacyjny pomysł!

Przypomniało mu się, jak wójt narzekał na krowią zarazę. Powiedział o tym smokowi.

– Spuścimy im tę zarazę na łeb! – powiedział z zachwytem nad własną genialnością.

Filippon spojrzał z uznaniem na swego nie zawsze tak bystrego przyjaciela.

– No, to jest myśl!…

* * *

Wójt z niechęcią patrzył, jak wyprowadzają jedno z chorych zwierząt. Lecz rekwirunek to rekwirunek, z ludźmi cesarzowej się nie dyskutuje, a z wariatami – tym bardziej.

Musieli dać krowie wódki, żeby przestała rozpaczliwie ryczeć i oddawać przeżartą paszę wszystkimi otworami.

Wreszcie umocowali ją i balon powędrował w górę. Krowa dyndała, majtając w powietrzu nogami, ale wiatr wciąż wiał w niewłaściwą stronę. Wreszcie gapie poszli sobie, bo obowiązki czekały, a fanaberie cesarskich nie dawały chleba. Został tylko wójt.

W końcu wiatr przybrał korzystny kierunek.

– Gotów? – spytał Rosselin. I odciął swoją linę, podczas kiedy smok przegryzł swoją.

W milczeniu czekali, spoglądając na balon pchany w stronę wyspy. Krowa, gdy poczuła pod sobą wodę, zaczęła dziko wierzgać i porykiwać. Coś parę razy plusnęło do oceanu, dając dowód, że w czterech żołądkach pomieści się niezły zapas jedzenia…

Wreszcie zwierzę znalazło się nad Wolwinem. I tam, zgodnie z przewidywaniami pogodnika, statek powietrzny napotkał przeciwny wiatr, zniżył lot, a wreszcie osiadł na murach. Zobaczyli zbrojnych, którzy próbowali zdjąć z murów płócienny balon, jednocześnie mieczami dźgając biedną krowę.

– Jest! – podskoczył triumfalnie Rosselin, wyrzucając ręce w górę. – Mamy zaliczone trafienie! No to ich teraz ta zaraza wykosi, wystarczy poczekać…

Wójt coś sceptycznie zamruczał pod nosem.

– O co chodzi? – spytał mag naraz pozbawiony całego entuzjazmu.

– E, to by trza chyba długo czekać… – mężczyzna z frasunkiem potarł czoło.

Takie cedzenie słów doprowadzało pogodnika do szału. Podczas kiedy smok przyglądał się im z niewinną miną, Rosselin zacisnął pięści.

– No to o co chodzi? – warknął. – To ile osób umarło na zarazę?

Wójt odwrócił wzrok, bo w końcu to on wyolbrzymił skutki tej epidemii. Potrząsnął głową, wymamrotał jakiś czar odsuwający zły urok.

– Panie, jakby ludzie umierali, toby wieś była wyludniona, nie? – odparł wreszcie z zaskakującą trzeźwością. – To tylko opryszczka. Wymiona bolą nasze mućki, a i parę kobiet ma pęcherze na palcach…

Po czym pożegnał się szybko pod pretekstem pilnych robót w obejściu.

Pogodnik wbił w jego plecy morderczy wzrok i zaczął cicho, beznamiętnie kląć. Chyba nigdy w życiu nie był tak wściekły, jak w tamtej chwili.

A tymczasem Filippon… otóż jaszczur, kiedy przestał się śmiać, zaczął udawać ryczenie krowy.

Cichło, w miarę jak dotknięty do żywego Rosselin oddalał się za wydmy.

 

V

Czasem w odpowiedzi na cudzą złośliwość człowiek doznaje olśnienia. Tak też stało się w przypadku naszego maga.

Wrócił do obozowiska po jakiejś godzinie.

– Trzeba poprawić skuteczność – wyjaśnił, siadając na piasku obok jaszczura. Wciąż przecież mieli dwa balony.

W smoczym oku błysnęło zainteresowanie. On także nie zamierzał rezygnować ze zdobycia wyspy.

– O, wymyśliłeś jakiś sposób? Będziemy wpędzać ich w depresję, stojąc na brzegu i pokazując, jak bardzo jest nam smutno?

Pogodnik uśmiechnął się okrutnie. A nawet bardziej niż okrutnie, bo z prawdziwie mściwą satysfakcją.

– Musimy zrzucić inteligentną bombę, Filipponie. Taką, co to będzie wiedziała, gdzie upaść i…

Rozległ się nagły, gwałtowny grzmot, z pobliskich wydm poleciał piach i źdźbła traw. Chyba cały kontynent drgnął w posadach.

Ostre smocze kły znalazły się przy szyi Rosselina…

…który ze spokojem czekał, aż jego łagodny i dobrze wychowany przyjaciel ochłonie z pierwszego zdenerwowania.

– Nigdzie nie lecę – powiedział wreszcie jaszczur na poły agresywnie, na poły tonem pełnym rezygnacji. – Przecież wiesz, że ja jestem całkowicie nielotny…

Mag tylko się uśmiechnął i pogładził go po głowie. Szorstkość łusek co prawda nie była szczególnie miła, ale przecież w życiu liczy się przyjaźń, nie tylko własna wygoda, czyż nie?

– Ależ jesteś lotny. W dół każdy jest, nawet Didlog – odparł spokojnie. – Bez obaw, mam plan.

Zrobił kilka kroków.

– Polecisz na balonie jak tamta krowa. Nawet będziesz ją udawać. Ale potem… potem zamienisz się w niewidzialnego smoka i dokonasz rzezi, gwałtów czy co tam sobie wybierzesz. Rozumiesz? Aha, jeść też możesz.

Filippon nie wydawał się przekonany.

– A nie możesz spróbować czarów? – spytał żałośnie. – Przecież tej słonej wody niewiele, tylko pół mili…. może dosięgniesz…. O, albo ten piorun na nich rzuć! – ożywił się nagle. – Piorun będzie najlepszy!

Rossselin wzruszył ramionami.

– Nie wydziwiaj, bo poskarżę się cesarzowej – stwierdził krótko. – Pal sześć Brunhilda, ale jeśli Joanna zechce cię wysłać na jakieś bezmięsne zadupie, nie będzie zmiłuj… A ty dobrze wiesz, już ja potrafię przekonać, że tak naprawdę to ty lubisz marchewkę, tylko się wstydzisz do tego przyznać…

– Okrutny jesteś, podły i okrutny – chlipnął jaszczur poruszony wizją wiaderka marchewki na każdy posiłek. Żaden smok by tego nie przeżył. – A mogłem sobie wrócić w swoje skały zamiast iść z tobą do Fertu…

Mag nie odpowiedział. Nie miał zamiaru wyjaśniać Filipponowi przyczyn nagłego okrucieństwa.

Prawda była taka, że kiedy wcześniej uciekał za skały ścigany szyderczym krowim ryczeniem, naraz – może za sprawą słońca? – poczuł się jak bardzo, ale to bardzo… ale to naprawdę bardzo, bardzo wkurtentegotany generał armii. Który prędzej zginie, niż się podda.

I bardzo mu się to uczucie spodobało.

Zwłaszcza kiedy w pierwszej kolejności miał ginąć nie on, lecz wyznaczony żołnierz.

* * *

Dobry wiatr pojawił się na godzinę przed zmierzchem. Rosselin szybko chwycił liny balonu, który czekał wciąż podgrzewany powietrzem znad ogniska.

– Właź – nakazał smokowi, który przestępował z łapy na łapę.

Skóra Filippona mieniła się niczym plama oleju.

– Sam sobie właź – burknął. – Mnie tam życie miłe.

Pogodnik odliczył do dziesięciu. Nie pomogło. Policzył do sześćdziesięciu. Nadal był wściekły.

– Na górę, ale już, zanim wiatr się zmieni! – wysyczał.

Jaszczur, warcząc pod nosem przekleństwa, wspiął się na jedną z lin, obwiązał mocno i spoglądał na Rosselina niczym jakiś nieszczęśnik tuż przed samobójczym skokiem z wieży.

Mag zaczął pogwizdywać jakąś dziarską melodię. Wreszcie wyszczerzył zęby w uśmiechu i puścił linę, wysyłając swoją inteligentną bombę nad Wolwin.

Co prawda w tej chwili bomba była nie tyle inteligentna, co bardzokrzycząca. Gdy tylko balon znalazł się nad wodą, Filippon zaczął wyć tak przeraźliwie, że mógłby pewnie ogłuszyć zbrojnych. Nawet pogodnik czuł, jak niemal mu pękają bębenki. Skowyt smoka musiał się nieść na całe mile od miejsca startu.

– Nie rycz, głupi! – krzyknął Rosselin. – Oni i tak nie uciekną z wyspy.

Nastała cisza. Po czym dobitny głos, w którym słychać było rezygnację, sprostował:

– Ja wcale nie ryczę. Ja wygłaszam testament.

* * *

Balon odbył taką samą drogę, jak jego poprzednik. Jednak tym razem ukrywał straszliwą broń, zwaną Filipponem z Osterwaldu.

Gdy ten spadł na wyspę, było to jak uderzenie pioruna albo i stu piorunów. Rosselin spokojnie czekał, siedząc na nagrzanym piasku plaży. Wierzył w swojego jaszczura. Wierzył nie dlatego, że była to ostatnia broń w jego arsenale, lecz dlatego, że mieć smoka przeciwko sobie to jak…

Zapewne zbudowałby piękną poetycką metaforę, gdyby na Wolwinie nie rozległy się nagle krzyki i Hoen Białonosy nie wypadł z bramy swego zamku i nie zaczął uciekać przed… drugim Hoenem!

Hoen właściwy, to znaczy ten uciekający, wbiegł na skały, a potem skoczył w dół, na wąziuteńki skrawek plaży, a stąd prosto w ocean. Jego stopy zagłębiały się trochę w wodzie, ale był tak wystraszony, że biegł pomimo to. Strach pchał go panicznie naprzód, wciąż naprzód…

Dopiero ćwierć mili od brzegu Białonosy zorientował się, że gna w niewłaściwym kierunku, równolegle do brzegu kontynentu. Przystanął z okrzykiem, patrząc pod nogi…

 

VI

– I co się z nim stało? – spytał Brunhild. Siedzieli przy winie, a przed magiem leżał stosik monet.

Rosselin westchnął.

– Szkoda biedaka. Ostro szedł siłą rozpędu, ale jak zwolnił, to od razu utonął…

Popatrzył na swego zleceniodawcę.

– A my już bez przeszkód zrobiliśmy porządek z resztą zamkowej załogi.

Nie dodał, że smok zapędził pozostałych buntowników do wyrywania ścieżek w rumianku jadowitym, a kiedy skończyli, oddał ich mieszkańcom Skorbie.

Lepiej, aby Didlog nie wiedział, że na jego zamku rozpanoszyli się rybacy, a arystokracja cienkiej krwi, w tym Ślepy Benek, brat nieszczęsnego Hoena, zdobywają nowy zawód: cieśli okrętowego.

Share

7 thoughts on “Wojna balonowa

  1. Elif hanım,Gerçekten çok güzel bir konuyu ele almışsınız. Bence tüm kadınların aklında bu “bayan”, “kadın” ifadeleri ile ilgili bölük pörçük düşünceleri vardır. Ancak siz bunları yazınızda çok güzel bir ÅŸekilde toparlayarak ifade etmiÅŸsiniz. Sizi tebrik ediyorum. Farklı platformlarda bu konunun üstüne gidilerek, sonuçlar alınabileceÄŸine inanıyor ve sizi destekliyorum. TeÅŸekkürler.

  2. Es triste, porque como bien decís, el camino más simple es educar a las futuras mamás, apoyarlas, dejar ese mito de "uuu tu leche no debe ser buena" (TODAS nosotras hacemos la MISMA leche)… y miles de cosas… que parecen boludeces pero hacen grandes diferencias.Ninguna leche sustituta le puede dar amor a nuestros hijos…. ni tampoco las vacunas que les demos sustituyen a los anticuerpos que nuestra leche les dan…

  3. So loved having you and Jill here in Cape May for your all too brief visit….but the show was delicious. You ARE a wonderful, fun and insightful writer….and Jill does just the best job of interpreting your prose!!!Fall has finally arrived here as well and we are now enjoying a bit heartier fare.all the best,Leslie Martel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *